środa, 19 listopada 2014

Wyprowadzona z równowagi

Pracowo dupa. Prywatnie dupa. Kaloryfery dupa, będą mi rozwalać pół chaty, ale dopiero w środę, do środy będzie zimno. Boże, co za życie. Żaczek.

wtorek, 18 listopada 2014

Wyciszyć się

Potrzebuję zdecydowanie uspokojenia, wyciszenia. Zauważyłam, że coraz bardziej nerwowo reaguję na rozmaite rzeczy teraźniejsze i przyszłe, takie, które po opanowaniu się wywołują pełne rezygnacji pytanie "i co cię właściwie tak przeraziło, idiotko?"
 
Stan wyluzowania i braku napięcia jest tak miły i tak pozytywny, że jeszcze sam przez się zwiększa - brak napięcia powoduje wyluzowanie, wyluzowanie powoduje brak napięcia, brak napięcia... itd. Niestety, nie jest łatwo mi go osiągnąć.
 
W momencie, gdy dochodzi się do takiego etapu, że nawet w łóżku podczas snu ma się napięte mięśnie szyi, a perspektywa pójścia do bankomatu wywołuje lekkie mrowienie w żołądku, bo być może okaże się nieczynny (i trzeba będzie pójść do innego dwieście metrów dalej), to już czerwone światło na skrzyżowaniu. Plus dochodzą jeszcze rozmaite niemiłe objawy, na przykład "powinnam wstać i pójść poszukać czarnego kordonka 20, ale boję się, że nie będzie go tam, gdzie powinien być, i będę musiała szukać go po całym domu"... To ostatnie nie jest takie absurdalne, jakby się mogło wydawać - z roku na rok jestem coraz bardziej niezorganizowana, mimo iż właśnie próbuję sobie pewne sprawy usprawnić, zorganizować, uporządkować, ale nic mi z tego nie wychodzi. Więc ja się po prostu boję, że pójdę po ten przykładowy kordonek, który przez ostatnie dwa lata leżał w TYM miejscu, w TEJ szufladzie, i okaże się, że wcale go tam nie ma (bo akurat tydzień temu zachciało mi się w ramach organizacji przełożyć go w inne miejsce, i tak, na pewno będę pamiętać, gdzie - ależ oczywiście!). To jest to POTWORNIE stresująca sytuacja i naprawdę czasami doprowadza mnie do łez. W ten sposób giną mi rozmaite rzeczy (aby następnie odnaleźć się, gdy już nie są mi potrzebne) - a najbardziej jest wkurzające to, że zanim zaczęłam się za nimi rozglądać, wciąż miałam je przed oczami. Ot, taka wysuwana miarka metrowa, idealna przy robocie frywolitkowej, bo jest cienka, miękka, łatwo się wyciąga. Przez ostatnie dwa czy trzy miesiące leżała w specjalnym korytku na stole (na którym z reguły leży wszystko, co muszę mieć pod ręką podczas robótkowania). Kilka dni temu musiałam coś zmierzyć - miarki nie ma. Nie ma. Wcięło.
 
Robienie z tego problemu mogłoby się wydawać przesadą, gdyby nie działo się bez przerwy. Zaczynam widzieć swojego ojca, który w robieniu wokół siebie bałaganu nie ma sobie równych, i naprawdę mnie to przeraża. Wiem, że muszę coś z tym zrobić, ale nic mi się nie udaje. Na jednym polu osiągnęłam sukces, mianowicie w kordonkach, ale już dodatki (koraliki itp.) nadal żyją w chaosie. A poza tym - tylko na jednym polu. Bezwład, w jaki wpadam w domowych pieleszach, kiedy trzeba coś zrobić, coś zadziałać, wydaje mi się kompletnie nie do przezwyciężenia.
 
I tak zaczęłam o potrzebie wyciszenia, a skończyłam na potrzebie posprzątania. Chaos, chaos mną rządzi niemal całkowicie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wnuczka w bryczce

Na wstępie pozwolę sobie zacytować Królową Matkę, która także popełniła już piękną recenzję "Wnuczki do Orzechów":
 
Jeśli ktoś nie czytał książki, a chciałby spojrzeć na nią świeżym okiem, proszony jest uprzejmie o oddalenie się spacerowym krokiem w inne rejony internetu.
 
Ostrzeżenie przekazane, ruszajmy.
 
Po tym, jak Małgorzata Musierowicz uczęstowała nas zupełnie nieczytable "McDusią" (bez litości zresztą rozdyźdaną przez nas na Armadzie), miałam poważne wątpliwości, czy kupię "Wnuczkę do orzechów". Z czasem uznałam, że tak, po prostu dlatego, że skoro mam już dziewiętnaście poprzednich tomów Jeżycjady, to nie przerwę kupowania ich w tym momencie. Ale jeżeli "Wnuczka" okaże się równie beznadziejna, to jednak będzie to ostatni przeze mnie kupiony tom, a całość wyląduje na Allegro. Okazało się, że "Wnuczka" w matrasowej przedsprzedaży internetowej kosztuje 24,99 (co notabene skłania do rozważań na temat cen książek jako takich), a zatem założyłam, że lepiej żałować zmarnowanych dwudziestu pięciu złotych aniżeli czterdziestu, zamówiłam i odebrałam w ubiegły poniedziałek.
 
