sobota, 25 lipca 2015

O, słodka godzino

Ostatnio jest to zdanie, jakie powtarzam najczęściej - to chyba konduktor pociągu elektrycznego do Gniezna w "Nutrii i Nerwusie" tak komentował dziki, obezwładniający upał ;)

Dziś przez większość dnia poruszałam się w obszarach silnie klimatyzowanych, i dopiero późnym popołudniem, wysiadając z samochodu pod domem, jęknęłam to z potrójną mocą. Futer mi żal. Są podwójnie wymęczone: po pierwsze z powodu upału (na naszym czwartym, ostatnim piętrze jest naprawdę megagorąco), a po drugie z powodu ocieplania budynku. Kilka dni temu od północnej, galeryjkowej strony stanęły rusztowania, więc moje chłopaki mają zakaz wychodzenia na zewnątrz aż do odwołania. Nawet ze mną - dla Kota Lucka skok na rusztowanie to ułamek sekundy, i szukaj potem wiatru w polu. Czy raczej... kota w parku?... Panna Malwinka od sąsiadów (nieformalnie zwana Dziunią) wykonała taki numer, wyszła sobie i odnalazła się dwie godziny później na rusztowaniu. W dodatku to rozpieszczone, delikatne, miauczliwe, z puchu utkane stworzonko ani myślało wracać, w końcu sąsiadce udało się brutalnie złapać ją za ogon i ściągnąć :D 

W każdym razie Lucek jest bardzo zły, że nie wolno mu wychodzić, a do tego dochodzą jeszcze nieznane mu hałasy z zewnątrz przez cały boży dzień. Normalnie u nas jest na galeryjce cichutko, sporadycznie przejdzie któreś z dwojga sąsiadów, drzewa parku zasłaniają nas od Czerniakowskiej, która gdzieś tam sobie szumi w tle, najbardziej to cholerne wrony słychać. A tutaj od blisko tygodnia: huki, stuki, wiertarka, łomoty, no i oczywiście pokrzykiwania klasy robotniczej. Chłopaki siedzą zatem głównie pod łóżkiem albo w szafie. A kiedy wracam do domu, miauczą z wielką pretensją. No niestety. Okien nie pozamykam.

Swoją drogą, panom robotnikom pięknie idzie robota, zaczęli działania na osiedlu na początku czerwca, a dzisiaj policzyłam - cztery bloki już zrobione, nasz jest piąty. Planowo mieli nas napoczynać we wrześniu :) A w ogóle - mujeju, jak to teraz fajosko się robi, panie! Kiedyś mieszkałam w wieżowcu, który też był ocieplany. 2001, 2002 rok? Technika była trochę inna, bo przy wieżowcach nie stawia się rusztowań, tylko panowie jeżdżą na takich balkonikach w górę i w dół bloku - pamiętam, jak strasznie zaskoczyli jednego pana, który akurat wtedy u mnie nocował. Przyjechaliśmy skądś bardzo późno w nocy, J. nie zwrócił uwagi na dziwny rozgardiasz wokół domu, rano poszedł do kuchni robić kawę, i w tym momencie za oknem z góry na dół przejechał wielki, umięśniony chłop :D Akurat weszłam wtedy do kuchni z łazienki i chyba na zawsze zapamiętam J., znieruchomiałego z puszką kawy w ręku, z otwartymi ustami i szklanym wzrokiem wpatrzonego w okno :D

W każdym razie pamiętam wtedy styropianowe szaleństwo, w całym mieszkaniu, wszędzie, leżały i unosiły się chmary malutkich, białych kulek. A teraz? Panowie robotnicy na galeryjkach rozkładają maty, zaklejają okna folią, która przepuszcza powietrze, a drzwi też zaklejają folią, robiąc w niej dziurki na wysokości zamków :) 




Cieszę się ogromnie z tego ocieplania. Nasze osiedle jest niezwykłe - to drugie, obok Sadów Żoliborskich, osiedle projektu Pani Haliny Skibniewskiej, jest przepięknie położone (a najbardziej mnie bawi fakt, że jadąc Wisłostradą na naszej wysokości trudno się domyślić, że tam stoi coś tak ładnego - wiem, co mówię, nieraz tędy jeździłam jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy), tylko elewacja budynków robiła już od dłuższego czasu okropne wrażenie: szara, smutna, pełna zacieków... Teraz jesteśmy pokrywani ;) na biało, ale nie jest to czysta biel, tylko taka śmietankowa, a dzięki drzewom dokoła w pogodny dzień nabiera odcienia bardzo jasnej, miętowej zieleni :) No a poza tym - mam nadzieję, że w końcu będzie nam nieco chłodniej w lecie :)

środa, 22 lipca 2015

Na wszelki wypadek tutaj też to oświadczę

OK, widzę, że w internetach ruszyła tradycyjna przedrocznicowa pierwszosierpniowa polka z przytupem i pogwizdywaniem, w związku z czym uroczyście oświadczam: w tym roku na ten temat jedno słowo nie wypłynie z ust moich ani spod moich palców. Ani jedno - na blogu, fejsie, forach itd. Zero. Null. 

Pierwszy sierpnia w tym roku jest dla mnie wyłącznie dniem wyczekiwanego ślubu mojej przyjaciółki :)

sobota, 18 lipca 2015

Shopping, Seduction & Mr. Selfridge ;)

"Shopping, Seduction & Mr Selfridge" to tytuł biograficznej książki, na podstawie której ITV nakręciło serial o założycielu domu towarowego Selfridge's w Londynie. Serial, w którym zakochałam się po uszy, po pięty i jak to pisała Mniszkówna - "bezpamiętnie".

Wszystkie trzydzieści odcinków (trzy sezony) łyknęłam z rozkoszą koneserki i teraz czekam na czwarty sezon. Ale to dopiero w przyszłym roku. Jak to ujął Madzior, całe nasze życie jest czekaniem... na kolejne sezony fajnych seriali.

Wszyscy lubimy ciekawie opowiedziane historie. Jeśli są dobrze przeniesione na ekran - tym lepiej. Jeśli do tego są oparte na faktach - tym jeszcze lepiej! Jeśli w dodatku mamy doskonałą obsadę - jeszcze jeszcze lepiej. A jeśli do tego wszystkiego to jest produkcja brytyjska - tadam! :)

Tu pozwolę sobie umieścić ostrzeżenie, żeby nie zaglądać na Wiki, jeśli zachęceni przeze mnie zechcecie ten serial obejrzeć - otóż w dziale "Obsada" jedna z osób wymieniona jest w taki sposób, że już po pierwszych kilku odcinkach wiadomo, co będzie z nią dalej. Coś tak, jakbyście pierwszy raz w życiu oglądali "Przeminęło z wiatrem" i zobaczyli na Wiki nazwisko "Scarlet O'Hara Hamilton Kennedy Butler" - szlag od razu trafia, bo już wiecie, kim będą mężowie Scarlett i ależ jak to, to ona nie wyjdzie za Ashleya Wilkesa?! No więc ja się tak ugotowałam przy MrS i nie powiem, trochę przyjemności mi to jednak odebrało :(

Ale poza tym - miodzio. Ta piękna epoka początku XX wieku :) Te londyńskie klimaty, ta dżentelmeneria, te niewzruszone i niełamalne zasady! :) Pięknie narysowane postaci z krwi i kości - Miss Mardle (Amanda Abbington!!!), Mr Grove (Tom Goodman-Hill!), Rose Selfridge, Lady Mae Loxley, Kitty Hawkins, Agnes Towler, Henri Leclair, Mr Crabb, wielu, wielu innych - oraz oczywiście, zdecydowanie nie tylko bohater tytułowy i pierwszoplanowy, nie tylko Samiec Alfa, ale rzeczywiste centrum całego serialu, oś serialowego wszechświata - Harry Gordon Selfridge, grany przez Amerykanina Jeremy'ego Pivena.

