sobota, 28 marca 2015

Serweta Transoceaniczna :)

Czas leci jak szalony, jak zwykle. Dzisiaj notka na temat frywolitkowej Serwety Transoceanicznej. Z trackingu pocztowego dowiedziałam się, że dotarła dzisiaj do odbiorcy w USA, mogę więc wreszcie napisać o jej tworzeniu.

Zaczęło się rok temu - Gaba spytała, czy nie zrobiłabym dla jej ciotki, Lidki, "serwetki do koszyczka wielkanocnego". Proszę bardzo, dlaczego nie. Standardowo poprosiłam o sprecyzowanie życzenia: rozmiar i kolor? Okazało się, że jest to Bardzo Duży Wielkanocny Koszyczek, bo ma średnicę 60 cm. Tutaj odrobinę sklęsłam. Od razu odpuściłam wersję robienia serwety z Aidy 10 - wprawdzie taką średnicę osiągnęłabym bez większego trudu, ale rzeczy robione Aidą 10 są jednak mało finezyjne, bo to jest dość gruby kordonek. Poniżej jest zdjęcie mojej pierwszej dużej robótki - serweta wg wzoru Jana Stawasza, robiona Aidą 10 - i tak, jest piękna, do dziś jestem z niej niesamowicie dumna, ale jednak grubaśna jest nieco i tłustawa :)


Słowo się rzekło, zaczęłam szukać czegoś innego. Wzory Stawasza dają dość duże możliwości - ten człowiek był geniuszem frywolitki. Wiedząc, że zazwyczaj używał właśnie Aidy 10, i jaka jest proporcjonalna różnica w grubościach 10 i 20, znalazłam w jednej z jego książek wzór na serwetę o średnicy 80 cm, co w przeliczeniu na Aidę 20 dawało plus minus 60 cm.

(Problemem każdego kordonkarza jest to, że numeracja kordonków nie jest ujednolicona, i kordonek 10 firmy X ma zupełnie inną grubość niż kordonek 10 firmy Y, co powoduje zrozumiałe problemy. Szkoda, że tym się Unia nie zajęła.)

Od razu powiem, że wymiar podany w książce można było sobie o kant czółenka potłuc, bo mój finalny produkt uzyskał potworny rozmiar 75 cm średnicy!!! I tak sobie myślę - po cholerę podawać w ogóle wymiar w książce, skoro to nie ma najmniejszego sensu? No ale trudno, przepadło, autorowi tego nie powiem, bo już nie żyje, po prostu na przyszłość nie będę brała tego pod uwagę. Szkoda tylko, bo gdybym wiedziała, może zrobiłabym serwetę inną, mniej pracochłonną? Miałabym na nią więcej czasu i mniej nerwów, co przecież odbija się na wykonaniu!

... a może i nie, może zrobiłabym jednak tę. Bo choć po drodze było chwilami ciężko, to jednak efekt końcowy wyszedł super. A poza tym uwielbiam ten szczególny rodzaj dzikiej satysfakcji, którego nie czuję zbyt często, a mianowicie, że zrobiłam coś zajebiście dobrze :)

Jako że ustalenia i negocjacje rozpoczęłyśmy w połowie marca 2014, napisałam, że owszem, z przyjemnością zrobię serwetę, ale dopiero na kolejną Wielkanoc. Na tę już nie zdążę. Lidka się zgodziła, zaproponowałam, że serweta nie będzie nudnie biała, ale z "jasnego ecru" - bo jedna z internetowych pasmanterii miała na stanie cztery kordonki tego koloru, a wiadomo, że trzeba kupić od razu stosowny zapas, bo nagle może się okazać, gdy zabraknie, że takiego samego koloru już się nie kupi, bo przestano go produkować.

Oczywiście i tutaj nie obyło się bez problemu, bo po złożeniu zamówienia zadzwoniła do mnie pasmanteria informując, że owszem, cztery kordonki są, ale właśnie się zorientowali, że jeden jest z innej serii i w związku z tym w odrobinę ciemniejszym odcieniu (A NIE MÓWIŁAM?). Trudno. Kiedy przysłali mi zamówienie, odłożyłam na bok ten jeden kordonek, zakładając, że sięgnę po niego tylko wtedy, jeśli się okaże, że trzy motki nie starczą. Pewna byłam, że starczą ;) Nawiasem mówiąc, różnica w odcieniu była tak nieznaczna, że gdybym nie została o niej poinformowana, z pewnością sama bym jej nie zauważyła - dziękuję więc pasmanterii z Poznania za rzetelność i uczciwość :)

No i zaczęłam pracę - 21 marca 2014 :)


To jest luźno rozumiany początek, który zajął mi jakieś trzy tygodnie. Poza tym już po zrobieniu tego zdjęcia okazało się, że błędnie odczytałam schemat i na samym początku zrobiłam spory błąd, więc zrobiłam to samo jeszcze raz.

No ale potem powolutku, powolutku, poszło dalej.






Plątałam sobie spokojnie, plątałam, często odkładając robotę na bok i zajmując się innymi frywolitkami, ponieważ miałam jeszcze bardzo dużo czasu. A potem nadszedł TEN moment:


w którym uprzytomniłam sobie, że zbyt często odkładałam robotę na bok, bo nagle czas mi się potwornie skurczył, a ja nadal w lesie.

Obiecałam serwetę na Wielkanoc 2015 - a u mnie, proszę państwa, słowo droższe pieniędzy. Trzeba było podejść do sprawy rzeczowo i profesjonalnie. Wymyśliłam więc harmonogram dalszych prac:


I co najzabawniejsze, udało mi się :D


Końcówka była ciężka. Już nie z obawy, że nie zdążę, bo wiedziałam, że zdążę - ale z powodu monotonii. Wiem, że miałam to na swoje własne życzenie - mogłam wcześniej się na tym skupić, wcześniej skończyć i byłoby OK. Kolejna życiowa nauczka - następnym razem, gdy będę miała do wykonania dużą pracę, stworzę sobie taki plan od samego początku :)

No ale wreszcie zaczęłam zbliżać się do końca, wykorzystując każdą "wolną" chwilę - np. w pracy, podczas dwugodzinnego szkolenia online:


I w końcu nadszedł moment historyczny - tuż przed zrobieniem ostatniego kawałeczka, łączącego koniec ostatniego rządka z początkiem ostatniego rządka! 


Uwierzcie mi, że i to zdjęcie, i ostatnie słupki robiłam drżącymi rękami - a po zaciągnięciu ostatniej pętelki wyrzuciłam ręce w górę, wrzeszcząc na całe gardło: YESSS!!!

Chociaż było przede mną jeszcze sporo pracy - pranie, krochmalenie, UPINANIE!!!, prasowanie - to jednak wtedy już złożyłam obietnicę, że przez najbliższe pięć miesięcy nawet nie spojrzę na ecru. I że zrobię coś z możliwie najbardziej oczojebnych kordonków, jakie posiadam!!!

Po czym...

Najpierw było pranie z krochmaleniem, po którym należało Obiekt dokładnie wysuszyć przed podjęciem dalszych kroków, najlepiej na dużym, grubym ręczniku. Tu pojawił się mały, czarny problem:


Po pertraktacjach, Obiekt został wysuszony i przetransportowany na sklecone za pomocą fantazji miejsce suszenia:


... czyli na suszarce do prania został położony duży karton, na nim Frywolitkowy Ręcznik Do Suszenia, na nim zaś rozpięty Obiekt - ledwo się zmieścił, jak widać.

Rozpinanie Obiektów to w ogóle jest krew, pot i łzy, bo trzeba zadbać o prawidłowe ułożenie wszystkich detali - czasami wymaga to pracy ze szpilką, żeby jak trzeba równo wszystko ułożyć, i ładnie rozprostować wszystkie pikotki. A teraz sobie wyobraźcie, że pikotków do ułożenia jest powiedzmy osiemset. No. 

No ale w końcu przyszedł Ten Najpiękniejszy Moment - zrobienia pamiątkowych zdjęć przed wyekspediowaniem Obiektu do Miejsca Przeznaczenia :)







Jak napisałam - jestem cholernie dumna i odczuwam niebosiężną satysfakcję :) I nieprędko, jeśli w ogóle, zdecyduję się na powtórzenie tego wzoru. Zwłaszcza, że jeszcze tyle innych czeka na wypróbowanie! :) 

No ale napisałam również: "Po czym..."