I oczywiście od razu zabrałam się do czytania. Ja mam bowiem tak z Musierowicz, że kupuję, natychmiast czytam pędząc naprzód, łykam kartkę po kartce, muszę wiedzieć, co dalej, muszę, muszę, muszę. Nawet jeśli książka okazuje się kiepskawa czy wręcz fatalna - refleksje, opinie, wnioski, przychodzą dopiero po zamknięciu dzieła, po całkowitym jego przeczytaniu. Algorytm jest mniej więcej taki: szybko przeczytać - przeczytać drugi raz, zaraz po pierwszym, wolniej i spokojnie - pomyśleć - wyciągnąć wnioski. Wnioski od "Języka Trolli" niestety, mocno dla Autorki niepochlebne. No ale jako rzekłam, do czytania przystępuję natychmiast po zakupieniu i nie przerywam, dopóki nie skończę. Raz kiedyś przez to oblałam egzamin...
 
No i tym razem...
 
Doszłam mniej więcej do czterdziestej strony. Początek wywołał we mnie sporo uśmiechu, roześmiałam się pierwszy raz na stronie dwunastej! To ważne, bo doprawdy nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się przy Musierowicz... a nie, pamiętam! Przy "Czarnej Polewce", przy scenie oświadczyn Wolfiego. Czyli, bagatela, osiem lat temu. A tu natknęłam się na cudowne zdanie: "gęsi przejawiły jaskółczy niepokój" i parsknęłam serdecznie :)
 
Natomiast przy tej czterdziestej stronie nagle to JA przejawiłam jaskółczy niepokój. Mianowicie nagle pomyślałam: "a może odłożyć lekturę na później i porobić frywolitkę?" Przemogłam się. Przeczytałam kolejne dwadzieścia czy trzydzieści stron. I znowu: "A może doczytam później?..."
 
Przemogłam chęci i przeczytałam jednak całość, co prawda walcząc z pokusą odłożenia książki mniej więcej co trzydzieści stron. A kiedy w pewnym momencie pomyślałam: "o matko, dopiero połowa" (zamiast, jak zawsze przy wcześniejszych tomach: "oooo, już połowa!"), wiedziałam już, że chociaż nie jest źle, to jednak jest niedobrze.
 
Bo "Wnuczka do orzechów" jest najzwyczajniej w świecie POTWORNIE NUDNA.
  
To jest książka o nie wiadomo czym. O Dorocie, która sobie jest. Tu jeździ, tam siedzi, tu rozmawia, tam spotyka tajemniczego młodzieńca... Ale to wszystko jest tak bardzo nijakie! W ogóle tam wszyscy bohaterowie tylko , i to w niezwykle nieprzekonywujący sposób. Rozmawiają, ucztują, piszą do siebie maile... Maile, dodajmy, jak dla mnie męczące, długie, rozwlekłe - nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że niektóre z nich są autorstwa Idy, która wręcz pisząc do Gabrieli zauważa triumfalnie: "(...) mówisz, że za wiele mówię. A teraz, kiedy nie mówię, mogę się nareszcie w pełni wypowiedzieć." I wypowiada się, o Borze Wszechlistny, jak bardzo się wypowiada! Opis tego, jak Ignacego G Strybę ugryzł szerszeń (tak, znowu go ugryzł szerszeń, tu jeden z kilku moich zniecierpliwionych okrzyków: "ale to już było!!!") zajmuje w książce dwie strony! I nie mam zamiaru twierdzić, że można było to zawrzeć w jednym zdaniu "Ignasia ugryzł szerszeń i pszczoła na dodatek, ależ ten chłopak ma pecha, spuchło i bardzo go boli", bo logorea Idusi (czy logorea może być na piśmie?) musi jakoś znaleźć sobie ujście, ale może jednak bez przesady? Ten opis jest długi i cholernie rozwlekły, a poza tym częściowo znamy sytuację z wcześniejszej narracji, więc doprawdy można było go jednak odrobinę skrócić.
 
Pojawiają się też Borejkowie, aczkolwiek z rzadka - i znowu to samo, oni po prostu niemrawo są. Prowadzą jakieś rozmówki, pichcą, dyskutują o lekturach, a mnie szczęka od ziewania rozwiera się o 180 stopni. Stary Borejko jak zwykle prowadzi długie, męczące dysputy czy raczej monologi. (Słowem kluczem w tym tomie jest tożsamość - lecą obfite cytaty z Tatarkiewicza, ale jest i Ionesco. No, mamy i poezję, tym razem odrobinka Wierzyńskiego i Bronisława Ostrowska.) Właściwie mam wrażenie, że mamy do czynienia z pokazaniem, co u Borejków, tak jakbyśmy oglądali reportaż filmowy. Natalia omdlewa od upału, Marek chodzi posępny, bo pokłócony z Idą, Pulpa pichci... Gabriela jak zwykle dba. O świat. I może na tym poprzestańmy, bo nawet to dbanie jest tym razem jakieś takie nieprawdziwe.
 