Celowo tak to podkreślam, mimo że oczywistym jest, że bohater tytułowy zwykle bywa pierwszoplanowy, i jeśli jest mężczyzną, to często jest także Samcem Alfa, centrum i osią - jednak w tym przypadku zrobiło to na mnie wyjątkowe wrażenie. 

Harry Selfridge kradnie cały świat. Kiedy pojawia się na ekranie, z przenikliwym, palącym spojrzeniem, ze zmarszczonymi brwiami, z promiennym, szerokim uśmiechem, z szeroko rozłożonymi w geście powitania ramionami - kupuje nas w ułamku sekundy. Jest nasz, a my jesteśmy jego. I tak samo jest w jego sklepie - wszyscy go uwielbiają, szanują go i mu ufają, a on szanuje wszystkich, ufa wszystkim i pomaga wszystkim. Że niemożliwe, że tak nie bywa? Sęk w tym, że ten serial bez trudu nas przekonuje, że jednak bywa, a na pewno bywało, a już na pewno tak było wtedy w domu towarowym Selfridge's.


"Mr Selfridge" to nie jest opowieść o ideale. To jest doskonale i bardzo przekonująco pokazana opowieść o człowieku, który będąc jednocześnie dobrym i szlachetnym, jest także słaby, lekkomyślny i okrutny. Opowieści o takich charakterach były już setki, ba, tysiące, jeżeli wliczać w to książki. Jednakże drugiej takiej opowieści, która tak dokładnie, idealnie to pokazuje, i łącząc te cechy JEDNOCZEŚNIE tak starannie je rozgranicza - nie pamiętam. 

Jeremy Piven, odtwórca tytułowej roli, to aktor amerykański, u nas, jak mi się wydaje, mało znany, przynajmniej z nazwiska. (Ale też ja od co najmniej dziesięciu lat słabiej niż kiedyś orientuję się w kinematograficznych poczynaniach braci zza oceanu.) Stworzył postać kapitalną! Muszę powiedzieć - trzeba jednakowoż się do niego przyzwyczaić :) Ma mianowicie zupełnie nieznośny, nie tylko na początku, ale w ogóle, sposób mówienia. Przez większość czasu odnosiłam wrażenie, że ilekroć otwiera usta, każde słowo wylatujące z nich to jest metaloplastyka - wymłotkowane, kute, pełne wąsów, zawijasków i ozdobników :D I nie chodzi tu o akcent! Tylko właśnie takie wrażenie - on otwiera usta i wylatują z nich duże, ozdobne przedmioty :) Doskonale, choć nieco z innego kąta, ujął to Madzior - "Kiedy on otwiera usta, to jakby to mówiły jednocześnie trzy czy cztery różne głosy" :)

Ale jak przyzwyczaimy się do tej barokowości, to idzie wprost cudnie :)


Po trzecim sezonie doszliśmy do lat po Pierwszej Wojnie Światowej. Dorosło następne pokolenie Selfridge'ów, jak to zwykle bywa, stojące w dużym zderzeniu z osobą ich ojca. Nastąpiły duże zmiany, już nie jest tak niewzruszenie i niełamalnie jak przed Wielką Wojną. Bohaterowie się zmienili. Gromadka otaczająca Mr Selfidge'a trwa przy nim prawie w całości dalej. Ale oni też zmienili się przez te lata. Kilkoro z nich zdobyło to, o czym marzyli, i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Inni też to "coś" zdobyli, ale dochodzą do wniosku, że jednak mogli się bez tego obejść. I jest także taka jedna piękna scena, kiedy jedno z bohaterów nagle dochodzi do wniosku, że - rany boskie, jednak dobrze się stało, że nie udało mi się "tego" zdobyć, bo to byłaby totalna katastrofa! :) 

Serial nie jest bardzo popularny wśród moich znajomych fanów brytyjskich seriali, wnioskuję po słabym odzewie, gdy pisałam o nim na Fejsie. Nieważne. Nie piszę tego, by ich sprowokować do komentarzy ;) Po prostu cieszę się, że tak strasznie mi się spodobał :) I przede wszystkim, że mogę się podzielić z wami tymi wrażeniami.

No i jak widać, troszeczkę się zakochałam w Mr Selfridge'u :) Ale nie zakochałabym się w nim, gdyby nie ta całość :)

I podczas najbliższego pobytu w Londynie wybiorę się do Selfridges ;)



piątek, 10 lipca 2015

Warszawa, piątek, Sherlock

Z Dzidomku donosimy...

Czasami bardzo żałuję, że nie mam siekiery. Albo kajdanek i knebla. Niektórzy ludzie są doprawdy żałośnie żałośni.

Temperatura spadła z trzydziestu pięciu stopni w cieniu na szesnaście, w ciągu dwóch dób. Ulga i wytchnienie, owszem, ale byłoby fajniej, gdyby nie odbywało się to - w obu kierunkach - tak WTEM.

Ustawa o leczeniu niepłodności przeszła w Senacie trzema głosami. Hańba i wieczny wstyd tym, co byli przeciw. Z ciekawości poszperam, jaki wyrok się dostaje za splunięcie na buty "senatora", jego mać.

Wypuścili dziś w nocy teaser specjalnego odcinka Sherlocka, który będzie wyemitowany na Gwiazdkę. Akcja, jak już wszyscy wiedzą, toczy się w czasach oryginalnego Sherlocka (jak "specjal", to "specjal"). Mam bardzo mieszane uczucia co do tego pomysłu, a ten teaser jeszcze je pogłębił. Naturalnie jak przyjdzie co do czego, to będę świrowała jak przy trzecim sezonie, ale... Ale... Teaser można zobaczyć tutaj:


A skoro już jesteśmy przy temacie, to muszę powiedzieć, że jakkolwiek w moim fanowaniu nic się specjalnie jak dotąd nie zmieniło, to na kolejne sezony Sherlocka przestałam czekać. W chwili, kiedy padły ostrożne opcje, że dopiero w 2016... a może w 2017... Wtedy wzruszyłam ramionami i powiedziałam: - Skoro tak, to może lepiej, jeśli sobie w ogóle dadzą spokój. - No k'mon, dwa-trzy lata?! Przez dwa-trzy lata aktorzy się zmieniają, nie ma szans, żebyśmy odnaleźli w nich takich samych bohaterów. Nie mówiąc już o tym, że np. takiej pani Hudson możemy już po prostu w ogóle nie zobaczyć. 

Oczywiście znam powody tego stanu rzeczy, rozumiem i przyjmuję do wiadomości. Ale... może lepiej, jeśli sobie w ogóle dadzą spokój.

Na koniec, wciąż jeszcze (w dużej części) w temacie - niespodzianka, jaką dostałam od Eli-Gordiany w poniedziałek. Wyznam bezwstydnie, że bardzo lubię, jak ludzie o mnie myślą i pamiętają, a rozmaite, niekoniecznie materialne, dowody tego dodają mi sił :*

Wszystko, co najlepsze! 