Po czym już następnego dnia po zakończeniu robótki, a przed jej wykończeniem, zaczęłam odczuwać niepokój. I swędzenie palców. Zamiast się cieszyć, że już nie muszę niczego robić. Chodziłam po domu, tu przysiadłam, tam przysiadłam, wstałam, znów siadłam - narastało we mnie straszliwe ciśnienie, że PRZECIEŻ COŚ MUSZĘ ROBIĆ. Muszę. Muszę. Dajcie mi natychmiast coś!!!...

Poddałam się. Wyciągnęłam z szuflady wszystko to, co zarzuciłam wcześniej na rzecz serwety. W tym jedno niewątpliwie bardzo ecru...

A to małe bardzo kolorowe, to realizacja obietnicy
 o zrobieniu czegoś oczojebnego :)

środa, 11 marca 2015

Dużo do myślenia

W poprzednią sobotę byłam na szkoleniu „dla niegrzecznych dzieci” (by ochroniarz w WORD), czyli kierowców, którzy nałapali za dużo punktów karnych. "Za dużo" nie w sensie, że już przekroczyłam magiczną liczbę 24, ale jak w zeszłym tygodniu przysłali mi kolejny mandat, zdenerwowałam się lekko i uznałam, że czas sobie zniwelować punkty o 6, co można zrobić, biorąc udział w takim szkoleniu. Płatnym oczywiście. Ale co robić.

Spędziłam tam pięć godzin, najpierw było spotkanie z panią psycholog, a potem z panem policjantem. I uważam, że każdy kierowca powinien raz w życiu na takie szkolenie obowiązkowo pójść. To już nawet nie chodzi o te drastyczne zdjęcia, jakie nam pokazywano - było ich raptem kilka, choć nie powiem, mocne dosyć. Ale najważniejsze w moim przypadku okazały się filmiki z rozmaitych kampanii drogowych z całego świata. Dają do myślenia dużo bardziej niż zdjęcie trupa, którego głowa kończy się pod oczami. Zwłaszcza ten:



Poza tym i psycholożka, i policjant byli bardzo dobrze przygotowani do zajęć i widać było, że starzy z nich wyjadacze.

Towarzystwo było rozmaite, znaczna przewaga chłopa (tylko trzy panie, w tym ja), w tym kilku zawodowych kierowców, którzy tłumaczyli, że oni te punkty rąbią głownie dlatego, że muszą dowieźć towar na szóstą rano, albo wylecą z roboty. I trudno z czymś takim dyskutować :( Ale był i taki, który wyjaśniał, że ponieważ niektóre znaki są postawione głupio i niepotrzebnie, to on po prostu ignoruje większość :-/

Co do mnie, jeżdżę teraz ostrożniej. I mam nadzieję, że tak mi zostanie. U mnie zresztą każdy jeden mandat wynika z lekceważenia znaków ograniczenia prędkości (tak, szanowni państwo, spójrzmy prawdzie w oczy - "OK, siedemdziesiątka, przecież nic się nie stanie, jak pojadę dalej to osiemdziesiąt pięć" to jest lekceważenie), chociaż dwa razy w życiu zarobiłam mandat, bo... się zamyśliłam tak, że nie zauważyłam, że jadę przez wieś.

Natomiast rzec muszę, że straszne zdjęcia to jedno, ale niezwykle trudno utrzymać powagę, gdy fotografia zniszczonego wraku leżącego pod nasypem podpisana jest: "SPADŁA ZE ŚLIMAKA NA AUTOSTRADZIE". 

niedziela, 1 marca 2015

S'chn T'Gai Nimoy

"I liken myself to a steamship that's been going full-blast and the captain pulls that handle back and then says, 'Full stop,' but the ship doesn't stop. It keeps moving from inertia. It keeps moving. It keeps moving. It'll start slowing down, but it doesn't stop. It doesn't come to a dead stop. That's the way I am. I still have a few odds and ends things that I enjoy doing. I don't want to get up in the morning and have nothing to do that day. That would be boring." 


Tymi słowy Leonard Nimoy skwitował w maju 2012 swoje "przejście na emeryturę". Miał wówczas osiemdziesiąt jeden lat.

Z książki "I Am Spock" dowiadujemy się, jak bardzo zawsze był głodny życia, przygód; z jaką fascynacją i zadowoleniem przyjmował to, co mu się w życiu trafiało, jak wciąż szukał nowych wyzwań. Był nie tylko aktorem i reżyserem, był także poetą, pieśniarzem, fotografikiem. Przede wszystkim jednak - był człowiekiem o pięknej duszy.



Nie pamiętam dokładnie, dlaczego w ogóle -  jakoś tak w 2009 roku - kliknęłam na podrzuconego gdzieś na forum linka, prowadzącego do fanfika Luizy E'vivy Dobrzyńskiej "Czy leci z nami Polak", zwłaszcza że minęły już wtedy czasy, kiedy byłam "trekowa", a i tak wcześniej bliższą znajomość zawarłam wyłącznie z załogą kapitana Jean-Luc Picarda. Oczywiście wiedziałam, kim byli Kirk i Spock, ale pamiętałam ich tylko z jakichś dwóch czy trzech odcinków TNG, gdzie pojawiali się jako nawiązanie do starych czasów. No ale kliknęłam, zaczęłam czytać - i wsiąkłam natychmiast. Przy czym przygody wesołego Andy'ego były oczywiście zabawne i opisane z dużym humorem, ale nie dlatego czytałam kolejne strony z zapartym tchem, tylko dla Spocka. Zafascynował mnie natychmiast. Błyskawicznie sięgnęłam zatem po serial, z zachwytem przekonałam się, że serialowy Spock jest dokładnie taki, jakim go opisuje E'viva - i od tego momentu zaczęła się moja gorąca, dozgonna miłość do Spocka. 


(E'viva napisała zresztą jeszcze jednego fanfika - "Lot Von Brauna"będącego w pewnym sensie kontynuacją "Czy leci z nami Polak" i stanowiącego do dziś moją ulubioną trekową lekturę. Tam czytamy o Spocku w czasach dużo późniejszych, kiedy to Will Riker dostaje swój własny statek i rozstaje się z Picardem.)

Spock zadomowił się w moim życiu, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. Mogę powiedzieć, że towarzyszy mi od tamtej pory na co dzień.


Przez jakiś czas Leonard Nimoy nie interesował mnie specjalnie jako postać z krwi i kości, ale wyłącznie jako "dawca" wyglądu i charakteru Spocka. Bardzo dużo z siebie w jego postać włożył, co można zauważyć oglądając ST TOS - postać Spocka na początku jest niespójna, niedopracowana, niekonsekwentna, i dopiero w połowie pierwszego sezonu zyskuje swoje stałe cechy, które się nam dzisiaj ze Spockiem kojarzą. Początkowo Spock nawet wyglądał inaczej, i to, powiedzmy sobie szczerze, raczej nienajlepiej:


Zachowywał się tez inaczej - uśmiechał się, pozwalał sobie na dwuznaczne żarciki, a nawet spoufalał się z załogą, siedząc z nimi w mesie i grając na wolkańskiej lutni! Dodatkowo zatem jestem wdzięczna Nimoyowi, że wymyślił sobie i zrealizował takiego a nie innego Spocka, jakiego znamy dziś.

Lubimy Spocka z ST TOS, ale to jest mój ukochany Spock.

Z czasem, powoli, Leonard Nimoy zaczął zyskiwać moją gorącą sympatię również jako on sam - dowcipny człowiek pełen wdzięku i humoru, miły i serdeczny, bardzo poważnie traktujący fanów, fandom i swoją rolę w całej tej historii... a nie zawsze tak było, o czym opowiadał w swojej wcześniejszej książce "I Am NOT Spock". Zajęło mu trochę czasu, by przyznać się, że wiele Spocka jest w nim, a jego - w Spocku i że stali się nierozerwalni.

W "I Am Spock" Leonard Nimoy przytacza swoje liczne rozmowy ze Spockiem, 
a także opowiada, jak to Spock kiedyś... obraził się na niego...