Oszczędzona nam została obecność cholernej Łusi (nie potrafię już myśleć o tej irytującej panience bez tego epitetu) oraz idioty Bernarda Żeromskiego. Z jednej strony to cudownie, z drugiej nawet pozżymać się nie ma na co ;) Nuda, nuda, płaska, szara nuda.
 
Plusy są, dlaczego nie. Przede wszystkim, co rzuca się w oczy z siłą ataku nosorożca ;), wygląda na to, że MM po żenadzie z McDusią, wzięła sobie do serca część krytyki. A może nie tyle ona, co osoby z jej kręgu, które, jak mi się zdaje, znalazły odpowiednie słowa, by trafić do przekonania upartej jak muł autorki. Na przykład - MM zaczęła pisać o zwierzętach. Jej opisy konia, kota i psów są nie tylko poczynione z sympatią, ale widać też, że postarała się rzeczywiście je poobserwować, poznać ich świat i zachowanie. Uwaga: nie ma ani słowa o tym, że Gabriela jest dzielna!!! Ani razu!!! Zanotowano za to nadużycie słów "krzepiąco" oraz "impetycznie", ale tego się nie czepiam, każdy z nas ma jakieś swoje słówka, których nadużywa, po prostu - ja na przykład nadużywam zwrotów "na przykład" i "po prostu . (O Boru, chciałam być dowcipna, ale zdecydowanie mi nie wyszło.) Jeszcze coś, co teoretycznie jest plusem, ale w praktyce wzbudza lekkie zażenowanie - próba, bardzo niezręczna, przekonania czytelników, że Józef Pałys nie jest chamem i troglodytą, za jakiego uznało go, całkowicie wbrew intencjom autorki, sporo osób po "McDusi". Bardzo ładnie ujęła to moja koleżanka Emae: "(...) przy jednym z pierwszych opisów Józinka, tam jest coś takiego 'emanowała z niego siła, ale nie agresywna! nie!'  Miałam odczucie, jakby tam autorka stała obok niego i gorączkowo zaprzeczała, machając głową i rękami, że nie agresywna, nie." A Królowa Matka dokłada: "Ja za każdym razem (był tego trochę) jak pani MM podkreślała, jaka to dobra siła jest, uczciwa siła, męska siła, nie agresywna siła to się tylko ironicznie uśmiechałam (...) I ta próba gwałtu w charakterze polemiki z tymi, co mówili o przemocy: 'O, to jest przemoc! Widzicie? To jest zła, zła przemoc wykonana przez osobnika bez czółka, a jak ktoś dyscyplinuje dziewczynę, co nie jest damą, to nie jest przemoc tylko rycerskość, o!'."
 
(Próba gwałtu to w ogóle rozśmieszyła mnie strasznie, bo jest tak opisana, żeby młodociany target przypadkiem sobie nie pomyślał, że to o próbę gwałtu chodzi; rzucanie ze złością pecynami błota w niedoszłą chędożoną po tym, jak się wymknęła, no ludzie, błagam. Już nie mówię o tym, że Józef Pałys w charakterze rycerza przybywającego, by wyratować niewiastę z opresji, uruchomił mi natychmiast wyjący opkoradar.)
 
Do plusów można też śmiało zaliczyć perełki językowe, takie jak wspomniane wyżej gęsi, kot jako "demoniczny ssak", czy uroczo ujęty opis konia jedzącego jabłka: "Coś jadło na dworze: powolne, soczyste, solenne chrupanie obudziło Idę" - śliczne :) Tak jakby dawna Musierowicz wyjrzała zza firanki :)
 
Minusy zasadniczo widzę dwa. Dwa duże, bo na temat rozmaitych pomniejszych po prostu nawet nie chce mi się pisać, tak letnie we mnie ta książka wzbudziła emocje! Są, to są, boh z nimi - na przykład Marek Pałys, mierzący metr sześćdziesiąt osiem, tu jest nagle opisywany jako wysoki. Po prostu, Musierowicz jak zwykle zapomniała, co napisała, i nagina sobie postać do tego, jak jej pasuje. Wzruszenie ramionami tylko, kiedyś bym się złościła na niedoróbki.
 
Pierwszy duży minus to fatalnie ujęta postać Jędrka Rojka - w zasadzie to, co jest o nim napisane, może się podobać. Jędrkowi poświęcono sporo miejsca, w kilku miejscach długo patrzymy na świat jego oczami, "słuchamy" jego przemyśleń, itp., itd. I wychodzi nam całkiem sympatyczna postać mądrego, wrażliwego chłopczyka, dopóki nagle nie trafia nam do głowy myśl, że ten Jędruś Rojek to ma, proszę państwa, jedenaście lat. Jedenaście. A to jego postrzeganie świata, jego przemyślenia i opinie oraz zachowanie to charakterystyczne dla mniej więcej siedmiolatka są.
 
Jędrek na przykład "ostrożnie wdrapuje się dziadkowi na kolanko". WTF?! Jędrek zadziwia się w myślach: "tata znał ciocię Pulpę, kiedy była malutka, niesamowite!" Jędrek prosi: "Wujciu, a kupisz mi loda?" Jędrek widzi, że babcia "czyta książkę z napisem Ionesco". No na litość boską, toż chyba już nawet sześciolatek tak nie powie... Czyta książkę z napisem Ionesco?!
 