środa, 1 lipca 2015

Warszawa, Lato, Rowerro :)

Uwielbiam jeździć rowerem po Warszawie. Mimo, że jest to bardzo trudne - kto jeździ, ten wie. Zawsze, gdy ścieżka kończy mi się WTEM!, i dalej muszę jakoś sobie radzić, czuję się intruzem przeszkadzającym pieszym i kierowcom. Na szczęście, mimo straszliwego szczucia obu tych grup na rowerzystów i odwrotnie, by portal gazeta.pl, w rzeczywistości nie jest tak źle - ani razu nie spotkałam się z wrednymi uwagami na temat tego, że jadę po chodniku (a nie po ścieżce, której nie ma). Ale też prawdopodobnie dlatego, że jadąc po chodniku wiem, jak się zachować - nie kluczę na wariata ocierając się o przechodniów, nieraz schodzę z roweru, nieraz zatrzymuję się, żeby ci piesi przeszli, a kiedy to oni, zaskakująco często, zatrzymują się i przepuszczają mnie - uśmiecham się i dziękuję. Co z kolei ich, jak widzę, miło zaskakuje i cieszy :)

Tu muszę niestety dodać, że odwrotnie nie jest już tak fajnie - mianowicie sama myśl o tym, że wyjdę na rower i będę musiała się denerwować watahami pieszych łażących po ścieżkach rowerowych, sprawia, że od razu mi się odechciewa. I bardzo często celowo i rozmyślnie wybieram takie trasy, gdzie ścieżek... nie ma, własnie dlatego, żeby się nie wkurzać na ludzką bezmyślność. Bo to jest bezmyślność, nie ma na to innego wytłumaczenia :( W dodatku, na grzeczne zwrócenie uwagi: - Idą państwo po drodze dla rowerów, proszę zejść na chodnik - niejednokrotnie słyszę w odpowiedzi: - Spierdalaj. - JA mam spierdalać, really?... Uwierzcie, że w takim momencie z trudem powstrzymuję się, by nie wyhamować, zawrócić roweru i z rozmysłem, z całej siły wjechać w takiego buca tak, żeby się przewrócił. W takich momentach jestem wyjątkowo mocno świadoma istnienia ciemnej strony mojego "ja".

(Oczywiście wiem, wiem i jest mi z tego powodu bardzo przykro, że cześć rowerowej populacji zachowuje się karygodnie i takim sama miałabym ochotę nastukać: jesteś, ciulu, na chodniku, to znaczy, że jesteś tutaj gościem, więc zachowuj się jak gość! Ale to nie usprawiedliwia w najmniejszym nawet stopniu półgłówów łażących po ścieżkach.)

Wracając do adremu: uwielbiam. Nie jeżdżę tak często, jak bym chciała, po równo z braku czasu oraz niestety z lenistwa :( Ale kiedy już wyruszam, to jest super (pomijając to wszystko, co opisane wyżej). Rowerem jestem w stanie dotrzeć w miejsca, do których nie dotrę pieszo - bo nie będzie chciało mi się zapuścić w jakiś zaułek, a rowerem zrobię to szybciej - ani samochodem, bo po prostu pewnych rzeczy nie zauważę. Chociaż już kilkakrotnie zdarzyło mi się, że przejeżdżając gdzieś samochodem zrobiłam: - Oooooo, ja tu muszę wrócić na rowerze i dokładnie się przyjrzeć! Tak było na przykład z tym zdjęciem, zrobionym w Alei Szucha:


No i tak sobie pomalutku, w tempie emeryckim, pedałuję i robię zdjęcia rozmaitych miejsc - nawet nie jakichś ważnych, super, ale takich, które mnie zainteresowały. Albo które znam, ale wyjątkowo lubię. Dziś brzegiem Wisły skoczyłam na Most Świętokrzyski, to są moje najbliższe okolice. 

Odbudowa Mostu Łazienkowskiego :)
I tu też :)
Prom płynie. Prom ZTM, czyli jakby autobus :)
Skończono - wstępnie - drugą linię metra,
można znowu odwiedzać Syrenkę 

Dzidu kocha robić zdjęcia mostów!



A teraz figura świętej Barbary na na hałaśliwym, bardzo wielkomiejskim skrzyżowaniu ulic Solec i Ludna...


... i patrzcie, czego przy okazji można się dowiedzieć! 


No i sami powiedzcie - nie fajnie jest jeździć rowerem po Warszawie? :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Kindle odszedł :(

Do amazonowego nieba.

To nie do wiary, jak można się przyzwyczaić do tego e-stworzonka wyładowanego książkami! Znaczy, ja nigdy nie byłam przeciwniczką Kindla, która potem zmieniła zdanie - od samego początku uznałam, że to jest świetne rozwiązanie, zwłaszcza w moim przypadku (dużo podróżowania, to raz, a po drugie pamiętam, jak na wakacje zabrałam trzy książki w wersji kieszonkowej oraz laptopa... na szczęście, bo trzy książki skończyłam pierwszego dnia pobytu na wczasach, a na laptopie miałam sporo książek w pdf). Oraz bezgranicznie, okropnie mnie śmieszy zaperzanie się maniaków książek papierowych, że tylko papier, że jak można pozbawić się tej przyjemności... bo zakładają w swym zadufaniu a priori, że oto w moim przypadku nastąpiło całkowite, totalne i bezkompromisowe przejście z książek papierowych na Kindla. A ja tymczasem mam nadal w pokoju trzy spore regały zapchane książkami, drugie tyle - na Kindlu, a istnieje i część wspólna, czyli książki, które tak lubię, że postanowiłam zawsze mieć je przy sobie, czyli... na Kindlu :)

Są też i takie moje ulubione, których na Kindla nie ma i pewnie nie będzie, i te czytam jak zwierzę, na papierze. Więc co - na wuja dowodzić wyższości świąt wielkanoc... y, tego. No. Wiemy o co chodzi.

W każdym razie, Kindelek jest, a jakoby go nie było, bo nie działa, podłączony do źródła restartuje się bezustannie, da capo al fine i apiać od nowa, ale w krótkich momentach pomiędzy restartami żadnej książki nie da się na nim odpalić, nie reaguje, głuchy zupełnie :( Oczywiście zamówiłam od razu nowego, zgrzytając zębami, bo nie dalej jak przedwczoraj kupiłam w promocji osiem albo dziewięć ebooków Jo Nesbo i powiedziałam sobie twardo, że w tym miesiącu więcej zakupów dla czystej przyjemności nie robię. No ale co robić. Tak jak mogłabym nie mieć samochodu, mogę nie wchodzić na fejsa (o, a propos, odblokowali mi konto i teraz mogę NIE wchodzić na fejsa całkowicie z własnej woli!), tak bez Kindla i mojego Dzidkofonu egzystować już nie chcę :)

A więc, R.I.P., Kindelku przez prawie cztery lata dałeś mi wiele, bardzo wiele, mnóstwo radości. 



piątek, 26 czerwca 2015

Jak Dziewiąty Doktor

Głupi Cukiersyn zablokował mi konto na fejsie, bo nie chce się zgodzić, żebym podpisywała się jako Dzidka. Weź tłumacz debilom, że pod moim prawdziwym imieniem zna mnie wyłącznie rodzina i świat zawodowy, a dla całej reszty ta "Joanna" jest kompletnie niedorzeczna. Ba, nawet dla mnie jest kompletnie niedorzeczna! Czekam na odblokowanie już trzeci dzień, i robię się coraz bardziej zła, bo wiem, że tej walki nie wygram :-( No cóż, jak to uroczo ujęła koleżanka z pracy, "nie będę się kopać z wiatrakami"...

Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o tym, że niczym Dziewiąty Doktor, wydałam walkę Obcej Inteligencji, zalewającej nas pod postacią plastiku.


Od dawna już wkurzają mnie makabryczne ilości reklamówek, które są wszędzie. Przyzwyczailiśmy się do tego, że gdzie tylko spojrzeć, są reklamówki, które można wziąć za darmo albo za malutką opłatą, więc wstępujemy do sklepu nawet wtedy, gdy nie mamy ze sobą żadnej torby - bo przecież w sklepie nam wszystko ładnie zapakują. 

