poniedziałek, 26 stycznia 2015

Nowa kategoria

Na tym zdjęciu jest Bardzo Małe Dzidu, które już trzyma w rączce coś w okładkach.


Na tym zdjęciu jest także Dzidu, tyle że trzydzieści lat później, i jak widać, rozumu mu z wiekiem nie przybyło ;)


Ponieważ zabieram się (zabieram, i zabieram, i zabieram, i zabieram...) do zeskanowania rozmaitych zdjęć rodzinnych i nie tylko rodzinnych, przyszło mi do głowy, żeby niektóre z nich wrzucać na blogaska. Czasem okraszone krótkimi historyjkami, które się z nimi wiążą :)
 
Miło będzie pokazać światu na przykład, jakie fajne miałam babcie :)
 

niedziela, 25 stycznia 2015

Trzeci sezon "Call The Midwife"

Jakoś zupełnie go przegapiłam i dopiero kilka dni temu sobie przypomniałam. Po czym nadrobiłam w dwa i pół dnia.
Dwie rzeczy mnie w tym serialu irytują. Pierwsza - to to rzewne jęczenie Vanessy Redgrave na końcu każdego odcinka :-P i bezustanne powtarzanie wówczas słowa "miłość". Och, miłość może wszystko, miłość nas scaliła, miłością się karmiliśmy, miłości nie da się zniszczyć, w domu, w którym jest miłość, jest miłość, bla, bla, bla.

A druga rzecz to główna bohaterka!!! Na litość boską, tak jak jest prześliczna, to jest zupełnie drewniana i bez wyrazu. Tak jak wszyscy pozostali bohaterowie są pełnokrwiści i charakterni, tak ona jest straszliwa!!! O jej chwiejnym, marudzącym charakterze już nie mówiąc... Co za kukła, na rany boskie.

Na szczęście kocham wszystkich pozostałych. Łagodna i dobra siostra Julienne, zwariowana ale nieskończenie mądra i ciepła siostra Monica Joan, impetyczna siostra Evangelina (znałam niegdyś jej polski odpowiednik - podobna z wyglądu, z charakteru i w dodatku też była zakonnicą - siostra Justyna), Shelagh (jaka ona jest piękna), niezdarna Chummy, Trixie, Cynthia, nawet Patsy (choć ta mnie nieco złości), Fred, pastor Hereward, Peter Noakes, no i last but absolutely not least, najcudowniejszy mężczyzna na East Endzie - doktor Turner! Dajcie mi doktora Turnera!!!

Następnym razem postaram się napisać wreszcie o czymś innym niż o tym, co właśnie obejrzałam. Ale jak wspomniałam wcześniej - wszystkie wolne chwile spędzam na wykańczaniu Serwety Transoceanicznej. Trudno robić przy tym cokolwiek innego niż oglądać filmy, naprawdę. Dzięki Boru zatem, że jest co oglądać, bo Serweta zajmie mi jeszcze około pięciu tygodni.
No chyba że znudzi mi się oglądanie i przerzucę się na słuchanie słuchowisk radiowych ;)

sobota, 24 stycznia 2015

"Birdman"

Straciłam w kinie dwie i pół godziny życia (razem z zajawkami). Jezuchryste, co za irytująca, męcząca kupa. I nie dlatego, że to film specyficzny, nietypowy, nie w stylu "to jest człowiek, a pewnego razu..." Nie, to jest po prostu film o denerwujących, antypatycznych, żałosnych ludzikach, z których każdy ma namalowane na twarzy "popatrz, jaki jestemkurwazajebistyimojeracjesąnajmojsze". A ja nie znoszę takich filmów. Nie mogę tu dodać "... oraz takich ludzi...." bo nie znam takich egzemplarzy. Serio, nie znam, i myśl o tym, że naprawdę gdzieś w świecie takie istnieją, przeraża mnie. Gdyby byli gdzieś w pobliżu, zwiewałabym od nich jak najdalej. Serio, ludzie, to są właśnie wasze problemy, żałosne narcystyczne dupki?...

Ujmując skrótowo - nie podoba mi się rodzaj popieprzenia tych ludzi

Nie podoba mi się także język tego filmu, i nawet nie o wszechobecne "fucki" mi chodzi; np. sformułowanie "widzisz tam tę kobietę, która wygląda, jakby właśnie wylizała dupę bezdomnemu?" - to nie jest ani śmieszne, ani błyskotliwe, ani nie jest w ogóle.

Film jest co najmniej o pół godziny za długi, ostatnie pół godziny to pierdomękolenie, które doprowadza do szału. No i najgorsze - czyste solówki perkusji zamiast ścieżki dźwiękowej. Co kilka minut łomot bębnów i syk talerzy, noszfak, głowa mnie od tego rozbolała. 

Sprawiedliwie oddam - podobała mi się, i to bardzo, gra Michaela Keatona. Gra z technicznego punktu widzenia - skupiłam się na tym z braku ciekawszych rzeczy. Ale to jest absolutnie jedyna dobra rzecz, jaką mogę powiedzieć. 

Wiem, że na pewno się nie znam i nie rozumiem. Sęk w tym, i na szczęście - nie muszę. Ja jestem prosta baba z magisterką, że strawestuję Szpro, i dzielę filmy na te, które mi się podobają, i te, które nie.

czwartek, 22 stycznia 2015

Important organ

Zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny pisząc o oglądaniu czegoś robię się niebezpiecznie monotematyczna. Tak się jednak składa, że aktualnie wykonywane popołudniowe zajęcie umożliwia przede wszystkim oglądanie, nie zaś czytanie czy robienie czegokolwiek innego. Nawet na pisanie czasu mało.
 
A więc, oglądam kolejny odcinek "Lewisa". Oni tam mówią dość wyraźnie, ale czasem muszę coś powtórzyć. No i słucham i nijak mi nie pasuje: "It was important organ".

Co cholera. Jaki znowu important organ?! Bez sensu w kontekście rozmowy, no i tak jakoś nie do końca gramatycznie, nie? Cofnęłam, jeszcze raz. To samo. "It was important organ". Jeszcze raz - to samo.

W końcu, za kolejnym razem...

"It was in Portland, Oregon".
 
No. A poza tym - "Belle", och, "Belle". Jaka urocza historia, jaki piękny film, jaki kochany Tom Wilkinson, serce moje, i jaka rewelacyjna Gugu Mbatha-Raw. Kto jeszcze nie widział, niech koniecznie zobaczy!

środa, 21 stycznia 2015

To jest doprawdy bardzo miły tydzień

Częściowo dlatego, że mam tylko jeden, i to bardzo luźny i leniwy, wyjazd służbowy, mogłam więc spokojnie zająć się nadrabianiem biurowych lagów (backlogów, jak to się u nas mówi) oraz robieniem szkoleń, które za chwilę będą mi potrzebne, bo już za parę dni zaczynam olbrzymi projekt z przewlekłą białaczką limfocytową. 

Ale to w pracy, co tam praca :)

Miły tydzień zaczął się w sobotę, od The Imitation Game. (Państwo rozumieją, że nie mam ochoty używać polskiej wersji tytułu, prawda?) Czekałam na ten film od dawna bardzo niecierpliwie, nie tylko ze względu na tematykę, ale (#jakajestempłytka) również dlatego, że na serwowanych nam zajawkowych zdjęciach Benedict jest tak piękny, że po prostu dech zapiera. No i rzeczywiście, nie rozczarowałam się. Pod żadnym względem :)

Święto to było, bo wybierając się na ten film nie wyobrażałam sobie, że mogłabym oglądać go bez Madziora. No pewne rzeczy są oczywiste! Dlatego bardzo się ucieszyłyśmy, że premiera w piątek, gdyż nie musiałyśmy długo czekać - już w sobotę Madzior zjechał do Warszawy z Marem przy boku. Mar został skierowany na Hobbita, a my trzy, bo oczywiście i Paulinka, ruszyłyśmy zająć nasze fotele VIP (a co sobie żałować w tak ważny dla nas dzień :) ).