A w dodatku śmieszy mnie strasznie to, że ten zinfantylizowany Jędrek był w "Języku Trolli" skrzywiony w drugą stronę, mianowicie mając półtora roku odnosił sam naczynia do zmywarki i mówił "poprosiłbym był o kapustę", żeby zrobić przyjemność dziadkowi. To kompletne nierozeznanie MM w rozwoju dzieci potwornie mnie denerwuje, bo już nawet nie w tym rzecz, że sama odchowała czworo dzieci, że ma wnuki, ale matko, czy to tak trudno pokazać tego Jędrka komuś, kto ma w domu malutkie dziecko/jedenastolatka?...
 
Co do Jędrka, to jeszcze jest jedna smutna rzecz, mianowicie w rozmowie z babcią wychodzi na jaw, że jest prześladowany w szkole. (Zresztą też, w jaki sposób on to mówi! Znowu jak małe dziecko: "Wyśmiewają się z... z chłopca, że jest rudy. Ale tak naprawdę nie z tego, że jest rudy, bo on nie jest taki bardzo rudy. Wyśmiewają się z niego, bo on nie chce być z nimi i robić to, co oni".) I w odpowiedzi zostaje poczęstowany wykładem, że czasami lepiej jest być samotnym rycerzem, niż iść z tłumem, że nie można bać się być samotnikiem. I to samo powiedział tatuś. Brakuje mi tu, jednakowoż, jakiejś informacji o tym, że poza wzniosłym kłapaniem wąsatą gębą, tatuś na przykład rozmawiał z wychowawcą, że prześladują mu syna. Albo coś równie przyziemnego.
 
No i na koniec, duża irytacja numer dwa - kolejna złota nić oraz ekspresowe zaręczyny. Powiem tak, bardzo grzecznie i miło. Już w Sprężynie złota nić i turboromans Laury i Adama był ździebko naciągany. Ale dobra, przyjmijmy, że ich trafił coup de foudre, a potem, kiedy już się bliżej poznali, mieli to wielkie szczęście, że pasowali do siebie. Natomiast we "Wnuczce", i tu jestem bardzo grzeczna i miła, pani Musierowicz peron odjechał z wielkim wizgiem. Bo oto Dorota i Józef wpadają w oploty złotej nici (choć to określenie akurat nie pada, niech będzie, że złotej sieci uczucia, a co, ja też tak umiem). Przez tydzień mniej więcej natykają się na siebie, nie mogąc nawet wskutek złośliwości losu, nawet jednego słowa ze sobą zamienić - tylko spojrzenia, a potem po jednym liściku. Ona nie wie, że to jest syn Idy, on nie ma pojęcia, że to u tej cudownej dziewczyny chwilowo przebywa jego matka ("ale to już było, ale to już było...."), no nic, zero, nul. Cały czas tylko spojrzenia z dala i przeczucie, że oto dzieje się Coś Ważnego. Po czym, kiedy wreszcie los styka ich ze sobą, Józef wraz z pierwszymi wypowiedzianymi do niej słowami (nie licząc powitalnego "hej"), wkłada jej na palec pierścionek!!!
 
A ona, w odpowiedzi, zawiązuje mu na palcu zieloną łodyżkę. Bo "to jest naprawdę".
 
Gdyby przy tym ich spotkaniu, opisanym zresztą całkiem ładnie, choć też dość filmowo-opkowo: stoją naprzeciwko, patrzą na siebie, pada deszcz, są cali mokrzy, gdyby oni wtedy wzięli się za ręce, objęli, przytulili, pocałowali nawet, to byłoby całkiem fajne zakończenie. W końcu się znaleźli i teraz będą razem.
 
Ale nie, od razu muszą być zaręczyny. Bo "to jest naprawdę".
 
Nie będę już pisała o niezręcznościach i potknięciach językowych, o ewidentnym braku researchu tu i tam, o mędzonych żalach pani MM na świat cały, bo jak mówiłam, nie wzbudziła we mnie ta książka żadnych wielkich uczuć i emocji, niech se tam. Natomiast na koniec: nie jest dla mnie żadnym argumentem, że jest nieźle (albo wręcz dobrze), bo czytało się o niebo lepiej niż "McDusię". "McDusia" była takim dnem i żenadą, że nie jest sztuką napisać coś od niej lepszego. 

sobota, 8 listopada 2014

Remember, remember, the fifth of November

Mimo że nie jestem w ogóle zainteresowana tzw. życiem gwiazd, zawsze pokpiwałam sobie sarkastycznie z ich medialnego statusu - mianowicie z tego, jak skarżą się na swoje relacje z mediami, a jednocześnie, delikatnie mówiąc, lubią się dzielić ze światem wszystkim, co się im przydarza. Ogólnie - gardzę tą obłudą.