Kilka(naście?) dni temu przeczytałam artykuł, który wprawił mnie w zachwyt i zazdrość, i pomyślałam sobie, że gdyby u nas... to ja bym nawet przez całe miasto tam jeździła na zakupy!!!


Jestem pewna, że kiedyś, raczej niedługo, doczekamy się podobnego sklepu i w Warszawie. Nie tylko dlatego, że ludzi coraz bardziej denerwują szeleszczący przybysze z Kosmosu, ale także dlatego, że niejeden z nas ucieszy się, że może kupić tylko 25 deko kaszy jęczmiennej, zamiast kilograma, bo kaszy jęczmiennej nie jada i potrzebuje tylko na raz, do jakiegoś przepisu na podjęcie cioci Zosi z Młynowa. 

Póki co jednak, sama zaczęłam walkę z plastikiem. W takim zakresie, w jakim mogę, bez rozrywania opakowań z makaronem w Carrefourze ;)

Wyruszyłam na sobotnie zakupy do marketu uzbrojona nie tylko w torbę z materiału, bo chodzę na zakupy z nią zawsze (jest pakowna, wygodna i ma długie uszy, więc można nawet duże ciężary nosić w niej na ramieniu), ale także w kilka plastikowych woreczków do mrożonek, wyciągniętych z kuchennej szafki. I do tych woreczków, a nie do tych wiszących w rolce na dziale warzywnym, zapakowałam żółtą fasolkę, ziemniaki oraz buraczki (potrzebowałam tylko kilka sztuk) oraz paprykę. 

Miałam też ze sobą w torebce dwa czy trzy takie woreczki, kiedy wczoraj kupowałam owoce na straganie, i to do nich nasypałam sobie czereśni i agrestu. Po czym uczyniłam ciekawą obserwację... mianowicie, podałam pani te torebki do zważenia, pani wzięła, zważyła, po czym po chwili podała mi je... zapakowane w plastikową reklamówkę!!!

Bo nie tylko my, ale i sprzedawcy przyzwyczaili się do tego, że reklamówki to oczywistość - zazwyczaj, o ile nie powiesz od razu, że masz własną torbę, od razu defaultowo wsadzają ci zakupy w plastik. Rzadko kiedy pytają sami, tak jest np. w Rossmannie. Jakoś dopiero teraz to do mnie dotarło, z ogromną siłą. Jesteśmy uzależnieni od szeleszczącego plastiku, jesteśmy opanowani przez szeleszczący plastik!

Ja wiem oczywiście, że nie zawsze będę mogła (i chciała...) robić zakupy w taki sprawiający mi frajdę, odplasticzony sposób. Raz, że na pewno nieraz się zdarzy, że będę chciała coś kupić do jedzenia, a nie będę miała własnych torebek "wielokrotnego użytku". Trudno też zakładać, że będę myła te torebki, np. upaprane truskawkami, to już byłby dziki absurd. No i poza tym, choćbym chciała, to przytłaczającej większości wszystkiego nie kupię inaczej niż w opakowaniach, bo przecież nie odleję sobie w markecie z dużej butli Vanisha kilkudziesięciu mililitrów do słoika ani nie wyjmę z paczki cukierków dziesięciu sztuk :) I tak dalej, i tak dalej... Ale na razie chodzi mi po prostu o to, żeby pozbyć się Obcej Cywilizacji ze swojego własnego domu. Jeśli przestanę znosić do domu dziesiątki reklamówek rocznie, to już będzie wspaniale!

I strasznie mi się to, co zaczęłam robić, podoba :)

wtorek, 26 maja 2015

Ofiara cysterny

Państwo pozwolą, że zacznę od zwięzłego wprowadzenia:

Dżizas kurwa ja pierdolę!!!

I od razu za to przepraszam, ale lepiej tego ująć nie potrafię, a sześciogodzinna jazda z Łodzi do Warszawy (tak, sześciogodzinna. Tak, z Łodzi do Warszawy), uważam, w pełni mnie usprawiedliwia.

Zacznę od tego, że nienawidzę jeździć do Łodzi. Proszę mnie dobrze zrozumieć - Łódź jako Łódź, wbrew temu, co myślę, mówię i piszę o niej w sms-ach poruszając się po niej, bardzo lubię. Niestety, rzadko zdarza mi się o tym pamiętać.

I nawet nie chodzi o aktualne, już od dawna trwające, rozkopanie miasta. Bardziej ogólnie o organizację ruchu. Łódź jest jedynym znanym mi miastem (a proszę pamiętać, że bardzo dużo podróżuję i mam porównanie), w którym na jednej z głównych arterii czerwone światło pali się prawie dwie minuty. W którym na bardzo ważnym skrzyżowaniu nie ma żadnego ruchu, bo przez piętnaście sekund na żadnym sygnalizatorze nie pali się zielone. W którym samochody ruszające po zmianie światła natychmiast hamują niemal do zera, gdyż muszą przejechać przez torowisko, którego stan urąga nawet najbardziej zwyrodniałym wyobrażeniom, komunikując "te wyobrażenia to pikuś w porównaniu z naszym stanem faktycznym". Ja wiem, że w większości polskich miast są idiotyczne światła (zapraszamy na scenę Olsztyn!), które palą się zbyt długo (halo, wołamy Poznań!) i w których są torowiska w strasznym stanie (ja Wisła, ja Wisła, większość miast, słyszycie mnie?), ale tylko w Łodzi te trzy czynniki występują razem w aż tak straszliwym natężeniu!!! O braku jakiejkolwiek koordynacji między kolejnymi sygnalizatorami to już nawet nie chce mi się mówić. Czerwona fala rulezzzz.

(Tak nawiasem mówiąc jestem bardzo ciekawa, co powie większość z was, słysząc, że chwalę Warszawę za jej doskonale zorganizowany system sygnalizacji, płynność ruchu i przepustowość? Kto pierwszy uzna, że zwariowałam? A jednak. Powiem tak - gdyby w Warszawie był taki system sygnalizacyjny jak w moim rodzinnym Poznaniu, większość z nas nie zdołałaby nawet wyjechać ze swojego osiedla. Serioserio. Niezależnie od tego, jak powoli się jeździ po Stolicy, to wszystko doskonale, płynnie działa. Naprawdę.)

Wracając do dzisiejszej "przygody" - akurat tym razem to nie Łódź była winna, że nie mogłam się z nią rozstać, cha, cha, cha. A w każdym razie nie całkiem.

Wyruszyłam spod szpitala na Ciołkowskiego o 15:10. Zastanawiałam się, którędy się wydostać z miasta, bo wiedziałam, co mnie czeka najpierw na remontach na czternastce (w mieście), a potem na dojeździe do A2. Lekko licząc, co najmniej godzina. Ale wyszło mi, że przez Zgierz mniej więcej wyjdzie na to samo. Tak mi powiedziało Targeo, które nawiasem mówiąc dało dupy aż do późnego wieczora i wszystko, co pokazywało, nijak miało się do stanu faktycznego. No to mówię sobie: dobra, jedziemy przez remonty, nastawimy się na co najmniej godzinę w plecy, jak zwykle, co robić, jedziemy.

I rzeczywiście, godzinę później znalazłam się na dojazdowym odcinku do A2, oczywiście w korku, poruszającym się w ślimaczym tempie. Do momentu, w którym zorientowałam się, że już od co najmniej dziesięciu minut nie poruszam się w żadnym tempie, tylko stoję. Jakieś pięć kilometrów od ronda strykowskiego, które trzeba przebyć, by wjechać na A2. Wiedziałam, że na tym odcinku są jakieś remonty, dodatkowo spowalniające, ale kurczę, to nie jest spowolnienie: my cały czas stoimy! A samochody z przeciwka jadą - może nie sznurkiem, może "rozrzedzonym" sznurkiem, ale jednak jadą - a my stoimy. 