Wyszłyśmy bardzo ukontentowane. Ja nie wiem, czy to jest film "aż na Oscara", zresztą ja jestem mało "oscarowa" i nie ma to dla mnie większego znaczenia (mój kontakt z Oscarami to odpalenie kompa na drugi dzień i sprawdzenie, kto dostał, a kto nie, i eto wsio). Najważniejsze, że film mnie wciągnął, bardzo zainteresował, że to była dobra, dobrze podana historia. Jedyne zastrzeżenia, jakie miałam, to zbyt częste nawiązania do szkolnej młodości Turinga, chociaż to może dlatego, że grający go chłopiec niewymownie mnie denerwował. Znaczy, rozumiem, że trzeba było pokazać, dlaczego Turing nazwał swoją maszynę Christopher, ale nie trzeba było imho aż tylu odsłon tej znajomości. (Poza tym wg dat na ekranie młody Turing miał szesnaście lat - musiałby być chyba niedorozwinięty!) Poza tym - miodzio, naprawdę miodzio, odpowiednia dawka humoru, no i rewelacyjna obsada - pomijając może tylko Keirę Knightley, no nie mogę się do niej przekonać już od wielu lat i naprawdę jest dla mnie zupełnie nieprzekonująca. 

Benedict jest jak zwykle cudowny, on rzeczywiście nadaje się idealnie do grania takich totalnie odklejonych postaci (chociaż naprawdę chętnie zobaczyłabym go w nieskomplikowanej komedii romantycznej, w której, jak sam mówi, miałby ochotę kiedyś zagrać ;) ). Też nie wiem, czy to jest rola aż oscarowa, ale też nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia. Uważam, że już sama nominacja do Oscara jest ogromnym jego osiągnięciem - na dobrą sprawę po zaledwie trzech latach istnienia w globalnej, nie brytyjskiej "filmowej świadomości" - i więcej mi nie trzeba. 

No i zakończenie, to "posłowie" na ekranie (nie udało mi się wymyślić lepszego słowa na informacje o bohaterach, jakie pojawiają się już na samo zakończenie), które wzruszyło mnie ogromnie. To jest jeden z tych filmów, które po obejrzeniu w kinie kupuje się na DVD, bo chce się je mieć "porządnie" na własność.

Najbardziej znane, i chyba moje ulubione, zdjęcie z The Imitation Game

Nawiasem mówiąc, w następną sobotę wybieram się na Birdmana :) 

Z rzeczy do oglądania, kończę niestety już "Lewisa" - zostało mi jeszcze siedem odcinków. Dzisiaj natomiast zapuściłam sobie niezwykle uroczy film "Belle" z niezwykle wspaniałą obsadą (tu przepraszam Toma Feltona, że go nie poznałam. Ale wygląda raczej jak Tom Brooke :-P )

Dobrze, że mam co oglądać, bo jestem teraz zajęta wykańczaniem Serwety Transoceanicznej, i praktycznie całe popołudnia spędzam z czółenkiem na sofie. Czasu coraz mniej, a roboty jeszcze kawałek. Ale do końca lutego powinnam się wyrobić.

Miałam jeszcze napisać o paru rzeczach, ale kurna, czas goni, więc... następnym razem. O ile nie zapomnę, co też to miało być.


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Franio i ja

Na początek - informacje:
 
1. Tak, mam kredyt w CHF, który będę spłacała jeszcze czternaście lat (planowo, zakładam, że przy sprzyjających wiatrach krócej).
 
2. Nie, nie jestem bankrutującym, żądającym pomocy "frankowiczem" (i przy okazji, nie życzę sobie określania mnie tym, wyjątkowo negatywnie i złośliwie nacechowanym, nowosłowem-potworkiem).
 
3. Mój kredyt jest moją sprawą, moim ryzykiem i nikomu nic do tego.  Jeżeli nie będę w stanie go spłacić, po nieudanych próbach ratunku poniosę wszystkie konsekwencje. Jestem - i byłam - tego świadoma.
 
4. Jak napisałam wyżej, w moim przypadku nie ma mowy o żadnej "przepaści" czy "nieszczęściu" i w związku z tym nie oczekuję żadnego pocieszenia czy współczucia. (Swoją sytuację mogę ewentualnie poomawiać z moimi znajomymi i przyjaciółmi, znajdującymi się w identycznej sytuacji.) Oczekiwałabym natomiast od osób, które znam, zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, czyli nienatrząsania się z tej przykrej sytuacji, jaka się przydarzyła. (No bo nieszczęście to nie jest, ale przykrość - dla mojego portfela - niewątpliwie.) Czyli nie pisania ze złośliwymi uśmieszkami "trzeba było myśleć", "po co braliście kredyt w obcej walucie" czy też chociażby tylko "ha ha ha, a ja mam kredyt w złotówkach, jak fajnie!" Kilka lat temu ty, szanowny kolego albo szanowna koleżanko, mający/-a kredyt w złotówkach, potężnie oberwałeś/-aś w lico gwałtownym skokiem stopy procentowej. Podniosły się wówczas wrzaski i lamenty równe tym dzisiejszym. Nie wchodziłam wtedy w żadne dyskusje, tylko szczerze się zmartwiłam fakapem, jaki się wam przytrafił. I za jakiś czas, kochani, znowu się wam taki fakap przytrafi, nie ma siły, statystycznie rzecz biorąc tak być musi. Tyle że ja wówczas już się nie zmartwię ani nie będę wam współczuć. Bo będę pamiętała wasze reakcje z 15 stycznia 2015.
 
5. Na koniec tym wymienionym w poprzednim punkcie, chciałam przytoczyć słowa Radka Teklaka z pamiętnego dnia. Notabene jak pisania Teklaka nie lubię ze względu na sposób tegoż pisania, to jeśli już go czytam, to zwykle przyznaję mu rację. Tak jak tutaj. Podkreślenie moje:
 
"Był to natomiast dzień, w którym po raz kolejny przekonałem się, że ten kraj może i piękny, ale ludzie kurwy. Takiej fali mściwej satysfakcji 'i co cwaniaczki, pali się pod dupami' nie widziałem nigdy. Owszem, przy poprzednim kryzysie, pomyje rozlały się po internetach. Ale dzisiaj to było jakieś apogeum. I nawet bym się o tym nie zająknął, bo anony z internetów jakie są, każden jeden widzi. Zabolało mnie to, że tego typu głosy zobaczyłem w wykonaniu moich ziomów i ziomalek z fejsa. A że do znajomych przyjmuję raczej ludzi, których choć trochę znam i kojarzę, bolało podwójnie.
Jest mi z tego powodu, zwyczajnie i po ludzku, smutno w chuj.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Przed rokiem 2009 nikt nie szastał na lewo i prawo maksymą Gorkiego 'kredyt bierze się tylko w walucie, w której się zarabia'. Popularność powiedzenia narodziła się po kryzysie i od 5 lat wszyscy mędrkują, łącznie z hasłami, że ich mama nawet tak powtarzała."
 
Mnie również jest smutno w ch*j, głównie dlatego, że jako optymistka zakładam z góry, że ludzie ogólnie są w porządku, a przynajmniej się starają. No i szkoda się przekonywać, na przykładzie własnych, osobistych (nie tylko facebookowych) znajomych, że - nie zawsze i nie każdy.
 
 

Jeszcze a propos kredytu, to uznałam dzisiaj, że u mnie to w ogóle z tym jest "śmiesznie". No bo tak. Wzięłam kredyt w momencie, kiedy CHF stał dość nisko jak na tamten rok (naturalnie było to długo po czasach, kiedy był po 2 złote, o czymś takim to już nawet marzyć bym nie mogła :) ) I dokładnie w dniu podpisania tego kredytu zleciał na łeb na szyję do tego stopnia, że do wypłaconej mi kwoty kredytu musiałam dołożyć, płacząc krwawymi łzami, grubaśną kwotę własną, żeby sprzedający mieszkanie dostał tyle, na ile się umówiliśmy. Pocieszyłam się, że dzięki temu i rata będzie niższa. I była... pierwsza, bo zaraz po tym Franek znowu skoczył w górę tak, że już kolejna rata była o 350 zł wyższa. (Wypisz-wymaluj, jak teraz. Wtedy też już wysyłano nas pod most i natrząsano się z "cwaniaków". Potem jakoś o tym zapomniano.) I tak płaciłam ją w tej wysokości przez niemal sześć lat - wahania były około 70 zł, raz chyba 100, przy czym zdarzały się wahnięcia także w dół, ale o tym media milczały, o, co innego, jak wahnięcie o 100 zł było w górę, wtedy informacje pojawiały się na pierwszych stronach natychmiast :-P
 
Przy czym nowy, spektakularny skok franka miał miejsce dokładnie w dniu, w którym schodzi mi z konta kolejna rata. I prawdę mówiąc, to mnie wkurzyło najbardziej! Bo gdybym miała płatność powiedzmy dziesiątego... ;)
 
No i tak.
 