Dzisiaj bardzo się cieszę, że życie nie tylko pokazało, że miałam rację, ale w dodatku pokazało to na przykładzie mojego Najulubieńca :)

Kilka dni temu (i żeby było zabawniej, w środę) odwiedzane przeze mnie rejony Internetu eskplodowały, z tej przyczyny:


I była to informacja, która z kilku względów ogromnie mnie ucieszyła :) Między innymi, bo "ha! Czułam, wiedziałam!" :)

O tym, że w życiu Benedicta pojawiła się jakaś tajemnicza dama, mówiło się od mniej więcej roku, aczkolwiek bez żadnych konkretnych informacji. Ktoś jest - i tyle. Benedict starannie dba o swoją prywatność, w zasadzie prawie nigdy nie mówi o czymś więcej niż o pracy, jeśli już, to o rodzicach, i to wszystko; wiadomo więc było, że i tak nic więcej nie powie ;) Kilka miesięcy temu wypłynęły konkretniejsze dane - Sophie Hunter, reżyserka i aktorka, byli razem widziani na turnieju Roland Garros.

I właściwie na tej informacji stanęło. Oczywiście domyślam się, że gdybym kopała w głąb internetów, to może - może - znalazłabym coś więcej, ale kopać ani mi się nie chciało, ani nie miałam na to czasu.

(Ja w ogóle, dodajmy to, nie jestem jakoś strasznie, okropnie zainteresowana życiem prywatnym Benedicta. Ot, prosta sprawa - ponieważ tak bardzo, strasznie go lubię, mam fioła na jego punkcie, to zwyczajnie po ludzku zależy mi na tym, żeby dobrze mu się wiodło. Żeby był szczęśliwy. Nie łażę po sieci w poszukiwaniu prywatnych newsów na jego temat, ale kiedy jakieś jednak mi się trafiają, to jestem zadowolona, że ten pracoholik ma w ogóle jakieś życie prywatne, spotyka się z ludźmi, a nie tylko lata z planu na plan.)

W zasadzie dopiero kilka tygodni temu zaczęły wyłazić jakieś sugestie :) Ot, tutaj Benedict pytany, co robi w czasie wolnym, odpowiada: "It's private and I enjoy it", tam zapytany o swój ideał kobiety mówi: "a woman who can make you feel smart with her conversation skills", "a woman who knows that she doesn't have to get all decked out to look good is sexy. I believe sense of humour is important. I also think someone who is good at working with others is sexy" oraz "The future: I can imagine I’ll look back at this point in my life and think, ‘Wow that was really extraordinary’. I hope I’ve got other people to look back with me at that point. I hope I’m surrounded by family". Wiedząc, że coś tam jest na rzeczy, unosiłam tylko brwi z uśmiechem i czekałam, co z tego wyniknie :)

No i wynikło :)

Przede wszystkim, poza tym, że oboje wspaniale utrzymali swój związek z dala od mediów, jestem zachwycona sposobem ogłoszenia tych zaręczyn. Kronika towarzyska w Timesie!!! O rany!!! To było genialne zagranie :) Pominąwszy uroczą staroświeckość, dla mnie to był jasny przekaz: "Nie ogłaszamy zaręczyn aktora,  ustami jego lub jego rzecznika, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Informujemy o zaręczynach osoby prywatnej. Jesteśmy prywatni i nie chcemy zakłóceń tej prywatności. Niniejszym ucinamy także wszystkie plotki i spekulacje na ten temat."

A najbardziej rozśmieszył mnie fakt, że The Times dowiedział się o tym, kto na jego łamach ogłosił swoje zaręczyny, z... internetu :D Czy to nie jest przepiękny paradoks medialny?

Podsumowując, okazuje się, że jak najbardziej da się utrzymać swoją prywatność z dala od mediów, jeżeli naprawdę tego się chce. Że to rzewne brzdękolenie "aaach, te brzydkie media nie szanują naszej prywatności!!!" to tylko ściema, bo jeśli _naprawdę_ się chce, to można. Tylko właśnie, trzeba chcieć. Na przykład, jak w tym przypadku - nie pojawić się z ukochanym na czerwonym dywanie bardzo prestiżowej imprezy. Albo co prawda być z nim na ślubie przyjaciela z lat szkolnych, ale zadbać o to, by nie pojawić się na żadnym oficjalnym zdjęciu, przeznaczonym do publikacji. To się nazywa klasa :)

Na koniec, dwa słowa o reakcjach internetowych - te, które widziałam, mniej więcej równały się z moimi i Madziora, czyli "siedzę i gęba mi się cieszy od ucha do ucha!" Najpierw jednak, screen moich sms-ów z Paulinką, która od pierwszej chwili znielubiła Sophie (spokojnie, chyba też bym znielubiła, jakby ktoś wyrwał mnie z popołudniowej  wakacyjnej drzemki wrzeszcząc: "zoba, dziewczyna Benedicta!!!"):
Co do reakcji internetowych - to oczywiście brukowce poszły w kierunku tych:

There was denial (‘Nooo!’), anger (‘I hate him now’), bargaining (‘Does he secretly still love me?’), depression (‘I have no tears left to shed’) and a kind of acceptance (‘Let us now grief-eat in an orderly fashion’). They were mourning a man whom they had never met but with whom they had somehow convinced themselves they had a shot. Then he went and got engaged to someone who wasn’t them, just like that snake George Clooney did.

Ale - i teraz będzie absolutnie serio: zakończę ten wpis wypowiedzią fanki z tumblra, która najlepiej moim zdaniem reprezentuje te nas wszystkie, które zwyczajnie życzą Benedictowi najlepiej na świecie. Moim zdaniem nic dodać, nic ująć.