Do reszty oddałam mu swoje serce po przeczytaniu "I Am Spock", którą dawkowałam sobie codziennie po  trochu, żeby nie skończyć zbyt szybko. Leonard Nimoy miał ten sposób pisania, który mnie podbija, humorystyczny, nieco ironiczny, z nutą kpinki i zdrowego dystansu. Spośród licznych anegdot z planu Star Treka, które w swojej książce przytacza, szczególnie ubawiła mnie ta, gdy studio wprowadziło ograniczenia w dystrybucji materiałów piśmienniczych (!) i kazało się z nich rozliczać (!!!), a aktorzy i ekipa wykpili i wyśmiali to niemiłosiernie, robiąc sobie z tego niezłą zabawę w postaci Tajemniczej Korespondencji, podrzucanej na biurka Ważnych Decydentów. Wśród której znalazło się i to:


Dzisiaj i ja, i Madzior, która od lat jest ze mną ze swoim własnym uwielbieniem dla Nimoya, przeżywamy żałobę. Odszedł ktoś, kto był dla nas niezwykle bliski, mimo że nigdy w życiu nie spotkałyśmy go osobiście. Kto był dla nas ważny i kochany. W komentarzach do bardzo ładnego pożegnalnego wpisu Zwierza ktoś napisał: "Był taki moment na Twitterze kiedy Nimoy zadeklarował że od dziś jest dla wszystkich przybranym dziadkiem. Że jeśli ktoś nie ma dziadka albo miał go w życiu za mało, to może teraz mówić że jego dziadkiem jest Leonard Nimoy." Ja osobiście nigdy nie uważałam Nimoya za substytut dziadka, aczkolwiek bardzo chciałabym, żeby moi dziadkowie, których nie poznałam, byli właśnie tacy jak on.


Madzior dodaje tutaj kilka słów od siebie: Są tacy ludzie, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy, a z którymi czujemy się ogromnie związani. Którzy mają wpływ na nasze myśli, postrzeganie świata. Taki był dla mnie Nimoy - poukładany, spokojny, logiczny. Ze wszystkich filmowych wersji Star Treka, te, do których on przyłożył rękę są do dziś moimi ulubionymi. I to jego "dziadkowanie" nam na twitterze... Ktoś, kogo znało się tylko z ekranu, stawał się zupełnie namacalny i żywy, bardziej "nasz", bardziej "swój". 

Nimoy to nie tylko Spock, ale Spock to tylko Nimoy. W oczekiwaniu na Miśkę spędziłam mnóstwo czasu na zapoznawaniu się z ST TOS, więc ma to dla mnie szczególne znaczenie, zwłaszcza, że wsiąkłam od razu w cały serial. Miśka ma jedno ucho Spocka.

Czy można przejść nad taką stratą do porządku dziennego? Nigdy. 

Są takie śmierci, na które nie ma we mnie zgody, których nie potrafię zaakceptować nawet po latach. I to jest i będzie jedna z takich śmierci. Leonard Nimoy nie miał odejść - miał żyć jeszcze długo. Żyć, być, twittować, opowiadać o Spocku. Miło mi myśleć, że nie odszedł, tylko że dołączył do Spocka, gdzieś tam, w gwiazdach - i zawsze tam będzie.


wtorek, 17 lutego 2015

Po pożarze Mostu Łazienkowskiego

Mieszkam - w linii prostej - jakieś czterysta metrów od Mostu. Po pożarze, o którym nie miałabym w ogóle pojęcia, bo wiatr zwiał dym w druga stronę (nawet na Żoliborzu śmierdziało) martwiłam się oczywiście, jak będzie z dojazdem do pracy. Co prawda zamknięty jest sam most, a wjazdy i zjazdy na/z estakady pozostają czynne, ale widziałam wczoraj, jak zatkała się Czerniakowska około 15:30... Dzisiaj poszłam do pracy. Rano - idealnie, wjazd na Trasę Łazienkowską bez problemu, a tam brak tych wszystkich aut normalnie co ranek pędzących z Pragi. Wręcz dziwnie się czułam, gdy prawie do samego Pomnika Lotnika było nas może kilkunastu :)

Nie wiem, jak to będzie jutro, kiedy będę wracała z pracy z półtorej godziny wcześniej niż dzisiaj, ale dzisiaj było więcej niż dobrze. Dopiero na zjeździe z Trasy Łazienkowskiej była chwila przestoju; poza tym na dole ruchem kieruje policja, wstrzymując tych, którzy jadą od strony Poniatowskiego, żeby ci z estakady mogli włączyć się do ruchu. Zielone światło na Czerniakowskiej też jest wydłużone, żeby maksymalnie upłynnić ruch. W sumie do domu jechałam 13 minut.

Tu od razu zaznaczam, że naprawdę cholernie współczuję tym, którzy mieszkają na prawym brzegu, bo mają zdrowo przerąbane, póki - jak to zwykle bywa - po kilku(nastu) dniach ruch się nie upłynni i usprawni, a i potem będzie trudno. Ale jednocześnie jako jedna z tych, którzy przez ponad półtora roku nie mogli korzystać z TŁ ze względu na remonty estakad, cieszę się, że tym razem kłopot komunikacyjny mnie zaledwie musnął.

A sam pożar rzecz przykra, smutna, fatalna, ale jak się okazuje, może być okazją do zrobienia pięknych zdjęć!

Fot. Wojtek Dobrogojski
A Barbarella jak zwykle w punkt! 

Mało kto przebije tegoroczną warszawską imprezę walentynkową, mało kto. Płonące naleśniki, płonące lody, płonące drinki – wszystko się chowa pod stół ze wstydem, gdyż Warszawa wystawiła w konkursie PŁONĄCY MOST.

(Kto nie zna jeszcze bloga Barbarelli, niech szybciutko nadrabia, no.)


piątek, 13 lutego 2015

Samo życie! Sama choroba!!!

W środę, czwartek, dziś i jutro - miało być tak:





A jest tak:


Wszystko było przygotowane - tylko się spakować i w środę rano wsiadać w samolot Air France po to, by spędzić popołudnie i wieczór nurzając się w paryskiej dekadencji z ludźmi z pracy (znanymi głównie z maila); w czwartek i w piątek spędzać pracowicie czas na roboczych spotkaniach, a w sobotę od rana jeszcze polatać po mieście, i wieczorem wsiąść w samolot do Warszawy - tym razem LOT-u.

Niestety, w poniedziałek po południu podstępnie i złośliwie zaatakowały mnie korzonki.


I o ile do tej pory zdarzyło mi się to kilka razy, to zawsze w natężeniu pozwalającym na normalną - acz powolną i pełną przekleństw - egzystencję. Tym razem było inaczej - już we wtorek rano okazało się, że wylot do Paryża, to ty sobie, drogie dziecko, możesz odłożyć na półeczkę, a póki co, to błyskawicznie lecisz do lekarza. Dopóki jeszcze możesz samodzielnie zejść ze schodów!

Najlepsze w tym jest to, że kiedy już wyszłam od lekarza z plikiem recept, skierowań i ze zwolnieniem do końca tygodnia, odczułam ulgę, że nie muszę lecieć do Paryża. I nie chodzi o to, że byłam tam już dwukrotnie, więc fajnie, że mam pretekst, by nie lecieć tam po raz trzeci, tym razem na wyczerpujące, pracowite spotkanie. Po prostu za każdym razem, gdy tam byłam, spotykało mnie coś złego. Naprawdę złego - nie że irytującego, np. zgubiłam bagaż czy dostałam mandat. Za pierwszym razem byłam tam mając zaledwie dziewiętnaście lat, i podczas mojego pobytu ludziom, u którym byłam, umarło malutkie dziecko... Nie chciałabym tego pamiętać, ale pamiętam, i nie zapomnę tego nigdy. I tyle na ten temat, więcej napisać nie jestem w stanie.

Za drugim razem to ja uległam wypadkowi, mianowicie ciężkiemu poparzeniu, które skończyło się z trudem opanowanym zakażeniem, długim leczeniem i przykrą rekonwalescencją.

Przez następne lata zastanawiałam się, co będzie, jeżeli będę musiała znowu tam pojechać, zapewne służbowo (prywatnie już po tym wszystkim nie planowałam)? Przejedzie mnie samochód? Samolot się rozbije? Kiedy dwa miesiące temu okazało się, że ten dzień nadchodzi, podeszłam do tego z wisielczą rezygnacją, na zasadzie "skoro już jedziemy, to spróbujemy zwalczyć pecha". Na szczęście, tym razem paryski pech był tak miły, że zaatakował mnie jeszcze przed wyjazdem.

Ale to był jedyny plus.