Notka miała być w zasadzie na różne tematy, podsumowująca przyjemne oraz mniej przyjemne wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, ale za bardzo się rozpisałam na ten jeden temat, żeby teraz dorzucać kolejne. Zatem te inne będą w kolejnej notce... jeszcze tylko jedna rzecz - mierzi mnie ostatnio atmosfera fejsa, w różnych jego miejscach, przez jakiś czas zatem chyba sobie odpuszczę. Zresztą, mam tyle spraw i zajęć w Outernecie, że nie będzie to z wielką krzywdą dla nikogo.
 

sobota, 10 stycznia 2015

No i jechałam Pendolino

Zgodnie z obietnicą, kilka słów na temat Pędka :) Pisałam na bieżąco podczas podróży na fejsie, tu zbiorę wszystko razem.
 
Pendolino prześlicznie się prezentuje od zewnątrz - jako wielbicielka smukłych sylwetek samolotów potrafię to docenić. Prawdziwa rozkosz dla oka konesera.

Śliczny pyszczek Pendolino :)

Jechałam do Krakowa pierwszą klasą, a wracałam drugą, ponieważ na podróż powrotną nie było w pierwszej miejsc przy oknie, a ja nie lubię siedzieć na "środku", nawet jeśli w wagonie bezprzedziałowym ten "środek" to jest po prostu miejsce przy przejściu (dla odmiany moje ulubione w samolocie, łatwo wyjść do toalety). W sumie nie wiem, co sobie myślałam, ale uznałam, że nie, i ponieważ okazało się, że w drugiej klasie miejsca przy oknie są - zdecydowałam się na drugą. Pomyślałam sobie, że będzie to świetna okazja do porównań. I była.
 
Odjazd był o 7:35. Jechałam w wagonie bezprzedziałowym, pierwszym za... no, nie za "lokomotywą", za pyszczkiem - czyli jak to określiła Kasitza, w przełyku :)
 
Dla kogoś, kto często jeździ pociągami InterCity, w środku Pendolino nie jest jakiś specjalnie niesamowity - wygląda to prawie tak samo jak w IC. W jednym rzędzie dwa fotele po prawej stronie, jeden fotel po lewej. Wystrój też taki Startrekowy i sterylny. Jedyne różnice to inaczej umiejscowiony kosz na śmieci, lampka nie w panelu w półce na bagaże, ale za lewym ramieniem pasażera, i nieco bardziej miękkie, ale i węższe fotele. Kokpit maszynisty jest oddzielony od reszty wagonu tylko drzwiami z szybką i w sumie nie wiem, dlaczego nie podeszłam, żeby na moment zapuścić tam żurawia. Nadrobię następnym razem :)
 
Reszta - standard (standard InterCity), czyli darmowy poczęstunek plus możliwość zamówienia sobie śniadanka, które przynosi pani kelnerka wprost do naszego przedziału/stoliczka. O miłej drużynie konduktorskiej nie będę się rozwodzić, ponieważ od lat jestem zdania, że generalnie w pociągach są miłe drużyny konduktorskie niezależnie od rodzaju pociągów.
 
Pociąg miał dojechać do Krakowa o 10:00 i o tej właśnie godzinie wyskakiwałam na peron. Dwie i pół godziny płynnej i cichutkiej jazdy, znacznie cichszej niż InterCity. W tym miejscu pozdrawiam pana z siedzenia przede mną, który w chwili, gdy pociąg zwolnił i stanął, zachichotał pogardliwie: - No i co, miał tak szybko jechać, a jednak staje? - Naprawdę miałam ogromną ochotę wychylić się do niego i spytać, czy jego zdaniem szybkich pociągów nie obowiązuje czerwone światło na semaforze? Ale dałam sobie spokój. Niestety, nie wygram z państwem Fe-Wszystko-Źle.
 
Natomiast podczas jazdy w pewnym momencie z głośnika popłynął komunikat, że "właśnie osiągnęliśmy planową prędkość 200 km/h". I ja wiem, że trzy czwarte ludzi słysząc to w tym momencie skrzywi się ironicznie, hahaha, wielkie mecyje, na Zachodzie już od dawna... Otóż po pierwsze - niekoniecznie i nie wszędzie, a po drugie mnie taka informacja cieszy. Cieszy mnie jako ciekawostka i cieszy mnie jako dowód tego, że - jak zauważyłyśmy z Dakotą na fejsie - umordowaliśmy się przez te remonty na kolei strasznie, ale było warto, bo wreszcie te pociągi jeżdżą z przyzwoitą prędkością. I nie tylko Premium (czyli Pendolino właśnie), ale także "zwykłe" InterCity. Przy czym o ile podróż do Krakowa nie skróciła się aż tak znacząco, to do Gdańska teraz jedzie się niecałe trzy godziny, a nie sześć, jak jeszcze niedawno!!! Jeżeli to nie jest powód do zadowolenia, to pocałujcie się ludzie w zady. Dla mnie jest i mam zamiar przy najbliższej okazji pojechać do Gdańska pociągiem, zamiast jak zwykle polecieć samolotem.
 
Jak wspomniałam, wracałam drugą klasą. I tu już było gorzej, a mianowicie - ciaśniej, dużo ciaśniej. W jednym rzędzie są dwa fotele po prawej i dwa po lewej. Więc rzeczywiście niefajnie. Czułam się mniej więcej jak w samolocie na linii krajowej. Oczywiście nie był to żaden dramat, przez dwie i pół godziny da się spokojnie wytrzymać, ale - jednak dużo mniej wygodnie.
 
Wspomniałam na początku, że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do standardu i wygody InterCity, Pendolino nie zrobi na nim większego wrażenia, a nawet może rozczarować, jeśli spodziewał się czegoś super-hiper kosmicznego. Natomiast dla kogoś, kto zwykle porusza się pociągami TLK, będzie to niewątpliwe miłe przeżycie. Ale podobnie miłe będzie, jeśli wsiądzie w "zwykłe" InterCity. Ja będę jeździła Pędkiem do Krakowa, bo godziny odjazdów idealnie mi pasują. Do Gdańska pojadę, bo nigdy nie jechałam pociągiem na tej trasie, chcę zobaczyć, a teraz odpadł czynnik odstraszający, czyli długość przejazdu. Ale już do Wrocławia - nie, bo o ile Pędek z Warszawy do Wrocka odjeżdża o akuratnej dla mnie godzinie, o tyle w drugą stronę już absolutnie nie - o 11:29, a potem dopiero o 18:50.
 
Na koniec zamieszczam tu jeszcze absolutnie cudowne zdjęcie Pendolino - autorstwa mojej koleżanki Magdaleny "Kerri" N. Jest tak oszałamiające, że zamierzam - za zgodą Autorki - wydrukować je sobie w największym możliwym rozmiarze, oprawić i powiesić na ścianie :)
 
Prawda, że oszałamiające?
 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Frywolnie - rocznicowo

Dzisiaj mija osiem lat! mojego frywolenia :)

Mieszkałam jeszcze wtedy w Poznaniu i poszłam na kurs organizowany przez Kreatywnie.com - od jakiegoś czasu miałam straszną ochotę nauczyć się jakiegoś rękodzieła. Zastanawiałam się tylko - jakiego? Druty i szydełko nigdy mnie nie pociągały, decoupage jakoś nie wydawał mi się zbytnio atrakcyjny... Padło na frywolitkę, jako coś kompletnie mi nieznanego.

Kurs trwał cztery czy sześć godzin i podczas niego nie wyszło mi NIC. Założenie było proste, kwiatek: kółko w środku i płatki - łuczki. Dziewczyny obok mnie radziły sobie lepiej czy gorzej, ale przynajmniej na koniec zajęć miały co najmniej kółeczko. Ja - nie. Nie rozumiałam, o co chodzi z tym "przeskakiwaniem" nitki, nie widziałam pojedynczego słupka ("kształt π? Nie widzę!”), kółeczko nie dawało się ściągnąć, no dramat, dramat i dwie lewe ręce!

Pewnie wyszłabym z tych zajęć i zapomniała o nich na wieki, gdyby nie nasza prowadząca, która opowiadała nam, że jeszcze pół roku wcześniej sama nie umiała frywolitkować. Może i ściemniała, może nie, ale wtedy sobie pomyślałam, że jeżeli ona się nauczyła od zera, to i ja mogę. Dostałam na zajęciach kordonek, dokupiłam czółenko i zaczęła się żmudna nauka. Z której, możliwe, nie wyszłoby mi nic, gdybym nie pamiętała, że NITKA MA BYĆ LUŹNA. Była to najczęściej powtarzana na kursie uwaga, bo wszystkie dziewczyny odruchowo napinały nitkę. Także i ja. To i nic dziwnego, że zamiast frywolitkowych słupków wychodziły mi takie, jak przy split rings J

Plątałam, wyrzucałam, plątałam, wyrzucałam, no i wreszcie jakoś po tygodniu czy dwóch udało mi się wreszcie ściągnąć kółeczko!!!