(I nie, to nie było tak, jak często nam się wydaje: cholera jasna, ruch wahadłowy, ale tym z przeciwka dają zielone światło dłużej niż nam i więcej ich przejeżdża. Nie - myśmy stali, oni jechali.)

Przez kolejne pięćdziesiąt minut przejechałam jakieś 300 metrów, głównie dlatego, że stojące przede mną auta zaczęły zawracać. Od popadnięcia w stan totalnej histerii (te z przeciwka cały czas jadą!) uratowało mnie... wrzeszczenie. Byłam sama, w aucie okna zamknięte, nikt nie widzi, nikt nie słyszy - zaczęłam się DRZEĆ. Coś w stylu: "KURWA WASZA PIERDOLONA JEBANA MAĆ, NIECH TO SIĘ KURWA RUSZY, MAM DOSYĆ, NO DALEJ, JAZDA, AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!" Wywrzeszczenie wściekłości pomogło, wzięłam głęboki wdech, zrobiłam "w tył na lewo" i ruszyłam z powrotem do Łodzi, postanawiając pojechać przez Zgierz.

Faktycznie nie było tak źle, oczywiście po drodze miałam jeden dłuższy korek, ale to był normalny, standardowy zgierzowski korek, który jest tam zawsze, porusza się wolno, ale jednak się porusza (Galileusz!) i już pół godziny później dojeżdżałam do zjazdu na A2. 

I w tym momencie, zakładam, byłam już okropnie zmęczona albo nie myślałam, albo jestem po prostu kompletną idiotką (bądź jedno i drugie), ale kurczę, widziałam na Targeo, że jest jakiś korek na autostradzie w okolicach Strykowa (!) i mimo to ja na tę autostradę wjechałam. Walić w łeb i patrzeć, czy równo puchnie.

No i przejechałam sobie jedenaście kilometrów, ale już zaniepokojona, bo zaczynało do mnie docierać, że tamten "mój" korek i korek na A2 mogą mieć coś ze sobą wspólnego, po czym po przejechaniu bramki zobaczyłam przed sobą informację na tablicy "A2 ZABLOKOWANA, OBJAZD DK 14". A kawałek dalej przejazd autostradą zamykał wóz patrolowy.

No.

To z powrotem z autostrady, na... rondo strykowskie!!! 

To jednak była ironia losu: opuścić korek do ronda, zrobić dodatkowe kilometry tylko po to, by znaleźć się znowu w korku do tego samego ronda, tyle że dokładnie z przeciwnej strony!!!

No ale jednak była różnica, taka mianowicie, że ten korek już się poruszał. Mimo, że w ten zjazd skierowany został calutki ruch od strony Poznania. Setki aut. Powoli, powoli, bardzo powoli, cholernie powoli, ale jednak. A w tym czasie w drugą stronę leciały na sygnale kolejne strażackie wozy w kierunku Warszawy. No to już było wiadomo, że stało się coś poważnego. Wtedy dostałam info od nieocenionego Madziora, że na A2 przewróciła się cysterna z propanem-butanem i strażacy nie puszczają, no bo wiadomo, trzeba ocenić zagrożenie itd. 

Kiedy w końcu dotarłam do ronda, okazało się, że jest na nim policja - i w tym momencie życzenia wszystkiego najgorszego dla głupiego tłuka, który się w internetach wymądrzał, że "półtorej godziny zjeżdżał z A2 na rondo, bo MILICJA postanowiła się zabawić w kierowanie ruchem na rondzie" - masz posrane we łbie, tłuku, gdyby nie te "zabawy" "milicji", to pewnie nadal oboje byśmy tam stali, debilu.

Opuściłam rondo o 18:30 (w prawie trzy i pół godziny po wyjeździe spod szpitala), potem jeszcze godzinę wlokłam się do Łowicza, bo postanowiłam nie wracać na A2 (nie byłam pewna, w którym miejscu przewróciła się ta cysterna), tylko pojechać Starą Krajową Dwójką, czyli drogą 92.

Weszłam do domu o 20:55. W międzyczasie kilka razy się popłakałam. Ze zmęczenia. Z bezsilności. Z tego, że wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Że na tej 92 jest tyle świateł, które zmieniają mi się na czerwone tuż przed moim nosem i co chwila muszę się na nich zatrzymywać. Że ten pierdolony Tir przede mną jedzie sześćdziesiątką, a nie da się go wyprzedzić. Że koty w domu czekają. Że ja już chcę w tym domu być. Że gdybym myślała, i nie zjechała na tę autostradę, tylko myknęła dalej na Kutno...

Ogólnie mówiąc - mam, kurwa mać, dość. Wszystkiego.

(w tym miejscu miała być mapka ilustrująca moje miotanie się po okolicach Łodzi, ale jestem za głupia na to, by taką zrobić - po piętnastu próbach zrezygnowałam. Tak a propos sprzysięgania się wszystkiego przeciwko mnie.)

poniedziałek, 25 maja 2015

Jak śmiesznie być wyborcą

Wynikiem wyborów nie przejęłam się zupełnie. Aż sama jestem zdumiona. Wzruszyłam tylko ramionami. Wyrosłam już z czasów przejmowania się ludzką bezmyślnością (w zakresie polityki naturalnie, bo tak w życiu codziennym to przejmuję się nią aż za bardzo). Jak ktoś głosuje "na złość mamie", niewart jest, żeby poświęcać  mu cień uwagi. Polityka mi wisi. Przeżyłam już tyle wyborów, że się na nie uodporniłam. Odchodzącego prezydenta ledwo rejestrowałam kątem umysłu, zbyt był bezbarwny i chwiejny, wstępującego na tron  będę ignorowała z powodów, których chyba nie muszę wymieniać.

Ale ja nie o tym chciałam. Inną sprawą chcę się zająć. Mianowicie jest kilka takich rzeczy, przy których poczucie humoru odbiega mnie wściekłym galopem i zamienia mnie w bryłę lodu. Do tych rzeczy należy między innymi żartowanie sobie z gwałtu, brak szacunku dla polskiej flagi oraz robienie sobie jaj z wyborów. Które traktuję niezwykle serio, niezależnie od aktualnej sytuacji społeczno-politycznej, i udział w których uważam za obowiązek, zaszczyt i przywilej.

Dlatego najpierw zdumienie i niedowierzanie, a potem gigantyczny niesmak wzbudziła we mnie pracowicie uprawiana błazenada wyborcza. Głupawe dopiski na kartach na temat kandydatów, głosowanie na absurdalnych wymyślonych kandydatów, rzekomo w proteście... Żałosne. Tylko na taki protest cię stać, człowieku?

Anna A-B na fejsie napisała, że podczas tej kampanii wyborczej i samych wyborów przestała poznawać ludzi, których, jak jej się wcześniej wydawało, znała doskonale. Z przykrością muszę się podpisać pod tymi słowami. Niektórzy bliscy moi i dalsi znajomi naprawdę bardzo nieprzyjemnie zaskoczyli mnie tymi infantylnymi wygłupami podczas głosowania, niektórzy - co gorsza - jeszcze chwaląc się nimi na prawo i lewo. No cóż, zapewne czuli się niesamowicie cool, dopisując brednie na kartach wyborczych - błyskotliwie, odważnie i anonimowo.