Dopiero podczas takiej choroby człowiek docenia to, co może robić, gdy jest zdrowy. Że może, przechodząc, schylić się i pogłaskać kota. Że może założyć skarpetki, nie wijąc się po łóżku, jęcząc, w poszukiwaniu pozycji, w której będzie mógł to zrobić, nie krzycząc z bólu. (Koniec końców, założyłam te skarpetki w pozie Warszawskiej Nike, mniej więcej.) Że daje jeść kotom, nie klęcząc na podłodze w kuchni, ostrożnie wyciągając rękę ku stojącym na blacie, wcześniej z płaczem podniesionym z podłogi, i napełnionym na blacie, miseczkom. Że sprząta kuwety, po prostu schylając się i wygarniając urobek do sedesu, a nie prawie leżąc na podłodze w malutkiej łazience. Że spędza dzień na sofie nie dostając szału i pierdolca na samą myśl, że owszem, leży się fajnie, ale nic innego nie wchodzi w grę, bo nie ma mowy o przejściu do drugiego pokoju do kompa, i tak dalej. Czy ja naprawdę kiedyś płakałam ze złości, że idę po mieście, i co kilka sekund rozwiązuje mi się śliskie sznurowadło?! O, jakaż byłam szczęśliwa, mogąc po prostu stanąć, pochylić się i je zawiązać!!!

W dodatku nie opuszczało mnie wspomnienie mojej matki, która, nie mając jeszcze czterdziestki, zaległa w łóżku na zapalenie korzonków na siedem!!! miesięcy, a do toalety "szła" na czworakach, posuwając się centymetr po centymetrze, wyjąc z bólu, płacząc strumieniami łez.

Dzisiaj jest już całkiem nieźle - po wczorajszym kryzysie, kiedy to skuliłam się rano na sofie, na przemian klnąc i płacząc z bólu, i wyłączając powiadomienia w telefonie, bo bolały mnie nawet przychodzące maile! Wieczorem leki zaczęły działać, nawet byłam w stanie wejść do wanny i się wykąpać. Dzisiaj nawet mogę się schylać!!! Jauuuuuu!!! Za jakieś trzy dni to pewnie może wyjdę z domu! :)

Ale kiedy już zupełnie stanę na nogi, to pierwsze, co zrobię, to pójdę na RTG i na rehabilitację. 

I na basen!!!! :)

A paryskiego pecha, mam nadzieję, jednak kiedyś poskromię.

sobota, 7 lutego 2015

Straszny robak

Wszyscy oczywiście znamy to uczucie, kiedy doczepia się do nas jakaś melodia, prawda? Sama melodia, piosenka, a w wersji ekstremalnej - kawałek wiersza albo nawet prozy O_O. Przyczepia się znienacka - albo, jak to się mówi, budzimy się "na jakąś melodię", i koniec. Tłucze się dzień cały, albo i dłużej, po głowie, i naprawdę ciężko się tego pozbyć, zanim się samo nie odczepi...

Miałam kiedyś swoje sposoby na pozbycie się dźwiękowego robaka (ang. earworm, doskonałe określenie). Na przykład - spokojnie usiąść i odsłuchać ten kawałek, który się do nas przyczepił, dokładnie od początku do końca, uważnie się weń wsłuchując, a gdy ścichnie ostatni takt, natychmiast wyłączyć odtwarzacz i przez dłuższy czas nie dopuszczać do uszu żadnej innej melodii :) Inna metoda, taka bardziej osobnicza, dawała oszałamiające efekty, kiedy mieszkałam w Berlinie i jeszcze kilka lat później, mianowicie odśpiewanie jednej, konkretnej dwuwierszowej reklamy Milki w języku niemieckim, zaczynającej się od: "mit Alpenmilchen Milka Schokolade..." Nie wiem, jak to działało, ale wypłukiwała mi wszelkie dźwiękowe robale z głowy wyjątkowo skutecznie!!! :D

Do dziś pamiętam, a miałam wtedy może z trzynaście lat, jak wracałam od babci z wakacji, a tuż przed moim wyjściem na dworzec kuzyn włączył z magnetofonu "Ohyda" Lady Pank. I oczywiście, przyczepiło się do mnie na amen!!! W tamtych czasach podróż pociągami z Siedlec do Poznania trwała w sumie, łącznie z przesiadką, dobre siedem godzin. Siedem godzin, które spędziłam z walącym mi w głowie ostrym głosem Janusza Panasewicza i bez żadnej możliwości, żeby się tego pozbyć!!! (w grę wchodziło tylko odsłuchanie, a niby jak, przecież wtedy jeszcze nie było walkmanów itp., a tym bardziej nie było reklam, nie żeby Milki po niemiecku, w ogóle!)

Zresztą, jest to bardzo fajny kawałek...


... ale na Bora, wtedy byłam daleka od jednej ciepłej myśli na jego temat :D Trzydzieści lat minęło, a ja wciąż pamiętam to potworne znużenie :)

No i tak co jakiś czas, jak każdemu, wpada mi do głowy wyjątkowo upierdliwy kawałek, ale ostatnio jestem po prostu zrozpaczona. Bo od kilku tygodni uczepił się mnie nie jeden utwór, tylko... cała opera. "Straszny Dwór" mianowicie.

Tu wyjaśniam - ja kocham "Straszny Dwór"; to jest moja ulubiona opera, w ogóle, nie tylko polska - znam na pamięć całkiem spore ustępy, śpiewam je sobie, i bardzo często słucham ścieżki dźwiękowej, ale, cóż, ostatnio robię się nieco nerwowa. Bo wygląda to mniej więcej tak:

Budzę się rano, krzątam się po domu, i nagle sobie uzmysławiam, że nucę kołującą mi po głowie "Pieśń przy krosnach":

Spod igiełek kwiaty rosną,
Mknie za ściegiem ścieg,
Żałuj, żałuj, hoża wiosno,
Że cię tuli śnieg!
Zanim niebu się ukorzy
Twój kobierzec z róż,
My pod stopy Matki Bożej
Nasz złożymy już.

I tak mi kołuje przez cały dzień, a to ten fragment, a to inny ("ciężko wam przy igle, ciężko wam przy igle, choć jeszcze kawał dnia, ale komu w głowie figle, o robotę ani dba!"). I następnego dnia to samo, i następnego to samo.

Po - powiedzmy - pięciu dniach budzę się rano, i...

Te wielkie malowidła dwa
Na względzie, wasze, miej:
Miecznika praprababka ta,
Ta - praprababką tej.
Przy obcych w nocnej dobie
Te praprababki obie
Wyłażą z ram, gdy pieje kur
I nuż w zacięty spór…

Czyli słynna "Aria Skołuby". I dalejże od rana do nocy, ten fragment czy inny, i od poniedziałku do piątku!!!!!

A w piątek...

Źle mówicie bracia mili,
Chociaż pokój daje Bóg,
W jakiejże to rycerz chwili
Oręż swój przekuwa w pług?
Wszak obydwóch ludziom trzeba,
Pług z orężem, z bratem brat,
Bez pierwszego nie ma chleba,
Drugi broni pól i chat!
Toż u ściany naszej chatki
Jak ważności świętej rzecz,
Pod obrazem Bożej Matki,
Zwiśnie pancerz, hełm i miecz!

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!

Ale na całego się zdenerwowałam, gdyż zaczęła mnie prześladować moja ukochana aria! 

Kto z mych dziewek serce której
W cnych afektów plącze nić,
By uwieńczyć swe konkury,
Musi dzielnym człekiem być.
Piękną duszę i postawę,
Niechaj wszyscy dojrzą w nim,
Śmiałe oko, serce prawe,
Musi splatać w jeden rym!

Ja się nie zgadzam na obrzydzenie mi tego, ja to kocham, ja się przy tym wzruszam!!!


(tu zaznaczyć muszę, że ta zalinkowana tu wersja różni się od mojej ulubionej audio bardzo... no, bardzo, ale cóż, lepszej na jutiubce nie znalazłam)

No i tak, ostatnio znowu wróciło mi "zwiśnie pancerz, zwiśnie miecz", jeszcze tylko z niepokojem oczekuję "z tej strony Powiśla dziewczątek bez liku" (jakże trafne geograficznie, zważywszy moją lokalizację!!!), ale naprawdę, błagam, błagam, duchu Pana Moniuszki i duchu Pana Chęcińskiego, proszę, proszę, proszę, zabierzcie to ode mnie!!!