Potem już poszło łatwiej, łuczków nauczyłam się z internetu (wielkiej wiedzy do nich nie trzeba). Ćwiczyłam jak oszalała, w domu, w pociągu, w samolocie, u znajomych. Kupiłam jedyną wówczas dostępną u nas książkę, Lynn Horton, i rozpoczęłam pierwsze nieśmiałe, acz uparte, próby zrobienia czegokolwiek. I zrobiłam - i nawet zachowałam sobie na pamiątkę.
 
Dzisiaj żałuję tylko, że nie mam wystarczająco dużo czasu, żeby zacząć próbować własnych wzorów. Jestem niestety zdecydowanie odtwórcza, nie umiem stworzyć niczego nowego, a nawet jeśli - kolczyki, naszyjnik, wisiorek - to zawsze są one oparte na cudzych wzorach i zawsze widzę tę ich cudzość. Może kiedyś...

(Za to nieźle wychodzi mi uczenie innych - pamiętna swoich problemów pokazuję im "flipnięcie" nitki na dwóch kordonkach o różnych kolorach, i wtedy załapują J )

To moja NAJpierwsza frywolitka, zrobiona jakoś w marcu 2007 roku J
I dla porównania, wianuszek świąteczny z 2014:
Tak, jestem próżna :)
 

sobota, 3 stycznia 2015

I jeszcze tu kładę

Co by nie zginęło w Netchłani :)

Te, te, te... piniążki.

Pieniążki kto ma, je chlebuś ze słoniną,
a kto pieniążków nie ma, zajada z margaryną.
A nam wszystko jedno, my mamy cały świat,
a człowiek bez pieniędzy jest więcej wart!

Buchacha! Nie, nie zamieniam się w cytowaną w tytule Musierowicz. Przypomniała mi się ta stara obozowa piosenka. No pewnie, wtedy nie było alternatywy, "pieniążków" i tak się nie miało, dużych ani małych, to sobie przynajmniej człowiek pośpiewał :) Teraz, niezależnie od jakości comiesięcznych wpływów, trzeba jakoś nimi zarządzać...
 
Wracam z Nowym Rokiem do prowadzenia arkusza kalkulacyjnego o nazwie "Finanse". W tym roku zaplanowałam całe mnóstwo wydatków (plus dojdą te nieplanowane, dojdą, oj, dojdą!) i muszę to jakoś ogarnąć. A znowu nie wiem, gdzie mi się podziewają fundusze, chyba mi się pekały w domu zagnieździły. (Pekały - stworki odkryte przeze mnie i przyjaciółkę, mieszkają w portfelu, żywią się pieniędzmi, nazwa oczywiście od pe-ka-ło.)
 
Po raz pierwszy zaprowadziłam arkusz kalkulacyjny niecałe dwa lata temu i rezultat był olśniewający. Mój arkusz, po wielu modyfikacjach, składa się z części prywatnej, służbowej (konto służbowe), oszczędnościowej i karty kredytowej; porobiłam stosowne formuły obliczające wynik w rubryce "saldo" - w sumie nic specjalnego, excelowe podstawy. Zasada jest prosta, wpisuje się każdy wydatek. No, jeśli wyjmuję 50 zł z bankomatu, to już nie rozpisuję, na co je wydaję - informacja, że wyciągnęłam 50 zł, wystarcza - ale już kwoty płacone kartą (jak zazwyczaj to robię), czy przelewami, wyszczególniam dokładnie. Oczywiście wymaga to nieco samodyscypliny, ale ojtam, wystarczy przezwyciężyć lenia i chować do portfela paragony, a następnie wieczorem siąść do kompa i wszystko powprowadzać.
 
Jak wspomniałam, rezultat był olśniewający, podczas tego pierwszego miesiąca widziałam wyraźnie, ile i na co wydaję, oraz w którym momencie zaczęło się robić tego za dużo :) Dodatkowo oznaczyłam różne wydatki różnymi kolorami, np. opłaty stałe i rzeczy potrzebne na zielono, "spożywka" z "chemią" - na fioletowo, a to, co nazwałam sobie "zuo" - na czerwono. Przy czym nie jestem dla siebie przesadnie surowa i np. książki albo płyty to zdecydowanie nie jest "zuo".
 
Po miesiącu albo dwóch przestałam generować straty, zaczęły się zyski, czyli oszczędności, i pod koniec roku byłam na plusie z całkiem przyjemną sumką. Niestety, wtedy porzuciłam prowadzenie arkusza. Efekt tego właśnie teraz widzę i pospiesznie powracam do tego chwalebnego zwyczaju.
 
W międzyczasie testowałam tez rozmaite finansowe apki na telefon, np. Money Zoom, ale dla mnie okazały się one całkowicie bezużyteczne. Całkiem nieźle zmontowane, owszem, ale przy mojej wielokierunkowości wydatków... Kiedy zaczęłam sobie wymyślać, jak powinna wyglądać taka wymarzona przeze mnie apka finansowa, wyszło mi, że prościej będzie prowadzić swój stary, dobry arkusik :)
 
A teraz czas zabrać się za projektowanie kuchni, bo to w odróżnieniu od wykonania nic nie kosztuje (chyba że nerwy). A remont będzie dość gruntowny, z rozwaleniem ściany, zmianą elektryki i gazu, i skuciem starych płytek, więc tego. Jezus Maria!!! Na szczęście dzisiaj dopiero trzeci stycznia.
 

piątek, 2 stycznia 2015

52 książki

Taki czelendż :)

"52 albo i więcej. Taka akcja. Na pohybel tym, którym słupki pokazują, że w Polsce się nie czyta. Organizowałem już sportowe akcje motywacyjne, teraz czas na coś dla ducha. 52 to przeciętna liczba tygodni w roku kalendarzowym. Wychodzi średnio książka na tydzień. Grubość - dowolna. Format - też. Bez znaczenia czy beletrystyka, fantasy, historyczna, science-fiction czy coś naukowego. Bo cel naszej akcji jest jeden - poszerzamy swoje horyzonty!"

Nie przepadam za tymi wszystkimi fejsowymi akcjami i wyzwaniami, ale tym razem postanowiłam dołączyć. Nie, żebym uważała, że czytam zbyt mało - wprost przeciwnie, uważam, że czytam niesamowicie dużo, nietypowo wręcz dużo. Kłopot w tym, że to są zwykle wciąż te same książki, z mojej własnej biblioteczki, do których wracam po wielokroć, bo je lubię.
 
I nie, nie ma w tym nic złego. Choć znam osoby, które ze zdziwieniem przyjmują fakt, że coś się czyta po raz drugi - "po co, przecież już wiesz, jak się potoczy akcja, nie rozumiem" - sama wyznaję mądrą zasadę z "Przyślę Panu list i klucz" (chyba): "Książek, których nie ma się zamiaru przeczytać po raz drugi, nie ma sensu czytać po raz pierwszy" :)
 
Niemniej jednak, wypadałoby od czasu do czasu zapodać sobie coś nowego. Niekoniecznie "nowego" w sensie wydawniczym, wystarczy, że nowego dla mnie. Mnie jest trudno, niestety, znaleźć lekturę, która mi się podoba, jestem dość wybredna, tak jak przy filmach i serialach. Na przykład aktualnie wydawane rzeczy w większości nudzą mnie i męczą, nie odpowiada mi styl, licentia poetica albo po prostu tematyka. Z tych powodów nie podeszła mi Katarzyna Bonda czy Grażyna Bąkiewicz, a wychwalaną pod niebiosa "Ciemno, prawie noc" odłożyłam z gigantycznym niesmakiem po kilkunastu stronach. Nie i nie. Nie będę mówić, że porywa, skoro nie porywa ;) Ale jednak ostatnio przeczytałam kilka fajnych rzeczy, jak "Wołanie kukułki" czy przezabawne książki Marty Kisiel, czy z nieczytanych staroci "Profesora Wilczura" :) Czyli da się. No i mam na Kindlu nieruszone jeszcze "Olive Kitteridge" i "Jedwabnika", których lekturę odkładam, po raz pięćdziesiąty mordując zaczytaną do imentu (i średnio mądrą, powiedzmy to wprost) serię "My, dwudziestolatki, trzydziestolatki..." :-P
 