Z opcji "nie zezwalaj na komentarze czytelników" korzystam pierwszy raz w życiu i z pełną premedytacją.

sobota, 23 maja 2015

Archeologia, czyli sprzątanie piwnicy

Moja piwnica zaczęłaby wkrótce przypominać tę poznańską, czyli wielka zgruchmoniona kupa wszystkiego z odrobiną miejsca przy wejściu na nogi... no i na rower. Na rower miejsce zawsze być musi :)

Wyniosłam na śmietnik pół tony niepotrzebnych klunkrów - w tym lampę ze stłuczonym abażurem, którą przywiozłam jeszcze z Poznania i najpierw trzymałam dwa lata w piwnicy na ulicy W., a potem kolejne sześć lat - już w mojej własnej. Piwnicy. Nie, nie wiem, co ja sobie myślałam. Podobnie jak nie wiem, co tam robi szklany blat od stolika, którego już dawno nie ma. I co ja właściwie chcę z tym blatem zrobić?... No, OK, blat może się przydać, jak już sobie zrobię craftowy kącik w komputerowym, jako ochrona na craftowy stół (obok craftowej komody).

Oraz znalazłam w tej piwnicy, jak bonie dydy, mój półgorset. Sześć lat się zastanawiałam, co ja do diabła z nim zrobiłam?... Był w tej piwnicy bardzo porządnie opakowany i zaizolowany, zatem postanowiłam nie wyrzucać go, tylko doprowadzić do stanu używalności. Natomiast znalezione obok gorsetu koronkowe body i koronkowa koszula nocna wylądowały na śmietniku. Na litość boską, dlaczego ja to trzymałam w piwnicy?!

A potem w Castoramie kupiłam regał, taki składany, plastikowy, też do piwnicy. I to będzie dalszy ciąg sprzątania, acz pewnie dopiero w weekend bożocielny. Brakuje mi jeszcze małego stojaczka do wina - ostatnio obrosłam w tyle butelek, że nie da się ich spożytkować na bieżąco (to znaczy jak najbardziej by się dało, tyle że ja już nie mam do tego takiego szwungu jak kiedyś). Między innymi od Kuby Wesolutkiego dostałam flaszkę wina, które jest tylko kilka lat młodsze ode mnie - nie wyobrażam sobie okazji wystarczająco dobrej na to, by je spożytkować ;)

A kiedy przywiozłam ten regalik i pomaszerowałam do piwnicy, żeby go - póki co - zostawić od razu na dole, okazało się, że czwórka młodych ludzi robi sobie tam jakieś próby jakby teatralne? :) Stolik, na stoliku paląca się świeczka, stare krzesło, i grupka młodych, w tym moje dwie sąsiadki z piętra, żarliwie dyskutujące: - Ona jest zszokowana i rzuca się na ciebie, kapujesz? - Pozwolę się nie zgodzić, ona powinna trwać w stuporze przez dłuższy czas! Do tego mieli kamerę, mikrofon zwisający z kija oraz horyzont (czyli to takie coś srebrne do doświetlania). Jestem szalenie ciekawa, do czego im to było, ale nie chciałam im przeszkadzać. I tak zamieniliśmy kilka miłych zdań. Jaka fajna ekipa. Jak fajnie, że tacy pasjonaci są :)

wtorek, 19 maja 2015

Napór rzeczywistości

Rzeczywistość tak mnie męczy, że uciekam od niej. Na tyle, na ile mogę, rzecz jasna ;)

Sobotę spędziłam na kolejnych warsztatach - tym razem mozaikowych. W dodatku w doskonałym towarzystwie, gdyż z siedmiu obecnych osób pięć to były moje przyjaciółki i koleżanki :) Atmosfera była więc zarąbista. No, ale samo mozaikowanie ogromnie mi się spodobało! Kurczę, jaka to jest fajna sprawa: najpierw tniesz małe, kolorowe kafelki specjalnymi szczypcami, a jak już potniesz, to z tych małych kawałków układasz wzory :D I nie takie to znowuż proste, jak by się mogło wydawać. To znaczy - także i nie jakoś okropnie skomplikowane, ale pomyśleć przy tym trzeba. 

Zrobiłam - oczywiście - kota. Kot jeszcze czeka na zafugowanie (chyba dopiero w piątek się tym zajmę), ale w tej chwili wygląda całkiem sympatycznie:

Zdięcia pochodzą z bloga naszej szefowej
mozaikowanie.wordpress.com
Wyobraźnia nasza nie znała granic i kordonów. Joanna zrobiła kaktusa (przy rysowaniu wzoru bardzo się starając, by to na pewno wyglądało jak kaktus):


Paulinka trzema niedbałymi machnięciami ołówka (zadrość!!!) wyrysowała wdzięczną, gibką rybkę.


Kamisia - oczywiście zrobiła Artura. Znaczy, tego, nurka, ale on wyglada zupełnie jak Artur.


A Catalina - kwiat. Na moje oko - hibiskus.


Nie  wiem, czy będzie z tego moje nowe hobby, ale na pewno się trochę tym pobawię - już niedługo.

A dzisiaj... pożegnałam się z Wesolutkimi :-/ Byłam u nich ostatni raz - służbowo przynajmniej, bo prywatnie może czasem zajrzę... Wszyscy przyszli mnie pożegnać, cały zespół, nawet księgowa i informatyk - a pani Danki z kuchni nie było tylko dlatego, że miała dzisiaj wolne :) Kochani są ci ludzie. Współpracowaliśmy sześć lat, smutno się rozstać. Przypuszczam, że tak samo będzie przy pożegnaniu z Doktorem-Kosmitą. Już za dwa tygodnie...

środa, 13 maja 2015

O_O

Odnoszę wrażenie, że utraciłam umiejętność sensownego formułowania zdań na piśmie...

Trzy notki wylądowały już w koszu (a raczej w folderze "nieopublikowane", z mglistą myślą, że może jeszcze siądę do  nich i przeredaguję je tak, żeby miały ręce i nogi), bo jak czytam, to są zbyt chaotyczne i nielogiczne, żeby można je było zamieścić na blogu.

To w ogóle nie brzmi jak ja!!!

Wiem, że z wiekiem obniża się próg możliwości intelektualnych, ale chyba na to jeszcze za wcześnie?...

piątek, 8 maja 2015

Jest czas nie-zmian i czas zmian :)

To będzie krótki wpisik, na początku którego chciałabym, żebyście poznali moją koleżankę Anię.

Poznajcie Anię.

Być może nie każdemu odpowiada takie "pisanie", może niektórzy uznają to za nawiedzone psychologizowanie (Aneczka, to jest tylko cytat ogólny ;) ). Ale nie w tym rzecz. Bo jeśli chodzi o meritum, to Ania wzbudza we mnie podziw. Mimo że jestem zawistną suką i nie lajkuję jej (chyba) na fejsie ;) I nawet nie chodzi o to, że Ania schudła 40 kg, bo tak samo wzbudzałaby we mnie podziw, gdyby przeszła mongolskie stepy z plecakiem albo przepłynęła Bałtyk w jolce, albo "zwyczajnie" przeszłaby z Warszawy do Krakowa pieszo. Podziw i radość wzbudza we mnie fakt, że ktoś, kogo znam, COŚ zrobił :)

Od dokładnie trzynastu lat twardo lansuję tezę, że na każdą zmianę w życiu człowieka musi przyjść odpowiedni czas. I dopóki on nie przyjdzie, można oczywiście próbować, można nawet coś tam zyskać, ale w pełni uda się dopiero wtedy, gdy ten czas nadejdzie.  