A wtedy znowu będę miała dziką frajdę ze słuchania "Strasznego Dworu" ;)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Panna Szczegóła Drobiazgówna

Trafiła mi się kołorkerka, że ojezusmaria.

Normalnie na wizyty jeździmy pojedynczo, no czasem w wyjątkowych wypadkach we dwójkę, jeśli jest gdzieś super dużo roboty i trzeba jakiemuś współbratu pomóc. Tym razem miała miejsce jeszcze inna sytuacja, mianowicie w tym nowym projekcie, o którym tu już pisałam, przejmuję od koleżanki kilka ośrodków badawczych. Miejscowo całkiem nieźle - Łódź i dwie Warszawy, później dojdzie Olsztyn, da się z tym żyć ;) No więc pojechałam z nią do Łodzi i do jednego ośrodka w Warszawie, żeby się zapoznać i przejąć. Omal przez to nie osiwiałam i nie wyłysiałam ze zgryzoty...

Moja praca w przeważającej mierze polega na tym, żeby sprawdzać zgodność wzajemną rozmaitych typów dokumentacji. Wszystko zgadzać się musi, a ludzie tacy jak ja są od tego, żeby wyłapywać niezgodności, dochodzić do tego, skąd się wzięły i prosić upoważnione osoby, żeby dokonały niezbędnych poprawek, często ze stosownymi wyjaśnieniami. Żmudne to i mrówcze, ale i fajne - jak matematyka, jak frywolitka. Zrobisz błąd, i już wzór nie pasuje, nie poprawisz tego błędu - dalej już poleci cała lawina i już nic się ze sobą nie będzie zgadzało. Trzeba zatem włożyć w to mnóstwo pracy, uwagi, skupienia, no i mieć na tyle wiedzy na temat danego wskazania, żeby się zorientować, jeżeli jest "coś nie tak" już na poziomie przesiewowym pacjenta.

Sam projekt, notabene, jest fascynujący, naprawdę niesamowicie ciekawy, i cieszę się, że się na niego załapałam, choć pracy tu od urwania. Ale wracając do naszych baranów....

Uwaga uwagą, skupienie skupieniem, drobiazgowość drobiazgowością, ale trzeba też mierzyć siły na zamiary. Jeżeli w ośrodku jest już dziesięciu pacjentów, to choćby skały srały, nie można poświęcać jednemu z nich całego dnia, zwłaszcza jeżeli założenie jest takie, że z całością roboty masz się zmieścić w dwóch dniach - czasami, wyjątkowo, w trzech (jak to myśmy miały w zeszłym tygodniu w Łodzi).

Koleżanka moja jest gigahiperdrobiazgowa oraz powolna i, nie wdając się w szczegóły, po pierwszym łódzkim dniu miałyśmy sprawdzone półtorej dokumentacji na dziesięć. Pracując we dwie. W efekcie w ciągu trzech dni sprawdziłyśmy dokumentacje... sześciu pacjentów. SZEŚCIU!!! A pracowałyśmy, uwaga, od ósmej trzydzieści rano do dziewiętnastej trzydzieści!!! We dwie!!!

Bywały naprawdę momenty, że chciało mi się po prostu płakać, albo co gorsza miałam ochotę laskę udusić. Jebnąć. Wyrwać jej serce. No, cokolwiek. Na litość boską, ja wiem. Wiem, że trzeba sprawdzić wszystko. Ale może jednak trzeba robić to zdeczko szybciej?

I ja nie wiem, ale od razu nasunęły mi się gdybania: a może to ja jestem niesumienna, niedokładna, niechlujna i nierzetelna, a ona robi to dobrze? 

Ale ciekawostka: na samym początku naszej współpracy poskarżyła mi się zbolałym głosem, że właśnie dostała maila od naszej managerki, która spytała ją, co u licha ona robiła przez cztery (!) dni na innej wizycie w innym mieście, że sprawdzona została mniej niż połowa dokumentacji? Z początku nieco jej współczułam (nieco, bo doświadczenie zawodowe nauczyło mnie już sprytnie omijać rafy o nazwie "zobacz, jacy oni niedobrzy, współczuj mi"), zwłaszcza, kiedy opowiadała mi, ileż to tam pracy było i wgl. Potem poznałam bliżej  jej wydajność i przestałam współczuć.

Dzisiaj na wizycie warszawskiej, gdzie jest tylko jeden pacjent, sytuacja wyglądała tak. Laska była tam poprzednio w grudniu i sprawdziła trzy wizyty pacjenta. Z czego najgorsze są zawsze pierwsze dwie, owszem, kupa roboty i mnóstwo haczyków, na które należy zwrócić uwagę. Od tamtego dnia do dziś pacjent był na kolejnych czterech wizytach, które należało dzisiaj zweryfikować. Otóż koleżanka Drobiazgówna przez pierwsze trzy godziny nowych wizyt nie tknęła, tylko sprawdzała... czy zostały poprawione te wszystkie błędy, które wynalazła będąc tam w grudniu...

Dzisiaj była ostatnia wspólna nasza wizyta, teraz będę jeździć już sama. Cieszę się z tego niezmiernie, bo naprawdę myślałam, że oszaleję. Teraz zabiorę się za to po mojemu. Mam zupełnie inny system pracy, inne metody, inaczej łączę ze sobą fakty, liczby i daty. I jestem pewna, że zrobione będzie wszystko jak trzeba, a nikt nie powie mi "to coś ty, do cholery, robiła tam przez tyle czasu?!"

Ogólnie to muszę oddać sprawiedliwość, dziewczyna jest pomocna, życzliwa, pozytywnie zaangażowana w to, co robi. Ale niech sobie to, za pozwoleniem, robi z kimś innym, już nie ze mną!

czwartek, 29 stycznia 2015

Kluska

Klusko kochana, ja też będę o Tobie pamiętać. Byłaś jeszcze maleńka, kiedy łamiąc wszelkie znane przepisy, gnałam jak szalona wioząc Ciebie, wpółprzytomną, zasmarkaną i rozgorączkowaną, "na sygnale" do weterynarza do Warszawy. W pudełku na kolanach Kami.

Wyrosła z Ciebie wspaniała, niezależna, charakterna kotka. Lubię myśleć, że troszeczkę też dzięki mnie. I że troszeczkę też dzięki mnie miałaś to syte, leniwe, szczęśliwe życie. Los sprawił, że zbyt krótkie.

Dobranoc, malutka.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Nowa kategoria

Na tym zdjęciu jest Bardzo Małe Dzidu, które już trzyma w rączce coś w okładkach.


Na tym zdjęciu jest także Dzidu, tyle że trzydzieści lat później, i jak widać, rozumu mu z wiekiem nie przybyło ;)


Ponieważ zabieram się (zabieram, i zabieram, i zabieram, i zabieram...) do zeskanowania rozmaitych zdjęć rodzinnych i nie tylko rodzinnych, przyszło mi do głowy, żeby niektóre z nich wrzucać na blogaska. Czasem okraszone krótkimi historyjkami, które się z nimi wiążą :)
 
Miło będzie pokazać światu na przykład, jakie fajne miałam babcie :)
 

niedziela, 25 stycznia 2015

Trzeci sezon "Call The Midwife"

Jakoś zupełnie go przegapiłam i dopiero kilka dni temu sobie przypomniałam. Po czym nadrobiłam w dwa i pół dnia.
Dwie rzeczy mnie w tym serialu irytują. Pierwsza - to to rzewne jęczenie Vanessy Redgrave na końcu każdego odcinka :-P i bezustanne powtarzanie wówczas słowa "miłość". Och, miłość może wszystko, miłość nas scaliła, miłością się karmiliśmy, miłości nie da się zniszczyć, w domu, w którym jest miłość, jest miłość, bla, bla, bla.

A druga rzecz to główna bohaterka!!! Na litość boską, tak jak jest prześliczna, to jest zupełnie drewniana i bez wyrazu. Tak jak wszyscy pozostali bohaterowie są pełnokrwiści i charakterni, tak ona jest straszliwa!!! O jej chwiejnym, marudzącym charakterze już nie mówiąc... Co za kukła, na rany boskie.