W pierwszej kolejności zabieram się więc za to, co mam, ale czego jeszcze nie przeczytałam, względnie - zaczęłam, ale odłożyłam "na później" (poza wspomnianymi wyżej książkami, które zaczęłam, ale odłożyłam "na zawsze"). Troszkę się tego nazbierało. Kolejność przypadkowa:
1. Olive Kitteridge
2. Jedwabnik
3. Zapomniany świat Sumerów
4. Pornografia - historia, znaczenie, gatunki
5. Najstarszy zawód świata - historia prostytucji
6. Trylogia marsjańska (3 tomy)
7. Kroki w nieznane
8. Ambergris, Miasto szaleńców i Posłowie (wszystko Jeff Vander Meer)
9. Stulecie detektywów
10. Żony astronautów
 
A potem się zobaczy. Będę tu wrzucać aktualizację tego statusu. Przy czym nie ma siły, nie przebrnę przez wszystkie - fantastyka niestety może się okazać nie do przejścia. Ale trudno, wymienię najwyżej na coś innego. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o tym wyzwaniu, prychnęłam lekceważąco - wielka mi sztuka, pięćdziesiąt dwie książki przez rok! Niemniej jednak, gdy zawęziłam sobie kryteria do tych podanych wyżej, powiedziałam: - Ups.
 
A zaczynam od jutra. Dzisiaj dokończę jednak tę czytaną po raz piąty "Na ratunek Róży", która byłaby chyba znacznie strawniejsza, gdyby nie fatalna tłumaczka, co to nie wie, że "bilion" to "miliard" i w dodatku ma braki w wykształceniu ogólnym, bo radośnie tłumaczy, że "nasz świat istnieje od pięciu bilionów lat". A to nie jedyny fakap w tym czytadełku.
 
Ale to już inna historia...
 

Rekotwalescencja

Dzisiaj jest już całkiem w porządku, układ pokarmowy Kota Cynamona zaczął domagać się również (ulubionej) suchej karmy oraz, że się tak oględnie wyrażę, potwierdził również poprawne działanie na drugim końcu :) Lucek przestał na Cynamona warczeć i syczeć, jeszcze tylko trochę ostrożnie się obchodzą i poprzestają na okazjonalnym powąchaniu sobie pyszczków - ale idzie ku dobremu! Wczoraj i przedwczoraj obłędu dostawałam, to była istna wojna: Lucjan warczał, syczał i prychał, Cynamon mu odpyskowywał; mowy nie było, żeby Cym położył się na posłaniu obok Lucka, nie mogły jeść razem w kuchni, bo zaraz grzmiała awantura... masakra! Mam nadzieję, że powodem tego rzeczywiście były charakterystyczne wonie z lecznicy, dla mnie już niewyczuwalne, a dla Lucka tak, i że za dzień-dwa wszystko wróci już całkowicie do starej dobrej normy.

Bardzo dziękujemy za życzenia zdrowia i nadal trzymam kciuki, żeby to już był faktycznie koniec kłopotów :)

Foteczka z wczoraj, z późnego wieczora.

wtorek, 30 grudnia 2014

Pan kotek jest chory

Jest coś niesamowicie przejmującego, poruszającego w tym, gdy przygotowywane do zabiegu pod narkozą moje zwierzę dostaje zastrzyk i zasypia przy mnie, w mojej obecności (bo pan wet powiedział, że przy mnie będzie spokojniejszy). Siedzi sobie spokojnie w KOTenerku, głaszczę go  i widzę, jak powoli, powolutku traci kontakt z rzeczywistością. Oczy robią mu się coraz bardziej nieobecne, przycupnięty zaczyna jakby przypadać do podłoża. Tak jakby stopniowo odłączano mu zasilanie. A potem nagle pyk - i już śpi. Nadal z otwartymi oczami! (Wiedziałam, że tak śpią koty pod narkozą, ale wiedzieć a widzieć... to nie jest tylko kwestia jednej literki.)

Oczywiście w takiej sytuacji nie sposób opędzić się od myśli, że być może kiedyś, pewnego dnia, będę znowu siedziała przy kocie, który będzie zasypiał po zastrzyku - jednak aby już nigdy się nie obudzić.
 
I wtedy czuje się, jak bardzo kocha się tego rudego paskudę, jak bardzo jest ważny, mimo że zawsze, zawsze mówiłam: "kocham Cynamona, kocham oba moje koty, ale Lucek - to jest Lucek". Być może. Nieważne. Za to Cynamon to Cynamon :)

Cynamon miał dzisiaj usuwane zęby. Z założenia miał mieć usunięte na pewno dwa - górne kiełki, które ma (miał) równie zabawne jak Lucjan, tyle że nie aż tak imponujące, bo na białym niewidoczne :) Co do tych dwóch nie było żadnej dyskusji. Przy dzisiejszych przedzabiegowych oględzinach wecik powiedział, że widzi na pewno jeszcze jeden do usunięcia, a co do reszty, to się zobaczy. No i skończyło się tak, ze poza tymi trzema, usunięto mu wszystkie zęby z dolnej szczęki po lewej stronie. Trochę profilaktycznie, w sensie takim, że gdyby nie dziś, to w ciągu pół roku i tak musiałby mieć je usunięte.

Najgorsze były te kły, rzeczywiście - opis sobie podaruję, ale stan był naprawdę fatalny. I cholera, teraz siedzę i czuję się strasznie winna, że niczego nie zauważyłam wcześniej. Bo to się przecież nie rozwinęło w ciągu paru tygodni, to musiało trwać miesiącami. A ja nie zauważyłam niczego - Kot Cynamon normalnie jadł (także suche), miał apetyt, dobry humor, bawił się z Kotem Luckiem, bił się z nim dzielnie (dzielnie jak na niego, powiedzmy...) i przychodził do mnie na mizianie - i gdyby nie to, że jakiś miesiąc temu zaczęło mu strasznie, potwornie capić z pyszczka, nadal niczego bym nie spostrzegła. A musiało go boleć. No nie ma siły, musiało. Słówkiem nie pisnął. Strasznie mi przez to źle.

Nauczka, wielka nauka nawet, na przyszłość - sprawdzać, zaglądać, macać. Z Luckiem nie ma problemu, on daje sobie zajrzeć wszędzie, broni się tylko strasznie przed czyszczeniem uszu (sodomia i gomoria normalnie), poza tym bardzo lubi pastę Orozyme, odsmradzającą, i kiedy smarowałam nią dziąsła kota Cynamona (nadal niczego złego nie zauważając), to kot Cynamon bronił się przed tym rozpaczliwie, a Lucek przybiegał skwapliwie po swoją porcję, którą dostawał na palcu i miłośnie zlizywał.

Teraz jesteśmy już w domu. Kiedy po niego przyjechałam, Cymek na mój widok zaczął nieledwie przedzierać się do mnie przez kratę kotenerka i wystawiać przez nią błagalnie łapki :) Nawet pani doktor wetka powiedziała, że skoro już rozpoznaje i tak się garnie do swojego człowieka, to znaczy, że jest dobrze :) Jeszcze jutro jedziemy po kolejny antybiotyk i przeciwbólowe w kroplówce, dostaniemy też leki do podawania w domu - i myślę, że do wiosny, do szczepień, mamy już spokój. Oby.

A Klinika Marcel ogólnie jest cudowna :) Tam właśnie odjajczałam Kota Lucka i już wtedy byłam pod wielkim wrażeniem. Przez ich progi codziennie przewija się co najmniej kilkanaście kotów - a każdego traktują tak, jakby był jednym, jedynym, w dodatku pierwszym widzianym u nich od miesięcy :) Fajni są :) Niemniej jednak, mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt często ich oglądać. (To tak jak więzień, opuszczając więzienie, bardzo się stara, by nie powiedzieć "do widzenia" :) )

Cymcio, tutaj jeffe f fompkami

piątek, 26 grudnia 2014

Fitton Approach, this is Golf Echo Romeo Tango India...