(...) the media would love you to think, that the Cumberbitchs’ hearts have snapped in two. That the sales of chocolate, tissues and wine are about to hit the roof around the globe and that your local charity shop is about to be inundated with Sherlock DVD’s.

That’s certainly not how we roll.

A running theme in the media’s eyes has always been about who he’s dating. Benedict being Tatler’s most eligible bachelor in 2012 was bound to generate some interest and the adoration for him has grown as much as he has.

That adoration did not stop this morning. Benedict’s fans are not what most people think. We aren’t all teeny boppers who want to marry our idol.

From what I’ve seen there are a lot of excited fans out there who are grinning from ear to ear and tweeting about how happy they are for him. The vast majority genuinely care that he’s happy and sometimes that is a hard concept to grasp.

A fan has even made a cupcake with an edible Benedict and Sophie figure on top of it, within the hour of finding out. There are pairing names flying around and there has been talk of donating money to a charity of their choice to celebrate their engagement.

It’s all harmless light-hearted fun and I’ve no doubt that’s how Benedict would want it to be.

His fans aren’t heartless monsters who believe that if they can’t have him, then no one can.

Sophie is in the industry herself and has known him for years – that’s perfect.

Fans, if our opinions mean anything at all, will live happier lives knowing that our Benedict has found someone he wants to spend the rest of his life with. Someone who will love, cherish and support him. And is that unusual and hard for most people to believe? Well, I don’t see why.

I hope fans don’t mind if I speak on behalf of us all and say that we are absolutely thrilled for him and wish him and Sophie all the happiness and success.

Who wants Benedict Cumberbatch, who brings so much happiness to millions of people, to not have anyone to take with him on this adventure? Who wants Benedict Cumberbatch to go home to an empty house at night?

Not us.
 

piątek, 7 listopada 2014

Koniec z Poluckami!

O głupogazetkach pisałam jakiś czas temu tutaj.

Jakieś dwa miesiące temu przestałam je nabywać, bo rzadko zaglądałam do marketu, w którym je zazwyczaj kupowałam. Niespecjalnie odczuwałam ich brak :-P Raz i drugi kupiłam pojedynczy egzemplarz na podróż pociągiem. Odstawienie zrobiło swoje - z pobłażliwego rozbawienia z czytanych głupot przeszłam w stan irytacji. No ludzie, to już przestał być zabawny, acz głupi odmóżdżacz.
Wczoraj natomiast stwierdziłam z całą mocą, że oto przeczytałam ostatnią w swym życiu głupogazetkę. Może kupię jeszcze, znów, jakąś na długą podróż, ale z regularnym kupowaniem i odmóżdżaniem za ich pomocą zrywam nieodwołalnie.
Z powodu tego fragmentu:


Jak najbardziej zgadzam się, że ktoś może nie wiedzieć, co to jest Facebook czy fejsbuk, ani nie rozumieć, co znaczy coś "wrzucić na fejsbuka", nawet jeśli bohaterką historyjki jest czterdziestopięciolatka, a nie osiemdziesięciolatka. Serio. Ale robienie bardzo kiepskich, bezsensownych i przede wszystkim bardzo naciąganych żarcików mnie nieco... żenuje.

To tak jak uporczywe wałkowanie przez Musierowicz żenującego obrzydliwego żarciku o Polucku w "Języku Trolli". Podobny poziom i sens.

A o najnowszej powieści Musierowicz, czyli "Wnuczce do orzechów" już niedługo :)

sobota, 4 października 2014

Hotel, Ulica Irenki i najbliższa okolica

Przez to, że podpierdzielili mi aparat, zrobienie tradycyjnych wakacyjnych wpisów nastręcza nieco trudności, trzeba bowiem szukać stosownych fot w Guglu i na Google Street View, który ku mojemu rozczarowaniu nie obejmuje dość istotnego fragmentu naszej lisbońskiej egzystencji (o czym za moment). Paulinka robiła zdjęcia swoim telefonem, i Internet też w nie obfituje, ale co sobie wspomnę mój aparat, ach, jakie zdjęcia tam były, i, ach, gdybym dostała w swoje ręce tego pierdolonego kutafona, tego dwucentymetrowego chujka, który się na to połaszczył!...

No ale OK, trudno. Wracajmy więc do Lisbony. Nasz hotel nazywa się Lavra Guest House i znajduje się w samym centrum Lisbony, jakieś, nie wiem, trzysta metrów od centralnego Praça dos Restauradores. Żyć, nie umierać. Problem tylko w tym, że jest to 300 metrów na mapie. W rzeczywistości jest to trzysta metrów w poziomie i jakieś pięć tysięcy metrów do góry.
Tak to (się) szło.
Ponieważ lot z Wiednia był opóźniony o ponad dwie godziny, przyleciałyśmy późnym wieczorem; na całe szczęście Lisbona ma piękne metro już dochodzące do lotniska, więc dalsza podróż nie zajęła nam dużo czasu. Gorzej było już po wyjściu z metra, ale koniec końców znalazłyśmy nasz hotel, nieco półżywe. Zwłaszcza wciągnięcie walizek na ten Mount Everest to był wyczyn, i bardzo się dziwię, że potem byłyśmy - no dobra, ja byłam - w stanie zejść z powrotem na dół do centrum tylko po to, by stwierdzić, że jednak nie jesteśmy głodne, po czym wrócić znowu na górę do hotelu, zahaczając po drodze o otwarty do północy sklepik i nabyć owoce i piwo. 