Na szczęście kocham wszystkich pozostałych. Łagodna i dobra siostra Julienne, zwariowana ale nieskończenie mądra i ciepła siostra Monica Joan, impetyczna siostra Evangelina (znałam niegdyś jej polski odpowiednik - podobna z wyglądu, z charakteru i w dodatku też była zakonnicą - siostra Justyna), Shelagh (jaka ona jest piękna), niezdarna Chummy, Trixie, Cynthia, nawet Patsy (choć ta mnie nieco złości), Fred, pastor Hereward, Peter Noakes, no i last but absolutely not least, najcudowniejszy mężczyzna na East Endzie - doktor Turner! Dajcie mi doktora Turnera!!!

Następnym razem postaram się napisać wreszcie o czymś innym niż o tym, co właśnie obejrzałam. Ale jak wspomniałam wcześniej - wszystkie wolne chwile spędzam na wykańczaniu Serwety Transoceanicznej. Trudno robić przy tym cokolwiek innego niż oglądać filmy, naprawdę. Dzięki Boru zatem, że jest co oglądać, bo Serweta zajmie mi jeszcze około pięciu tygodni.
No chyba że znudzi mi się oglądanie i przerzucę się na słuchanie słuchowisk radiowych ;)

sobota, 24 stycznia 2015

"Birdman"

Straciłam w kinie dwie i pół godziny życia (razem z zajawkami). Jezuchryste, co za irytująca, męcząca kupa. I nie dlatego, że to film specyficzny, nietypowy, nie w stylu "to jest człowiek, a pewnego razu..." Nie, to jest po prostu film o denerwujących, antypatycznych, żałosnych ludzikach, z których każdy ma namalowane na twarzy "popatrz, jaki jestemkurwazajebistyimojeracjesąnajmojsze". A ja nie znoszę takich filmów. Nie mogę tu dodać "... oraz takich ludzi...." bo nie znam takich egzemplarzy. Serio, nie znam, i myśl o tym, że naprawdę gdzieś w świecie takie istnieją, przeraża mnie. Gdyby byli gdzieś w pobliżu, zwiewałabym od nich jak najdalej. Serio, ludzie, to są właśnie wasze problemy, żałosne narcystyczne dupki?...

Ujmując skrótowo - nie podoba mi się rodzaj popieprzenia tych ludzi

Nie podoba mi się także język tego filmu, i nawet nie o wszechobecne "fucki" mi chodzi; np. sformułowanie "widzisz tam tę kobietę, która wygląda, jakby właśnie wylizała dupę bezdomnemu?" - to nie jest ani śmieszne, ani błyskotliwe, ani nie jest w ogóle.

Film jest co najmniej o pół godziny za długi, ostatnie pół godziny to pierdomękolenie, które doprowadza do szału. No i najgorsze - czyste solówki perkusji zamiast ścieżki dźwiękowej. Co kilka minut łomot bębnów i syk talerzy, noszfak, głowa mnie od tego rozbolała. 

Sprawiedliwie oddam - podobała mi się, i to bardzo, gra Michaela Keatona. Gra z technicznego punktu widzenia - skupiłam się na tym z braku ciekawszych rzeczy. Ale to jest absolutnie jedyna dobra rzecz, jaką mogę powiedzieć. 

Wiem, że na pewno się nie znam i nie rozumiem. Sęk w tym, i na szczęście - nie muszę. Ja jestem prosta baba z magisterką, że strawestuję Szpro, i dzielę filmy na te, które mi się podobają, i te, które nie.

czwartek, 22 stycznia 2015

Important organ

Zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny pisząc o oglądaniu czegoś robię się niebezpiecznie monotematyczna. Tak się jednak składa, że aktualnie wykonywane popołudniowe zajęcie umożliwia przede wszystkim oglądanie, nie zaś czytanie czy robienie czegokolwiek innego. Nawet na pisanie czasu mało.
 
A więc, oglądam kolejny odcinek "Lewisa". Oni tam mówią dość wyraźnie, ale czasem muszę coś powtórzyć. No i słucham i nijak mi nie pasuje: "It was important organ".

Co cholera. Jaki znowu important organ?! Bez sensu w kontekście rozmowy, no i tak jakoś nie do końca gramatycznie, nie? Cofnęłam, jeszcze raz. To samo. "It was important organ". Jeszcze raz - to samo.

W końcu, za kolejnym razem...

"It was in Portland, Oregon".
 
No. A poza tym - "Belle", och, "Belle". Jaka urocza historia, jaki piękny film, jaki kochany Tom Wilkinson, serce moje, i jaka rewelacyjna Gugu Mbatha-Raw. Kto jeszcze nie widział, niech koniecznie zobaczy!

środa, 21 stycznia 2015

To jest doprawdy bardzo miły tydzień

Częściowo dlatego, że mam tylko jeden, i to bardzo luźny i leniwy, wyjazd służbowy, mogłam więc spokojnie zająć się nadrabianiem biurowych lagów (backlogów, jak to się u nas mówi) oraz robieniem szkoleń, które za chwilę będą mi potrzebne, bo już za parę dni zaczynam olbrzymi projekt z przewlekłą białaczką limfocytową. 

Ale to w pracy, co tam praca :)

Miły tydzień zaczął się w sobotę, od The Imitation Game. (Państwo rozumieją, że nie mam ochoty używać polskiej wersji tytułu, prawda?) Czekałam na ten film od dawna bardzo niecierpliwie, nie tylko ze względu na tematykę, ale (#jakajestempłytka) również dlatego, że na serwowanych nam zajawkowych zdjęciach Benedict jest tak piękny, że po prostu dech zapiera. No i rzeczywiście, nie rozczarowałam się. Pod żadnym względem :)

Święto to było, bo wybierając się na ten film nie wyobrażałam sobie, że mogłabym oglądać go bez Madziora. No pewne rzeczy są oczywiste! Dlatego bardzo się ucieszyłyśmy, że premiera w piątek, gdyż nie musiałyśmy długo czekać - już w sobotę Madzior zjechał do Warszawy z Marem przy boku. Mar został skierowany na Hobbita, a my trzy, bo oczywiście i Paulinka, ruszyłyśmy zająć nasze fotele VIP (a co sobie żałować w tak ważny dla nas dzień :) ).

Wyszłyśmy bardzo ukontentowane. Ja nie wiem, czy to jest film "aż na Oscara", zresztą ja jestem mało "oscarowa" i nie ma to dla mnie większego znaczenia (mój kontakt z Oscarami to odpalenie kompa na drugi dzień i sprawdzenie, kto dostał, a kto nie, i eto wsio). Najważniejsze, że film mnie wciągnął, bardzo zainteresował, że to była dobra, dobrze podana historia. Jedyne zastrzeżenia, jakie miałam, to zbyt częste nawiązania do szkolnej młodości Turinga, chociaż to może dlatego, że grający go chłopiec niewymownie mnie denerwował. Znaczy, rozumiem, że trzeba było pokazać, dlaczego Turing nazwał swoją maszynę Christopher, ale nie trzeba było imho aż tylu odsłon tej znajomości. (Poza tym wg dat na ekranie młody Turing miał szesnaście lat - musiałby być chyba niedorozwinięty!) Poza tym - miodzio, naprawdę miodzio, odpowiednia dawka humoru, no i rewelacyjna obsada - pomijając może tylko Keirę Knightley, no nie mogę się do niej przekonać już od wielu lat i naprawdę jest dla mnie zupełnie nieprzekonująca. 

Benedict jest jak zwykle cudowny, on rzeczywiście nadaje się idealnie do grania takich totalnie odklejonych postaci (chociaż naprawdę chętnie zobaczyłabym go w nieskomplikowanej komedii romantycznej, w której, jak sam mówi, miałby ochotę kiedyś zagrać ;) ). Też nie wiem, czy to jest rola aż oscarowa, ale też nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia. Uważam, że już sama nominacja do Oscara jest ogromnym jego osiągnięciem - na dobrą sprawę po zaledwie trzech latach istnienia w globalnej, nie brytyjskiej "filmowej świadomości" - i więcej mi nie trzeba. 

No i zakończenie, to "posłowie" na ekranie (nie udało mi się wymyślić lepszego słowa na informacje o bohaterach, jakie pojawiają się już na samo zakończenie), które wzruszyło mnie ogromnie. To jest jeden z tych filmów, które po obejrzeniu w kinie kupuje się na DVD, bo chce się je mieć "porządnie" na własność.