Ostatni - dwuczęściowy - odcinek Cabin Pressure za nami. O ile pierwszy oglądałam na spokojnie, o tyle odsłuchanie drugiego on the air wyszło mi trochę przypadkiem, ponieważ sądziłam, że będę w tym czasie już siedziała z wigilijnymi gośćmi... ;) Ale goście zrobili mi ten (dodatkowy) prezent i przyszli później :)


W międzyczasie fantastyczny wpis na temat CP na swoim blogu wykonał Zwierz - w zasadzie mogłabym zostawić tylko linka do tego wpisu i dodać "popieram", bo opinie mamy zbieżne :) Ale wydaje mi się, że większość fanów tego słuchowiska ma opinie zbieżne, więc co sobie będę żałować.

I tradycyjnie ostrzeżenie:

Ten tekst zawiera spojlery,
spojlerów tu od cholery!



No i pożegnaliśmy się z załogą MNJ Air... przynajmniej w znanym nam składzie. Ja co prawda nie sądzę, żeby John Finnemore pokusił się o kolejną rundę przez alfabet, ale miło sobie pomyśleć, że zmiana w składzie oraz pierwszy rejs w tymże nowym składzie do... Addis Abeby :) zostawiają na to otwartą furteczkę.

Po zakończeniu Yverdons-Les Bains wszyscy byli... 
...wściekli, że trzeba czekać na ostatni odcinek, powinnam napisać. Byli i tacy, którzy rzucali gromy na Finnemore'a, i to niezbyt parlamentarne, bo nie przyszło im do głowy, że alfabet nie kończy się na Y, i byli pewni,że ten straszliwy cliffhanger to już koniec. John Finnemore przyjął to dzielnie na klatę, w długim wpisie na swoim blogu napisał sporo o cliffhangerach, i o tym, jak NIE powinny się kończyć seriale, czy to radiowe czy telewizyjne, a zakończył to bardzo celnie: 

"It is not and never was my intention that Yverdon should be the last ever episode of Cabin Pressure. I mean, come on guys, give me some credit. A to Y?"

Ano właśnie.

A zatem, po zakończeniu Yverdons-Les Bains wszyscy byli nieprzytomni z ciekawości, jak to się wszystko rozwiąże. Czy Martin przyjmie propozycję ze Swiss Air i MJN się przez to rozpadnie? Czy Herc i Carolyn wyjadą razem do Zurichu? Czy Martin i Theresa zostaną razem? A co z Gerti? I tak dalej, i tak dalej. Przy czym, jak sądzę, najwięcej modlitw prosiło o rozwój akcji taki, że Martin nie przejdzie do Swiss Air, ale stanie się jednocześnie coś, co pozwoli Carolyn zacząć mu płacić oraz utrzymać MJN i naszą wesołą gromadkę w kupie.


I w zasadzie po tych dwóch odcinkach perypetii ze sprzedawaniem i odkupywaniem Gerti wszystko wskazywało na to, że tak się właśnie stanie! Po tym, gdy wyszło na jaw, dlaczego Gordon Shappey tak strasznie chciał odzyskać samolot, i jaki to skarb był w nim tak sprytnie ukryty, okazało się, że teraz Carolyn ma dość pieniędzy, aby podźwignąć MJN do stanu świetności (ktoś w komentarzach na blogu Johna obliczył, że to około dziewiętnastu milionów funtów!) i swoją ofertą dla Martina przebić Swiss Air.

A jednak Martin odmówił, choć wcześniej tak strasznie bił się z myślami, co zrobić (no, komu jeszcze poza mną przyszło do głowy, że Theresa mogłaby coś tutaj pomóc?). Miał oczywiście rację - nie chciał tylko pieniędzy, chciał iść do przodu, rozwijać się w "prawdziwych" liniach, zwłaszcza gdy do tego dzięki zmianie pracy miał mieszkać tylko kilkadziesiąt kilometrów od zamku, w którym mieszka ukochana :) Fajnie jest pracować z przyjaciółmi, z którymi jest wesoło, których się zna i dobrze rozumie, ale to jednak nie wystarcza, jeżeli ma się ambicje. A Martin je ma - pokazał nam wcześniej, że zdolny był absolutnie do wszystkiego, żeby tylko móc latać. (To, że zrezygnował z pensji, żeby tylko być kapitanem, nie jest już takie imponujące, ale powiedzmy, że świadczy mniej o ambicjach, a więcej o kompleksach i braku wiary w siebie.)


To jest oczywiście także ta furteczka do ewentualnego ciągu dalszego, o której wspominałam wyżej - gdyby John Finnemore pokusił się o ciąg dalszy, byłoby to trudne w sytuacji, gdy jeden z głównych aktorów jest tak straszliwie zalatany, jak aktualnie Benedict. 

Zamiana Martina na Herca to był w tym momencie świetny pomysł, natomiast prawdziwym mistrzostwem było posadzenie w fotelu kapitana... Douglasa!!!! :) Bo Douglas mógłby wcale nie być zadowolony z tego, że jego kapitanem będzie teraz Herc, którego nie lubi i z którym bezustannie rywalizuje. A tak - wszyscy mają to, czego chcą: Martin - pracę w Swiss Air i dziewczynę; Douglas może triumfować, bo przeskoczył Herca i teraz wydaje mu rozkazy (więc nawet, wspaniałomyślnie, może go polubić i grać z nim zarówno w word games jak i w Travelling Lemon); Herc - ma Carolyn i pracę; Carolyn - ostatecznie zglanowała Gordona i ma nadal MJN, pardon, OJS; Arthur - bo Arthur jest zawsze szczęśliwy, jeśli inni są zadowoleni :)


Kiedy myślę o fenomenie wszystkich dwudziestu siedmiu odcinków, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to obsada. To znaczy ja oczywiście zaczęłam tego słuchać, jak spora większość, z powodu Benedicta. Ale, jakby to ująć... to, że całość jest tak absolutnie doskonała, wynika imo z zestawienia ze sobą właśnie tych, a nie innych, aktorów. A także ich głosów i sposobów mówienia. Mam cały czas wrażenie, że gdyby kogokolwiek z nich grała inna osoba, efekt mógłby nie być aż tak powalający. Oni zostali cudownie dobrani, zgrali się idealnie, stopili ze sobą. I dlatego właśnie jednym z dwóch odcinków, które lubię najmniej, jest Newcastle. Nie dlatego, że nie ma w nim Benedicta (który wówczas zapadł na chorobę gardła, słyszalną zresztą w dwóch poprzednich odcinkach), ale dlatego, że Martina gra Tom Goodman-Hill. On jest inny i to słychać.


Drugim odcinkiem, jaki niezbyt lubię, jest Kuala Lumpur. W ogóle bardziej wolę te kawałki, których akcja toczy się na niebie, nie na ziemi ;), wyjątkiem Ottery St Mary (chociaż tam jednak trochę latają), który jest absolutnym majstersztykiem i drugim moim ulubionym. Po Qikiqtarjuaq - Martin, który został zmuszony do udawania Francuza i musi mówić po angielsku z francuskim akcentem, to jest coś, co tylko w Cabin Pressure mogło TAK wypaść :D



A Ottery St. Mary to z kolei popis Douglasa - dobra, przyznam się, że sprawdzałam w Wikipedii, czy ta legenda o wydrach ("St. Mary is the patron saint of Devon, and she, of course, was famously martyred by being eaten alive by otters") istnieje ;)


Myślę, że nie będzie już nowych odcinków. Zresztą, jak sądzę, John Finnemore też wie, że najważniejsze jest wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Zapewne jednak wszyscy będziemy, częściej lub rzadziej, wracać do tych starych. Latać z MJN Air :)

Polecimy z kotem i grzejnikiem do Abu Dhabi. Niechcący zabijemy pana Lehmana w rejsie do Bostonu. Podamy herbatkę Hester lecąc do Cremony. Utrzemy nosa wrednemu szefowi lotniska w Douz. Ułożymy plan, jak ukraść whisky Mr Birlinga w drodze do Edynburga. Przejrzymy procedury bezpieczeństwa podczas ulewy na lotnisku w Fitton.


Spróbujemy wytłumaczyć Madame Szyszko-Bohusz, że nikt nie chce jej zabić... przynajmniej na trasie do Gdańska. W Helsinkach zrobimy torcik rybny. W Ipswich za to poczęstują nas czterystoma quiche i kąpielą w lodowatej wodzie. Umyjemy BMW po drodze do Johannesburga. Doprowadzimy Artura do desperacji udając, że lecimy do Kuala Lumpur. Wracając z Dalekiego Wschodu do Limerick, będziemy ratowali się od śmierci z nudów, tworząc limeryki.