Kiedy trzynaście lat temu zdecydowałam się na operację rozwiązującą moje coraz bardziej narastające problemy ruchowe, generalnie spotkałam się z niemal samymi pozytywnymi reakcjami. Ale były tez dwa inne rodzaje reakcji. Na informację "we wrześniu idę na operację" usłyszałam "a dlaczego dopiero teraz?" oraz "a jednak". Trudno byłoby mi opisać, jak te dwie odpowiedzi, zupełnie niewinne i jak najbardziej w dobrej wierze, mnie zabolały. Ale wtedy właśnie tak było: dopiero wtedy nadszedł moment, w którym poczułam, że chcę to zrobić, że mogę to zrobić, że jestem na to gotowa. Nawet jeśli wcześniej o tym myślałam, to było raczej gadanie że "trzeba by", że "może" itd., i na tym się kończyło.

Teraz zresztą mam tak samo z paroma rzeczami, w tym z dentystą. Nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej nie chodziłam do dentysty, chodziłam, a jakże, nader często, ale dopiero ostatnio przełącznik we mnie przeskoczył na "action" i ruszyłam jak taran, z zimną determinacją, by "zrobić sobie zęby" i w końcu rozprawić się ze wszystkimi kłopotami. A jako ofiara felernego antybiotyku, mam z nimi kłopoty od 1976 roku. Już kilkanaście razy próbowałam wreszcie te kłopoty zakończyć, ale dopiero teraz czuję TO, tę siłę, że wiem, że tym razem doprowadzę rzecz do końca. Zresztą przy obecnych możliwościach stomatologicznych, to jest sama przyjemność! Choć, niestety, dość kosztowna.

I jest jeszcze kilka takich rzeczy :)

Wracając do meritum - Aneczka, jestem z ciebie cholernie dumna. Za zaszczyt sobie poczytuję, że od tylu lat cię znam (choć widujemy się bardzo sporadycznie). To, co zrobiłaś, dodaje mi sił i wiary, w to, że można :)

A tu jeszcze raz Ania opowiadająca o tym, że w tym wszystkim tak do końca nie chodziło o odchudzanie :)

http://www.aniazmienia.pl/

czwartek, 7 maja 2015

Rzadko, bo rzadko, ale się zdarza :)

Zdarzyło mi się kiedyś, że wyjeżdżając z miasta zawahałam się na rozjeździe: „yyyy, to gdzie ja dzisiaj jadę? Wrocław czy Katowice?...”

To było jeszcze, gdy mieszkałam w Poznaniu. Dzisiaj rano natomiast miałam moment zawiechy na Dworcu Centralnym. Przez sekundę zwątpiłam: cholera, czy ja aby na pewno do Gdańska? Bo odjazd mam na 6:35, a taka godzina stoi jak byk na tablicy przy Krakowie!

Okazało się, że oba Pędki odjeżdżają o tej samej porze. Tyle że oczywiście w dwie różne strony. Bardzo się pilnowałam, by wsiąść do tego właściwego. Do Gdańska.

Do Krakowa pojadę w poniedziałek ;)

sobota, 2 maja 2015

"Tresura i rozpoznawanie psów"

Kiedy byłam mała, byłam psiarą.

Byłam psiarą do sześcianu, marzyłam o psach, bawiłam się w psa i że mam psa, ba, ostatnią rzeczą, zanim zapadłam w sen pod narkozą na stole operacyjnym, była wizja pieska biegnącego do mnie - i jednocześnie zadecydowało to o tym, że rodzice się złamali i zgodzili się na psa.

Zanim jednak to nastąpiło, napisałam i zilustrowałam książkę o psach. Konkretnie - "Tresura i rozpoznawanie psów". Miałam wtedy pięć i pół roku, więc proszę państwa, to nie byle co! W tym wieku to niewielu zaczynało, Mozart na przykład, ale czy ktoś jeszcze poza nami?...

Którą to książkę moi rodzice przysłali mi w prezencie na moje niedawno obchodzone urodziny :D

Postanowiłam ją zeskanować i zamieścić tutaj, w ramach zaplanowanego Albumu Rodzinnego - niech cały świat zapozna się z tym arcydziełem!

W końcu, skoro wydaje się MichalaG...


Od razu mówię, że nie mam pojęcia, kim były Gosia, Ewa i Iwona
- nie wykluczam, że uczennicami mojej matki.


Spis treści - jak widać, od najmłodszych lat wiedziałam, jak powinna wyglądać prawdziwa książka. Spis treści był oczywiście na końcu.



W pierwszym rozdziale zapoznałam Czytelników z budową zewnętrzną psa:

Proszę zwrócić uwagę, że zaznaczyłam dwa rodzaje uszu psa!


A także poświęciłam nieco miejsca budowie wewnętrznej - czyli, jak wyjaśniłam zaintrygowanej rodzinie, flakom.

Przecież widać, że flaki.


Zadbałam także o ilustracje pomiędzy kolejnymi rozdziałami, przedstawiające naszych pupili.

Piesek bawi się z panem.


Z niewiadomych już teraz powodów, rozdział o tresurze zawierał ilustrację dwóch psów na polu namiotowym.

A może to miał być cyrk?...


Już w wieku pięciu lat dostrzegałam przerąbany los psa podwórzowego i obszernie omówiłam to zagadnienie w kolejnym rozdziale.



Pies pokojowy na dywaniku. Ujęcie zachwyca gracją.

Nie udało się ustalić, co to jest to coś z jego tyłu.


Nie zapomniałam także o psach myśliwskich. Proszę zwrócić uwagę na przepięknie oddany orzełek na czapce myśliwego.

No i to myśliwskie obuwie.


No i wreszcie ostatni rozdział - po latach ta ilustracja z niewiadomych przyczyn spodobała mi się najbardziej. Pies przewodnik pomaga swojej pani.

Ciemne okulary i laska nie pozostawiają wątpliwości.

Mam szczerze mówiąc nadzieję na sporo pozytywnych recenzji (nie na wyłącznie pozytywne, no nie wymagajmy od życia za wiele) i że wkrótce będę mogła rozpocząć rozmowy z wydawnictwami. Od razu proszę "Znak", żeby się nie fatygował, podpadliście mi wydawaniem strasznego badziewia i nie będę stała z nim na jednej półce. Oszczędźmy sobie wzajemnie straty czasu. Dziękuję państwu.

sobota, 28 marca 2015

Serweta Transoceaniczna :)

Czas leci jak szalony, jak zwykle. Dzisiaj notka na temat frywolitkowej Serwety Transoceanicznej. Z trackingu pocztowego dowiedziałam się, że dotarła dzisiaj do odbiorcy w USA, mogę więc wreszcie napisać o jej tworzeniu.

Zaczęło się rok temu - Gaba spytała, czy nie zrobiłabym dla jej ciotki, Lidki, "serwetki do koszyczka wielkanocnego". Proszę bardzo, dlaczego nie. Standardowo poprosiłam o sprecyzowanie życzenia: rozmiar i kolor? Okazało się, że jest to Bardzo Duży Wielkanocny Koszyczek, bo ma średnicę 60 cm. Tutaj odrobinę sklęsłam. Od razu odpuściłam wersję robienia serwety z Aidy 10 - wprawdzie taką średnicę osiągnęłabym bez większego trudu, ale rzeczy robione Aidą 10 są jednak mało finezyjne, bo to jest dość gruby kordonek. Poniżej jest zdjęcie mojej pierwszej dużej robótki - serweta wg wzoru Jana Stawasza, robiona Aidą 10 - i tak, jest piękna, do dziś jestem z niej niesamowicie dumna, ale jednak grubaśna jest nieco i tłustawa :)


Słowo się rzekło, zaczęłam szukać czegoś innego. Wzory Stawasza dają dość duże możliwości - ten człowiek był geniuszem frywolitki. Wiedząc, że zazwyczaj używał właśnie Aidy 10, i jaka jest proporcjonalna różnica w grubościach 10 i 20, znalazłam w jednej z jego książek wzór na serwetę o średnicy 80 cm, co w przeliczeniu na Aidę 20 dawało plus minus 60 cm.