Najbardziej znane, i chyba moje ulubione, zdjęcie z The Imitation Game

Nawiasem mówiąc, w następną sobotę wybieram się na Birdmana :) 

Z rzeczy do oglądania, kończę niestety już "Lewisa" - zostało mi jeszcze siedem odcinków. Dzisiaj natomiast zapuściłam sobie niezwykle uroczy film "Belle" z niezwykle wspaniałą obsadą (tu przepraszam Toma Feltona, że go nie poznałam. Ale wygląda raczej jak Tom Brooke :-P )

Dobrze, że mam co oglądać, bo jestem teraz zajęta wykańczaniem Serwety Transoceanicznej, i praktycznie całe popołudnia spędzam z czółenkiem na sofie. Czasu coraz mniej, a roboty jeszcze kawałek. Ale do końca lutego powinnam się wyrobić.

Miałam jeszcze napisać o paru rzeczach, ale kurna, czas goni, więc... następnym razem. O ile nie zapomnę, co też to miało być.


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Franio i ja

Na początek - informacje:
 
1. Tak, mam kredyt w CHF, który będę spłacała jeszcze czternaście lat (planowo, zakładam, że przy sprzyjających wiatrach krócej).
 
2. Nie, nie jestem bankrutującym, żądającym pomocy "frankowiczem" (i przy okazji, nie życzę sobie określania mnie tym, wyjątkowo negatywnie i złośliwie nacechowanym, nowosłowem-potworkiem).
 
3. Mój kredyt jest moją sprawą, moim ryzykiem i nikomu nic do tego.  Jeżeli nie będę w stanie go spłacić, po nieudanych próbach ratunku poniosę wszystkie konsekwencje. Jestem - i byłam - tego świadoma.
 
4. Jak napisałam wyżej, w moim przypadku nie ma mowy o żadnej "przepaści" czy "nieszczęściu" i w związku z tym nie oczekuję żadnego pocieszenia czy współczucia. (Swoją sytuację mogę ewentualnie poomawiać z moimi znajomymi i przyjaciółmi, znajdującymi się w identycznej sytuacji.) Oczekiwałabym natomiast od osób, które znam, zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, czyli nienatrząsania się z tej przykrej sytuacji, jaka się przydarzyła. (No bo nieszczęście to nie jest, ale przykrość - dla mojego portfela - niewątpliwie.) Czyli nie pisania ze złośliwymi uśmieszkami "trzeba było myśleć", "po co braliście kredyt w obcej walucie" czy też chociażby tylko "ha ha ha, a ja mam kredyt w złotówkach, jak fajnie!" Kilka lat temu ty, szanowny kolego albo szanowna koleżanko, mający/-a kredyt w złotówkach, potężnie oberwałeś/-aś w lico gwałtownym skokiem stopy procentowej. Podniosły się wówczas wrzaski i lamenty równe tym dzisiejszym. Nie wchodziłam wtedy w żadne dyskusje, tylko szczerze się zmartwiłam fakapem, jaki się wam przytrafił. I za jakiś czas, kochani, znowu się wam taki fakap przytrafi, nie ma siły, statystycznie rzecz biorąc tak być musi. Tyle że ja wówczas już się nie zmartwię ani nie będę wam współczuć. Bo będę pamiętała wasze reakcje z 15 stycznia 2015.
 
5. Na koniec tym wymienionym w poprzednim punkcie, chciałam przytoczyć słowa Radka Teklaka z pamiętnego dnia. Notabene jak pisania Teklaka nie lubię ze względu na sposób tegoż pisania, to jeśli już go czytam, to zwykle przyznaję mu rację. Tak jak tutaj. Podkreślenie moje:
 
"Był to natomiast dzień, w którym po raz kolejny przekonałem się, że ten kraj może i piękny, ale ludzie kurwy. Takiej fali mściwej satysfakcji 'i co cwaniaczki, pali się pod dupami' nie widziałem nigdy. Owszem, przy poprzednim kryzysie, pomyje rozlały się po internetach. Ale dzisiaj to było jakieś apogeum. I nawet bym się o tym nie zająknął, bo anony z internetów jakie są, każden jeden widzi. Zabolało mnie to, że tego typu głosy zobaczyłem w wykonaniu moich ziomów i ziomalek z fejsa. A że do znajomych przyjmuję raczej ludzi, których choć trochę znam i kojarzę, bolało podwójnie.
Jest mi z tego powodu, zwyczajnie i po ludzku, smutno w chuj.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Przed rokiem 2009 nikt nie szastał na lewo i prawo maksymą Gorkiego 'kredyt bierze się tylko w walucie, w której się zarabia'. Popularność powiedzenia narodziła się po kryzysie i od 5 lat wszyscy mędrkują, łącznie z hasłami, że ich mama nawet tak powtarzała."
 
Mnie również jest smutno w ch*j, głównie dlatego, że jako optymistka zakładam z góry, że ludzie ogólnie są w porządku, a przynajmniej się starają. No i szkoda się przekonywać, na przykładzie własnych, osobistych (nie tylko facebookowych) znajomych, że - nie zawsze i nie każdy.
 
 

Jeszcze a propos kredytu, to uznałam dzisiaj, że u mnie to w ogóle z tym jest "śmiesznie". No bo tak. Wzięłam kredyt w momencie, kiedy CHF stał dość nisko jak na tamten rok (naturalnie było to długo po czasach, kiedy był po 2 złote, o czymś takim to już nawet marzyć bym nie mogła :) ) I dokładnie w dniu podpisania tego kredytu zleciał na łeb na szyję do tego stopnia, że do wypłaconej mi kwoty kredytu musiałam dołożyć, płacząc krwawymi łzami, grubaśną kwotę własną, żeby sprzedający mieszkanie dostał tyle, na ile się umówiliśmy. Pocieszyłam się, że dzięki temu i rata będzie niższa. I była... pierwsza, bo zaraz po tym Franek znowu skoczył w górę tak, że już kolejna rata była o 350 zł wyższa. (Wypisz-wymaluj, jak teraz. Wtedy też już wysyłano nas pod most i natrząsano się z "cwaniaków". Potem jakoś o tym zapomniano.) I tak płaciłam ją w tej wysokości przez niemal sześć lat - wahania były około 70 zł, raz chyba 100, przy czym zdarzały się wahnięcia także w dół, ale o tym media milczały, o, co innego, jak wahnięcie o 100 zł było w górę, wtedy informacje pojawiały się na pierwszych stronach natychmiast :-P
 
Przy czym nowy, spektakularny skok franka miał miejsce dokładnie w dniu, w którym schodzi mi z konta kolejna rata. I prawdę mówiąc, to mnie wkurzyło najbardziej! Bo gdybym miała płatność powiedzmy dziesiątego... ;)
 
No i tak.
 
Notka miała być w zasadzie na różne tematy, podsumowująca przyjemne oraz mniej przyjemne wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, ale za bardzo się rozpisałam na ten jeden temat, żeby teraz dorzucać kolejne. Zatem te inne będą w kolejnej notce... jeszcze tylko jedna rzecz - mierzi mnie ostatnio atmosfera fejsa, w różnych jego miejscach, przez jakiś czas zatem chyba sobie odpuszczę. Zresztą, mam tyle spraw i zajęć w Outernecie, że nie będzie to z wielką krzywdą dla nikogo.
 

sobota, 10 stycznia 2015

No i jechałam Pendolino

Zgodnie z obietnicą, kilka słów na temat Pędka :) Pisałam na bieżąco podczas podróży na fejsie, tu zbiorę wszystko razem.
 
Pendolino prześlicznie się prezentuje od zewnątrz - jako wielbicielka smukłych sylwetek samolotów potrafię to docenić. Prawdziwa rozkosz dla oka konesera.

Śliczny pyszczek Pendolino :)

Jechałam do Krakowa pierwszą klasą, a wracałam drugą, ponieważ na podróż powrotną nie było w pierwszej miejsc przy oknie, a ja nie lubię siedzieć na "środku", nawet jeśli w wagonie bezprzedziałowym ten "środek" to jest po prostu miejsce przy przejściu (dla odmiany moje ulubione w samolocie, łatwo wyjść do toalety). W sumie nie wiem, co sobie myślałam, ale uznałam, że nie, i ponieważ okazało się, że w drugiej klasie miejsca przy oknie są - zdecydowałam się na drugą. Pomyślałam sobie, że będzie to świetna okazja do porównań. I była.
 