Będziemy mieli dwa Boże Narodzenia dzięki czarterowi do Molokai. W Newcastle sprawdzimy bardzo dokładnie aparaturę na pokładzie Gerti. Będziemy zapełniać samolot wydrami lecąc z pianinem z Ottery St. Mary. Spróbujemy - ponownie - zapobiec kradzieży whisky w Paryżu. Nagramy piękny film reklamowy korzystając z faktu, że lecimy do Rotterdamu. W Sant Petersburgu przymarzniemy do samolotu na zewnątrz (na szczęście stojąc na ziemi).


Zjemy pizzę w Timbuktu, patrząc na morze ;) Uciekniemy na drzewo przed pszczołami, razem z Martinem, w malowniczych plenerach Uskerty. W Wokingham zagramy w grę w dwusylabowe wyrazy ("antidisestablishmentarianism!"). A potem już Vaduz z ksieżniczką Theresą i małym księciem Maxim. I Xinzhou z pięknym bałwanem ulepionym przez Arthura. No i wreszcie - Yverdon Les Bains, z rywalizacją Herca i Douglasa, no i ze strawberry drill in the flight deck :) Tam Martin dostaje pracę.


Kończymy lot w Zurichu, ponieważ wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć, a wszystko jest dobre, jeśli kończy się dobrze. Zresztą, zawsze możemy pofrunąc ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze raz - tak długo, dopóki, Ladies and Gentlemen, The Lemon is in play :)



wtorek, 23 grudnia 2014

It's official

Moja matka jest stuknięta. Oto suche fakty, prawie bez komentarza.

Moja matka od jakiegoś czasu niedomaga "reumatycznie" - prawdopodobnie choroba zwyrodnieniowa stawów. Kiepska sprawa, nie powiem, i bardzo niestety bolesna. Ostatnio jej się nasiliło, kwęka i płacze, ale dopiero bodaj w piątek wybrała się do przychodni, zobaczyć, na kiedy może się zarejestrować. Bo po co wcześniej, przy pojawieniu się pierwszych objawów (to jest nawracające, tygodniami jest dobrze, a potem naraz sru), prawda? Lepiej wydzwaniać do Cioci i płakać w telefon, że ją tak bardzo boli.

Oczywiście okazało się, że najbliższa wizyta na fundusz to w połowie lutego. Jak to niestety jest z wizytami u specjalistów.

Ponieważ wczoraj gadałam z ojcem, zaproponowałam, żeby poszła prywatnie, a ja to zasponsoruję. Co na to matka? Nie, ona nie pójdzie, a ojciec ma iść i jej kupić Ibuprom.

Konkretnie - kolejną paczkę Ibupromu, gdyż już nie ma. 

Jakieś cztery dni wcześniej ojciec kupił jej duże opakowanie, 100 tabletek. Już nie ma.

Moja matka jest nienormalna.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Joe Cocker 1944 - 2014

Krótko.
Bo właśnie tylko o to w życiu chodzi.

Bach

No i padłam całkiem. Po dzisiejszej wizycie u lekarza wykupiłam receptę, zadekowałam się w domu i tutaj spędzę święta. Nie żebym z tego powodu jakoś była specjalnie zrozpaczona, bynajmniej - myśl o jeździe do "domu rodzinnego" nie była wcale taka przyjemna, ale z drugiej strony, skoro już zdecydowałam, że pojadę, to nagła zmiana planów wprawia mnie w irytację. Zwłaszcza, że miałam jechać "przez Ciocię".

No ale mowy nie ma, żebym zrobiła 560 km w jedną stronę w tym stanie, w jakim się obecnie znajduję.

Cóż, będzie dużo czasu na przyjemności. Już jutro (początek końca) Cabin Pressure, czyli pierwsza część "Zurich". Mam nadzieję, że mi złośliwie internet nie padnie na pięć minut przed.

Poznałam dzisiaj Embrion Mroku :) Po tylu latach widywania się wyłącznie na pingerze i teraz na fejsie, wreszcie stanęłyśmy ze sobą oko w oko :) Wprawdzie z konieczności nasze spotkanie trwało kwadrans na ławeczce w Blue City, a nie godzinkę w niedzielę przy kawie (dwa takie niedzielne spotkania mi przez chorość przepadły!), ale mam wrażenie, że niezmiernie przypadłyśmy sobie do gustu :) No i umówiłyśmy się na spotkanie w ludzkich warunkach, gdy już stanę w pionie, a póki co Z. pożeglowała do domu z torbą mojej Jeżycjady :) Będzie miała fajną lekturę na najbliższe dni!

Odkryłam kolejny serial - "Lewis" (dziękuję raz jeszcze, Joanna!). Oczywiście brytyjski, oczywiście kryminalny. Kolejny, po "Endeavour" powiązany z "Morse" - tak jak w "Endeavour" głównym bohaterem jest młody Morse, jeszcze w stopniu sierżanta (jest to świetny serial), tak tutaj sierżant Robbie Lewis, przyboczny Morse'a, jest już sam inspektorem i ma własnego sierżanta. I ten właśnie sierżant, ach, ten sierżant! robi mi dobrze na nastrój i charakter. Jest absolutnie cudowny: wysoki, szczupły, krótko ostrzyżony blondyn w typie nordyckim (przyznaję się do feblika na tle takich), o głębokim, mocno zachrypniętym głosie i z rzadka pokazywanym, rozbrajającym uśmiechu. Sierżant James Hathaway studiował teologię (!) w Cambridge, jest więc w dodatku inteligentny i błyskotliwy, i w odróżnieniu od wielu filmowych sierżantów nie stanowi jedynie dodatku do swojego przełożonego, pomagając mu przesłuchiwać podejrzanych i zbierać informacje od niepodejrzanych, ale również samodzielnie myśli, analizuje i wyciąga wnioski. A w wolnym czasie gra na gitarze w... zespole w kościele :) Od pierwszych scen nie odrywam od niego wzroku i bardzo mi odpowiada, że jest go w serialu, dużo, dużo, bardzo, bardzo dużo!!! A gra go Laurence Fox, syn i bratanek sławnych brytyjskich Foxów, Jamesa i Edwarda (którego  uwielbiam za "Dzień Szakala"). Oraz mąż Billie Piper.

Niestety, na zdjęciach sierżant nie wygląda tak ujmująco,
jak na ekranie
... ale w końcu co szkodzi przekonać się osobiście?....

środa, 17 grudnia 2014

No nie, jednak chorość?

Się obawiam, że zdławiona dwa (?) tygodnie temu Acatarem chorość jeno się przyczaiła. Podle się dziś czuję, obudziłam się "z chrypą i gardłem", a podczas pobytu u Wesolutkich to już mnie gorączka złapała.
 
... Ale jaka to jest frajda, kiedy na pytanie: "Macie tu pod ręką jakiś Gripex, bo czuję, że mam gorączkę?" zostaje wykonany telefon i z drugiego budynku przybiega pielęgniarka z listkiem Gripexu...
 
Kiedyś przyjechałam do nich z atakiem rwy kulszowej. Po czym po telefonie pojawiła się pielęgniarka z, przysięgam, zastrzykiem Ketonalu NA TACCE. O, czułam się jak królowa, maszerując za nią do drugiego pokoju!
 
Po prawdzie to mi trochę głupio, w końcu wiem, że i bez tego mają mnóstwo roboty. Ale też trochę rozumiem w tym momencie rządzących :-P

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zmęcz

Zdaje się, że jeszcze zatęsknię do krótkich służbowych wizyt pod ironicznym tytułem "nie ma co u was robić, ale muszę sprawdzić, czy się dobrze prowadzicie". Dzisiaj byłam na takowej - sam pobyt w klinice krótszy niż droga w jedną stronę, a skróciłabym go jeszcze bardziej, gdyby nie to, że umówiłam się na dwunastą trzydzieści w szkole dla niewidomych dzieci i nie było sensu opuszczać szpitala wcześniej, a potem siedzieć w samochodzie. Wróciłam do Warszawy o piętnastej, mała drzemka i już nawet nie pamiętam, że wyjeżdżałam.
 
Tymczasem od stycznia dostaję projekt ze szpiczakiem mnogim, mało to przyjemne będzie, a w dodatku niewykluczone, że będzie tam (niestety) strasznie dużo pacjentów, co może oznaczać wyjazdy dłuższe niż dwudniowe - przy onkologii jest potwornie dużo roboty, papierów, mnóstwo czasu wymaga opanowanie tego wszystkiego, żeby nie wyjść na ciula. I to już mnie trochę martwi.
 
No ale nic, zobaczymy, jak to się wszystko poukłada formalnie i będę kombinować.
 