Co do samego hotelu, to jest to rzeczywiście, jak sama nazwa wskazuje, "guest house", a  nie "hotel". Jest w ślicznej, starej kamieniczce (sień z łukowym sklepieniem!) naprzeciwko starego kościoła. Pokoje są malutkie - w tym naszym były literalnie dwa łóżka, stolik z lampką nocną, krzesło i stojak z Ikei na ubrania z "szufladkami" z Ikei :) W porównaniu z tym nasz londyński pokój był apartamentem - miał telewizor! ;) Ale serio mówiąc, nam to wystarczało. Było czysto, ciepło, codziennie sprzątane, a łazienka miała wannę :) No i superblisko do miasta.

Przez pierwsze dwa dni chodziłyśmy z i do hotelu tak zwaną Brzydką Górką. Wyglądała ona bardzo niezachęcająco - dalej było już OK, ale ten kawałek był zwyczajnie brudny, zdewastowany i pełen szemranych ciemnoskórych typów:
 
Tu nawet tak źle nie wygląda, ale na żywo, zwłaszcza podczas nocnych powrotów, było mało ciekawie.

Wkrótce jednak odkryłyśmy schody, będące skrótem od hotelu na Ulicę Irenki. Schodziło się nimi bardzo fajnie, gorzej z powrotem...

A to dopiero jakaś 1/4 trasy.

Z drugiej strony hotelu, pięć minut drogi, znajdował się Elevador da Lavra, czyli jedna ze słynnych lisbońskich "wind"-wagoników (nie mylić z normalnymi tramwajami):
Ten Elevador, w odróżnieniu od np. Elevador da Gloria, z reguły jeździł raczej pustawy. Ale i tak fajniej chodziło się pieszo. Zwłaszcza na dół...

O lisbońskim transporcie będzie osobna notka, a teraz wróćmy do Ulicy Irenki :)

Ulica Irenki oczywiście nie nazywa się Ulica Irenki, tylko Rua Das Portas de Santo Antao, znajduje się "na dole" i jest typowym deptakiem restauracyjnym, zapchanym knajpami i pełnym knajpowych naganiaczy. Ponieważ miałyśmy blisko, chodziłyśmy tam co wieczór na kolację. Trafiłyśmy tam już owej pierwszej nocy po przylocie, kiedy kompletnie padnięte postanowiłyśmy wykorzystać telepiącą nami adrenalinę i nie iść spać, tylko jeszcze się przejść. Przy restauracjach, jak wiadomo, wystawiane jest menu, zazwyczaj ze zdjęciami. No i podczas naszej pierwszej, nocnej wędrówki ową ulicą, jeszcze dla nas bezimienną, Paulinka stwierdziła z przerażeniem w głosie, że w tej knajpie to serwują świnki morskie!!! Że tam było zdjęcie talerza z pieczenią, i to była świnka morska, na sto procent!!! Nie kwestionowałam tego, bo niby dlaczego, kulinarne zwyczaje bywają różne, skoro jada się króliki, to dlaczego nie mniejsze gryzonie (chociaż ja bym do pyska nie wzięła, ja nawet królika nie dam rady). Paulinka obiecała, że następnego dnia pokaże mi tę knajpę i to zdjęcie, i poszłyśmy dalej.

Zdjęcia nigdy nie znalazłyśmy, knajp tam skolko ugodno, ale wizja świnki morskiej ugruntowała się w nas na mur beton, no a skoro świnka morska, to nic tylko przecudowna Irenka Zwierza Popkulturalnego (którą niniejszym pozdrawiamy). I tak ów knajpiany deptak aż do końca naszego pobytu został Ulicą Irenki, a pokazane wyżej schody prowadzące na tę ulicę właśnie - Schodami Irenki :)

Tak właśnie wygląda Ulica Irenki, której nie ma na Google Street View i to jest oburzające!!!

wtorek, 23 września 2014

Dziesięć przydatnych wskazówek dla wybierających się do Lisbony

1. Przy pakowaniu się odłóż z powrotem na półkę 1/3 ilości każdej z zapakowanych rzeczy - to, co zabierzesz, i tak starczy w nadmiarze.
 
2. Chodząc po mieście trzymaj plecak blisko przy sobie nawet na zupełnie pustej ulicy...
 
3. ... oraz nie tylko pieniądze i dokumenty trzymaj w różnych miejscach, dotyczy to także innych rzeczy - albo nagle ujrzysz się, jak pisząca te słowa, skrojony z telefonów i aparatu fotograficznego (kupionego miesiąc wcześniej).
 
4. W restauracji, jeśli podają ci pod nos czekadełko, stanowczo podziękuj, bo doliczają za to spore pieniądze - i nie, nie jest to oczywistość, bo w kilku knajpach dostałyśmy przegryzkę za free, a w innej nam policzyli. 7,50 euro za talerzyk krewetek, których ja w ogóle nie skosztowałam, a Paulina zjadła może trzy.
 