Odjazd był o 7:35. Jechałam w wagonie bezprzedziałowym, pierwszym za... no, nie za "lokomotywą", za pyszczkiem - czyli jak to określiła Kasitza, w przełyku :)
 
Dla kogoś, kto często jeździ pociągami InterCity, w środku Pendolino nie jest jakiś specjalnie niesamowity - wygląda to prawie tak samo jak w IC. W jednym rzędzie dwa fotele po prawej stronie, jeden fotel po lewej. Wystrój też taki Startrekowy i sterylny. Jedyne różnice to inaczej umiejscowiony kosz na śmieci, lampka nie w panelu w półce na bagaże, ale za lewym ramieniem pasażera, i nieco bardziej miękkie, ale i węższe fotele. Kokpit maszynisty jest oddzielony od reszty wagonu tylko drzwiami z szybką i w sumie nie wiem, dlaczego nie podeszłam, żeby na moment zapuścić tam żurawia. Nadrobię następnym razem :)
 
Reszta - standard (standard InterCity), czyli darmowy poczęstunek plus możliwość zamówienia sobie śniadanka, które przynosi pani kelnerka wprost do naszego przedziału/stoliczka. O miłej drużynie konduktorskiej nie będę się rozwodzić, ponieważ od lat jestem zdania, że generalnie w pociągach są miłe drużyny konduktorskie niezależnie od rodzaju pociągów.
 
Pociąg miał dojechać do Krakowa o 10:00 i o tej właśnie godzinie wyskakiwałam na peron. Dwie i pół godziny płynnej i cichutkiej jazdy, znacznie cichszej niż InterCity. W tym miejscu pozdrawiam pana z siedzenia przede mną, który w chwili, gdy pociąg zwolnił i stanął, zachichotał pogardliwie: - No i co, miał tak szybko jechać, a jednak staje? - Naprawdę miałam ogromną ochotę wychylić się do niego i spytać, czy jego zdaniem szybkich pociągów nie obowiązuje czerwone światło na semaforze? Ale dałam sobie spokój. Niestety, nie wygram z państwem Fe-Wszystko-Źle.
 
Natomiast podczas jazdy w pewnym momencie z głośnika popłynął komunikat, że "właśnie osiągnęliśmy planową prędkość 200 km/h". I ja wiem, że trzy czwarte ludzi słysząc to w tym momencie skrzywi się ironicznie, hahaha, wielkie mecyje, na Zachodzie już od dawna... Otóż po pierwsze - niekoniecznie i nie wszędzie, a po drugie mnie taka informacja cieszy. Cieszy mnie jako ciekawostka i cieszy mnie jako dowód tego, że - jak zauważyłyśmy z Dakotą na fejsie - umordowaliśmy się przez te remonty na kolei strasznie, ale było warto, bo wreszcie te pociągi jeżdżą z przyzwoitą prędkością. I nie tylko Premium (czyli Pendolino właśnie), ale także "zwykłe" InterCity. Przy czym o ile podróż do Krakowa nie skróciła się aż tak znacząco, to do Gdańska teraz jedzie się niecałe trzy godziny, a nie sześć, jak jeszcze niedawno!!! Jeżeli to nie jest powód do zadowolenia, to pocałujcie się ludzie w zady. Dla mnie jest i mam zamiar przy najbliższej okazji pojechać do Gdańska pociągiem, zamiast jak zwykle polecieć samolotem.
 
Jak wspomniałam, wracałam drugą klasą. I tu już było gorzej, a mianowicie - ciaśniej, dużo ciaśniej. W jednym rzędzie są dwa fotele po prawej i dwa po lewej. Więc rzeczywiście niefajnie. Czułam się mniej więcej jak w samolocie na linii krajowej. Oczywiście nie był to żaden dramat, przez dwie i pół godziny da się spokojnie wytrzymać, ale - jednak dużo mniej wygodnie.
 
Wspomniałam na początku, że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do standardu i wygody InterCity, Pendolino nie zrobi na nim większego wrażenia, a nawet może rozczarować, jeśli spodziewał się czegoś super-hiper kosmicznego. Natomiast dla kogoś, kto zwykle porusza się pociągami TLK, będzie to niewątpliwe miłe przeżycie. Ale podobnie miłe będzie, jeśli wsiądzie w "zwykłe" InterCity. Ja będę jeździła Pędkiem do Krakowa, bo godziny odjazdów idealnie mi pasują. Do Gdańska pojadę, bo nigdy nie jechałam pociągiem na tej trasie, chcę zobaczyć, a teraz odpadł czynnik odstraszający, czyli długość przejazdu. Ale już do Wrocławia - nie, bo o ile Pędek z Warszawy do Wrocka odjeżdża o akuratnej dla mnie godzinie, o tyle w drugą stronę już absolutnie nie - o 11:29, a potem dopiero o 18:50.
 
Na koniec zamieszczam tu jeszcze absolutnie cudowne zdjęcie Pendolino - autorstwa mojej koleżanki Magdaleny "Kerri" N. Jest tak oszałamiające, że zamierzam - za zgodą Autorki - wydrukować je sobie w największym możliwym rozmiarze, oprawić i powiesić na ścianie :)
 
Prawda, że oszałamiające?
 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Frywolnie - rocznicowo

Dzisiaj mija osiem lat! mojego frywolenia :)

Mieszkałam jeszcze wtedy w Poznaniu i poszłam na kurs organizowany przez Kreatywnie.com - od jakiegoś czasu miałam straszną ochotę nauczyć się jakiegoś rękodzieła. Zastanawiałam się tylko - jakiego? Druty i szydełko nigdy mnie nie pociągały, decoupage jakoś nie wydawał mi się zbytnio atrakcyjny... Padło na frywolitkę, jako coś kompletnie mi nieznanego.

Kurs trwał cztery czy sześć godzin i podczas niego nie wyszło mi NIC. Założenie było proste, kwiatek: kółko w środku i płatki - łuczki. Dziewczyny obok mnie radziły sobie lepiej czy gorzej, ale przynajmniej na koniec zajęć miały co najmniej kółeczko. Ja - nie. Nie rozumiałam, o co chodzi z tym "przeskakiwaniem" nitki, nie widziałam pojedynczego słupka ("kształt π? Nie widzę!”), kółeczko nie dawało się ściągnąć, no dramat, dramat i dwie lewe ręce!

Pewnie wyszłabym z tych zajęć i zapomniała o nich na wieki, gdyby nie nasza prowadząca, która opowiadała nam, że jeszcze pół roku wcześniej sama nie umiała frywolitkować. Może i ściemniała, może nie, ale wtedy sobie pomyślałam, że jeżeli ona się nauczyła od zera, to i ja mogę. Dostałam na zajęciach kordonek, dokupiłam czółenko i zaczęła się żmudna nauka. Z której, możliwe, nie wyszłoby mi nic, gdybym nie pamiętała, że NITKA MA BYĆ LUŹNA. Była to najczęściej powtarzana na kursie uwaga, bo wszystkie dziewczyny odruchowo napinały nitkę. Także i ja. To i nic dziwnego, że zamiast frywolitkowych słupków wychodziły mi takie, jak przy split rings J

Plątałam, wyrzucałam, plątałam, wyrzucałam, no i wreszcie jakoś po tygodniu czy dwóch udało mi się wreszcie ściągnąć kółeczko!!!

Potem już poszło łatwiej, łuczków nauczyłam się z internetu (wielkiej wiedzy do nich nie trzeba). Ćwiczyłam jak oszalała, w domu, w pociągu, w samolocie, u znajomych. Kupiłam jedyną wówczas dostępną u nas książkę, Lynn Horton, i rozpoczęłam pierwsze nieśmiałe, acz uparte, próby zrobienia czegokolwiek. I zrobiłam - i nawet zachowałam sobie na pamiątkę.
 
Dzisiaj żałuję tylko, że nie mam wystarczająco dużo czasu, żeby zacząć próbować własnych wzorów. Jestem niestety zdecydowanie odtwórcza, nie umiem stworzyć niczego nowego, a nawet jeśli - kolczyki, naszyjnik, wisiorek - to zawsze są one oparte na cudzych wzorach i zawsze widzę tę ich cudzość. Może kiedyś...

(Za to nieźle wychodzi mi uczenie innych - pamiętna swoich problemów pokazuję im "flipnięcie" nitki na dwóch kordonkach o różnych kolorach, i wtedy załapują J )

To moja NAJpierwsza frywolitka, zrobiona jakoś w marcu 2007 roku J
I dla porównania, wianuszek świąteczny z 2014:
Tak, jestem próżna :)