Póki co, wyjazdy w nowym roku rozpoczynam dziewiątego stycznia - jadę na jeden dzień do Krakowa, i oczywiście jadę Pendolino ;) Po pierwsze z czystej ciekawości, a po drugie, co w tym wypadku jest najważniejsze, rozkład jazdy bardzo mi pasuje, zarówno wyjazd z Warszawy jak i powrót z Krakowa. Moja praca ma jeszcze i ten plus, że nakazane mamy jeździć pierwszą klasą (no, jeżeli ktoś woli drugą, to się mu nie zabrania, rzecz jasna), więc z przyjemnością kupię sobie bilecik na takową. I będę testować :)

niedziela, 14 grudnia 2014

Na ekranie dzidczego laptopa...

Jak to właściwie jest, że zaczynam oglądać film albo pierwszy odcinek jakiegoś nowego (dla mnie) serialu i od pierwszych minut już wiem, czy będę go oglądać dalej, czy poprzestanę na tym jednym, no, dwóch odcinkach (żeby się nazywało, że dałam szansę)? Też tak macie? U mnie to się sprawdza w 95%. Jeśli nie zaskoczy od razu - mogę sobie darować. Jednym z nielicznych wyjątków od tej reguły okazał się, o ironio i zgrozo, Sherlock - niektórzy może pamiętają jeszcze, jak to u mnie było, a w ogóle to tę historię kiedyś tu opowiem, bo wyszło wyjątkowo creepy :) 

Typowy, jaskrawy przykład miałam wczoraj. Ponieważ moja lista tułoczów ostatnio wydłużyła się niesamowicie (jedyna nadzieja w osiemnastu wolnych dniach, które już za chwileczkę, już za momencik, ok, czternastu, bo trzeba odliczyć rodzinny obowiązek), zaopatrzyłam się w nowe albo średnio nowe pierwsze odcinki rozmaitych seriali, aby wreszcie się nimi zająć. (Kilka dni temu na przykład oglądałam "Grantchester" i bardzo żałowałam, że do pociągu wzięłam tylko ten pierwszy odcinek ;) ) No i wczoraj właśnie zarzuciłam sobie najpierw "Outlander" a następnie "The Missing". "Outlandera" oglądałam z ostrożnym zaciekawieniem na samym początku, ale z minuty na minutę uwaga odpływała mi coraz bardziej, ożywiłam się na przepięknie pokazany i zilustrowany muzycznie taniec "wiedźm", po czym pięć minut po tym, jak dokonało się przeniesienie bohaterki w czasie (myślę, że nie spojleruję w tym momencie przecież), wyłączyłam. Jeden z przykładów filmu bez jaj, tak można by to określić. Niby ładne, niby ładnie grają, ale to wszystko jakieś wymuszone. Być może ma na to wpływ kolorystyka - wszystko takie szarawe, brązowawe, senne. Jak to na Wyspach Szkockich, ktoś może powie, tak, ale wzmaga znużenie ;)

Po południu natomiast zasiadłam do obejrzenia pierwszego odcinka "The Missing". Słowo daję, że nie minęły dwie minuty, a poczułam w środku coś, co nazywam sobie "prądzikiem" :) Ot, takie piknięcie czujnika obwieszczającego mi "To jest to". I oczywiście sprawdziło się. Obejrzałam ciurkiem trzy odcinki, z wielką niechęcią stopując film, gdy musiałam się na chwilę oderwać. Może obejrzałabym kolejne trzy, ale zrobiło się już późno, i na szczęście, bo jednak ten trzyodcinkowy ciurek nieco mnie zmęczył. Z przyjemnością będę kontynuować dzisiaj.

Nie jest to raczej takie objawienie jak "Broadchurch", chociaż kto wie, zobaczymy na końcu - wszak to dopiero ostatnie dwa odcinki Broadchurch tak mnie rąbnęły po psychice, że przez dwa dni chodziłam jak zaczadzona - ale już wciągnęło mnie bardzo głęboko. Trochę tylko męczy przeskakiwanie pomiędzy rokiem 2014 a 2006 - muszę się skupiać, żeby sobie przypomnieć, "kiedy" w danym momencie jesteśmy. Ale tutaj bardzo pomocna jest diametralna zmiana wyglądu bardzo przeze mnie lubianego Tcheky'ego Karyo :) (swoją drogą - jakże inaczej wyglądał w "Nikicie" :D )

Być może na mój odbiór tych pierwszych odcinków ma również opinia znajomych - istotnie opinie na temat Outlandera były ostrożnie pozytywne, a przy The Missing od razu wszyscy wybuchali okrzykami zachwytu. Ale tak nie zawsze jest, nie kręci mnie "Gotham", wysoko przez wszystkich oceniany (aczkolwiek tu zostawiam sobie jeszcze uchyloną furtkę, bo akurat pierwszy odcinek podobał mi się, a drugi przerwałam w połowie z jakichś tam przyczyn niezależnych - niemniej jednak, nadal nie odczuwam palącej potrzeby ściągnięcia sobie kolejnych kilku i natychmiastowego przystąpienia do oglądania), zupełnie nie wziął mnie "Penny Dreadful" ani "How To Get Away With Murder". (Obrzydzenie, autentyczne obrzydzenie, takie fizyczne, czułam przy próbie podejścia do "True Detective" i tu wyjątkowo nie rozumiem, że to się jednak komuś może podobać.) Po drodze był jeszcze bardzo miło, tak, to jest dobre słowo, miło przyjęty "Scott and Bailey", którego co prawda obejrzałam rzetelnie cały pierwszy sezon, ale po ostatnich napisach końcowych wyłączyłam z mieszaniną ulgi oraz irytacji - wystarczy. [mikro-spojler - nie do końca wszystko było dokładnie tak, ale mniej więcej w tym stylu] Coś za łatwo tym dziewczynom to wszystko przychodziło - a to poszły przepytywać mieszkańców i drzwi otworzył im sam morderca; a to inny morderca, zatwardziały i straszny, przyszedł na przesłuchanie jako osoba towarzysząca i wtem! się przyznał, pewnie wyrzuty sumienia mu spać nie dawały; a to poszukiwany przestępca zginął w wypadku tuż przed ich nosem... No i jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zirytowała, aczkolwiek już obyczajowa, nie konstrukcyjna - a mianowicie dwie córki bohaterki, w wieku mniej więcej dwunastu i czternastu lat nie będą już mogły chodzić na balet i inne zajęcia, bo (po odejściu ojca) nie ma ich kto odwieźć i przywieźć. A rzecz się dzieje nie w nieprzebytych puszczach Pogodna (Szpro!), tylko w mieście Manchester.

Bywa i tak, że na początku jest dobrze, a potem następuje gwałtowny zjazd. To "Luther", którego pierwszy sezon przebyłam z okrzykami zachwytu, a potem ledwo się nimi podzieliłam na fejsie, rozpoczął się sezon drugi i WTF. To, przede wszystkim, moje rozczarowanie pięciolecia, czyli "Hannibal", o czym napisałam swojego czasu osobną notkę (i jednak tych dwóch odcinków, jakie mi pozostały do końca, nie obejrzałam). 

Ale jest przecież i tak, że wracam do tego, co już wcześniej obejrzałam, co przy tej ilości rzeczy, jakie mam na liście, jest pewnego rodzaju wyczynem - i nie mówię tu tylko o Sherlocku i ST TOS :), tylko o "Cranford" na przykład, czy "Lark Rise To Candleford". Plus naturalnie liczne filmy, jak na przykład wszystko, w czym występuje Maggie Smith!

Było co oglądać, oj było w tym roku - "Fargo" (klękam!), "Breaking Bad" (kolejny przypadek, kiedy zaskoczyłam przy drugim podejściu, ale jak już zaskoczyłam, to wręcz pofrunęło), "Endeavour" (Roger Alllam! I muzyka!), "My Mad Fat Diary", "Chasing Shadows" (czekam na drugi sezon). "Whitechapel" (powtórzyłam oraz dooglądałam), "Ripper Street" (powtórka przed trzecim sezonem). I jeszcze trochę innych rzeczy. Teraz przerwa świąteczno-noworoczna, w której zabieram się do wspomnianej listy tułoczów - celowo nie wymieniam, co na niej jest, bo nie wiem, jak mi w praktyce wyjdzie ta realizacja planu, aczkolwiek i sugestie Kochanych Czytelników są bardzo mile widziane :) A w nowym roku też, jak widzę po rozmaitych planach i zapowiedziach, nie będzie można na brak fajnych rzeczy narzekać.