(Problemem każdego kordonkarza jest to, że numeracja kordonków nie jest ujednolicona, i kordonek 10 firmy X ma zupełnie inną grubość niż kordonek 10 firmy Y, co powoduje zrozumiałe problemy. Szkoda, że tym się Unia nie zajęła.)

Od razu powiem, że wymiar podany w książce można było sobie o kant czółenka potłuc, bo mój finalny produkt uzyskał potworny rozmiar 75 cm średnicy!!! I tak sobie myślę - po cholerę podawać w ogóle wymiar w książce, skoro to nie ma najmniejszego sensu? No ale trudno, przepadło, autorowi tego nie powiem, bo już nie żyje, po prostu na przyszłość nie będę brała tego pod uwagę. Szkoda tylko, bo gdybym wiedziała, może zrobiłabym serwetę inną, mniej pracochłonną? Miałabym na nią więcej czasu i mniej nerwów, co przecież odbija się na wykonaniu!

... a może i nie, może zrobiłabym jednak tę. Bo choć po drodze było chwilami ciężko, to jednak efekt końcowy wyszedł super. A poza tym uwielbiam ten szczególny rodzaj dzikiej satysfakcji, którego nie czuję zbyt często, a mianowicie, że zrobiłam coś zajebiście dobrze :)

Jako że ustalenia i negocjacje rozpoczęłyśmy w połowie marca 2014, napisałam, że owszem, z przyjemnością zrobię serwetę, ale dopiero na kolejną Wielkanoc. Na tę już nie zdążę. Lidka się zgodziła, zaproponowałam, że serweta nie będzie nudnie biała, ale z "jasnego ecru" - bo jedna z internetowych pasmanterii miała na stanie cztery kordonki tego koloru, a wiadomo, że trzeba kupić od razu stosowny zapas, bo nagle może się okazać, gdy zabraknie, że takiego samego koloru już się nie kupi, bo przestano go produkować.

Oczywiście i tutaj nie obyło się bez problemu, bo po złożeniu zamówienia zadzwoniła do mnie pasmanteria informując, że owszem, cztery kordonki są, ale właśnie się zorientowali, że jeden jest z innej serii i w związku z tym w odrobinę ciemniejszym odcieniu (A NIE MÓWIŁAM?). Trudno. Kiedy przysłali mi zamówienie, odłożyłam na bok ten jeden kordonek, zakładając, że sięgnę po niego tylko wtedy, jeśli się okaże, że trzy motki nie starczą. Pewna byłam, że starczą ;) Nawiasem mówiąc, różnica w odcieniu była tak nieznaczna, że gdybym nie została o niej poinformowana, z pewnością sama bym jej nie zauważyła - dziękuję więc pasmanterii z Poznania za rzetelność i uczciwość :)

No i zaczęłam pracę - 21 marca 2014 :)


To jest luźno rozumiany początek, który zajął mi jakieś trzy tygodnie. Poza tym już po zrobieniu tego zdjęcia okazało się, że błędnie odczytałam schemat i na samym początku zrobiłam spory błąd, więc zrobiłam to samo jeszcze raz.

No ale potem powolutku, powolutku, poszło dalej.






Plątałam sobie spokojnie, plątałam, często odkładając robotę na bok i zajmując się innymi frywolitkami, ponieważ miałam jeszcze bardzo dużo czasu. A potem nadszedł TEN moment:


w którym uprzytomniłam sobie, że zbyt często odkładałam robotę na bok, bo nagle czas mi się potwornie skurczył, a ja nadal w lesie.

Obiecałam serwetę na Wielkanoc 2015 - a u mnie, proszę państwa, słowo droższe pieniędzy. Trzeba było podejść do sprawy rzeczowo i profesjonalnie. Wymyśliłam więc harmonogram dalszych prac:


I co najzabawniejsze, udało mi się :D


Końcówka była ciężka. Już nie z obawy, że nie zdążę, bo wiedziałam, że zdążę - ale z powodu monotonii. Wiem, że miałam to na swoje własne życzenie - mogłam wcześniej się na tym skupić, wcześniej skończyć i byłoby OK. Kolejna życiowa nauczka - następnym razem, gdy będę miała do wykonania dużą pracę, stworzę sobie taki plan od samego początku :)

No ale wreszcie zaczęłam zbliżać się do końca, wykorzystując każdą "wolną" chwilę - np. w pracy, podczas dwugodzinnego szkolenia online:


I w końcu nadszedł moment historyczny - tuż przed zrobieniem ostatniego kawałeczka, łączącego koniec ostatniego rządka z początkiem ostatniego rządka! 


Uwierzcie mi, że i to zdjęcie, i ostatnie słupki robiłam drżącymi rękami - a po zaciągnięciu ostatniej pętelki wyrzuciłam ręce w górę, wrzeszcząc na całe gardło: YESSS!!!

Chociaż było przede mną jeszcze sporo pracy - pranie, krochmalenie, UPINANIE!!!, prasowanie - to jednak wtedy już złożyłam obietnicę, że przez najbliższe pięć miesięcy nawet nie spojrzę na ecru. I że zrobię coś z możliwie najbardziej oczojebnych kordonków, jakie posiadam!!!

Po czym...

Najpierw było pranie z krochmaleniem, po którym należało Obiekt dokładnie wysuszyć przed podjęciem dalszych kroków, najlepiej na dużym, grubym ręczniku. Tu pojawił się mały, czarny problem:


Po pertraktacjach, Obiekt został wysuszony i przetransportowany na sklecone za pomocą fantazji miejsce suszenia:


... czyli na suszarce do prania został położony duży karton, na nim Frywolitkowy Ręcznik Do Suszenia, na nim zaś rozpięty Obiekt - ledwo się zmieścił, jak widać.

Rozpinanie Obiektów to w ogóle jest krew, pot i łzy, bo trzeba zadbać o prawidłowe ułożenie wszystkich detali - czasami wymaga to pracy ze szpilką, żeby jak trzeba równo wszystko ułożyć, i ładnie rozprostować wszystkie pikotki. A teraz sobie wyobraźcie, że pikotków do ułożenia jest powiedzmy osiemset. No. 

No ale w końcu przyszedł Ten Najpiękniejszy Moment - zrobienia pamiątkowych zdjęć przed wyekspediowaniem Obiektu do Miejsca Przeznaczenia :)







Jak napisałam - jestem cholernie dumna i odczuwam niebosiężną satysfakcję :) I nieprędko, jeśli w ogóle, zdecyduję się na powtórzenie tego wzoru. Zwłaszcza, że jeszcze tyle innych czeka na wypróbowanie! :) 

No ale napisałam również: "Po czym..."

Po czym już następnego dnia po zakończeniu robótki, a przed jej wykończeniem, zaczęłam odczuwać niepokój. I swędzenie palców. Zamiast się cieszyć, że już nie muszę niczego robić. Chodziłam po domu, tu przysiadłam, tam przysiadłam, wstałam, znów siadłam - narastało we mnie straszliwe ciśnienie, że PRZECIEŻ COŚ MUSZĘ ROBIĆ. Muszę. Muszę. Dajcie mi natychmiast coś!!!...

Poddałam się. Wyciągnęłam z szuflady wszystko to, co zarzuciłam wcześniej na rzecz serwety. W tym jedno niewątpliwie bardzo ecru...

A to małe bardzo kolorowe, to realizacja obietnicy
 o zrobieniu czegoś oczojebnego :)