5. Nie śpiesz się, nawet jeśli masz mało czasu, a dużo rzeczy na liście do obejrzenia. Jesteś na wakacjach. Dzięki temu, nawet jeżeli twój tramwaj linii 28 na prawie pół godziny utknie na jezdni, bo przed nim niespiesznie pracują panowie wciągający auto na lawetę, potraktujesz to z humorem i będziesz mógł/mogła razem z innymi uchachanymi pasażerami kierować ruchem samochodowym (to znaczy pokazywać autom stojącym za tramwajem, czy mogą bezpiecznie wyprzedzać, czy też nie :) )
 
6. Ustal sobie limit wyciągnięć z bankomatu, o ile wyciągasz na obczyźnie, albo przynajmniej zapisuj dzienne wydatki, bo po powrocie do domu możesz mieć słuszne opory przed sprawdzeniem stanu konta ;)
 
7. Załóż z zimną krwią, że będą mówić do ciebie po portugalsku, bo tam nikt się nie przejmuje, jeśli nie zna angielskiego (najczęściej rozumie, ale nie mówi). Nagle okazać się może, że mimo, iż TY nie znasz portugalskiego, doskonale wiesz, o co im chodzi. Uśmiech przy rozmowie na migi też się bardzo przydaje.
 
8. Bardzo stara kostka brukowa na chodnikach podczas deszczu jest bardzo śliska. Bardzo. Idź jezdnią. O ile nie jesteś na środku Avenida de Libertade, kierowca nawet na ciebie nie zatrąbi, tylko cierpliwie poczeka, aż go zauważysz. Odwrotnie - stojący w małym korku kierowca często naciska klakson, tylko dlatego, żeby coś robić.
 
9. We wrześniu w Lisbonie pada niemal codziennie, po kilka minut w kilkugodzinnych odstępach. Czasami nawet z pozornie bezchmurnego nieba.
 
10. Najfajniejszym portugalskim jedzeniem jest bacalhau, czyli dorsz. Portugalczycy znają 365 potraw z dorsza.
 
A już na dniach na blogasku reportażyki z wakacji w Lizbą - pisane tematycznie, nie chronologicznie. Stay tuned! :)
 

wtorek, 9 września 2014

Przeżyłam!

Nie do wiary, ale jednak przeżyłam ostatnie pięć zwariowanych tygodni, podczas których w domu byłam rzadkim gościem, a wrzucaniu notek na bloga nie było nawet mowy. W dodatku w pracy wszystko mam na bieżąco, a nawet bardziej :)
 
No i właśnie rozpoczęłam urlop - całe dwa tygodnie!!! Dwaaa! Tygoooodnie!!!! Przede mną trzy dni przyzwyczajania się do tego faktu :-P A w sobotę rano - Okęcie i wiuuuuuu! :)

czwartek, 31 lipca 2014

Bywa i tak

Miało nie być tutaj nic o obrzydlistwach, ale są takie obrzydlistwa, od których nie sposób się odciąć ocznie, usznie i pyszcznie. No bo dotyczą nas samych. A skoro nie można się odciąć, trzeba się z nimi rozprawić.
 
Krótko powiedzieć można: nie było warto - te dwa miesiące wyjęte z życiorysu, to męczenie się z braku własnego życia były zupełnie zbędne. Darujmy sobie wcześniejsze ominięcia w stylu "sanatorium" oraz "posypanie się" - i tak wszyscy wiedzą, albo domyślają się, że moja matka przyjechała do mnie dlatego, że po ponad półtorarocznej "czystej" przerwie po odwyku załamała się nerwowo, zapiła i trzeba było - tak nam się wtedy wydawało - umożliwić jej odpoczynek i czas z dala od tej zwariowanej przeprowadzki, żeby nie musiała się zamartwiać tym wszystkim, co nagle spadło na jej głowę. I OK, pomysł jako taki był dobry. Takie dwumiesięczne wczasy all inclusive.
 
Tyle tylko, że po powrocie ode mnie moja matka niemal natychmiast, pierwsze co zrobiła, to zapiła ponownie. I to z dużym hukiem. Dwa dni po moim wyjeździe z miasta K. W dniu wyjazdu mojego ojca do Poznania po resztę gratów itp.
 
I to była taka kalka tych wszystkich poprzednich razów, że mnie mentalnie zemdliło. Nieodbieranie telefonów przez cały dzień, a następnego dnia wyjaśnianie, że "nie słyszała, jak dzwonił". I chlanie dalej, już na całego, mimo że wiedziała, że jedzie do niej mój kuzyn, który, sam od lat niepijący (a kiedyś na totalnym dnie) już kilka razy spieszył jej z pomocą jako jedyny człowiek, którego ona jeszcze jakoś tam słucha.
 
Zadzwoniła do mnie tylko raz, właśnie tego następnego dnia, z tłumaczeniem, że "nie słyszała". I tutaj nastąpiło jedyne odstępstwo od, ehem, normy - mianowicie jedyne, co powiedziałam, to żeby odpieprzyła się ode mnie z tymi kłamstwami, bo mam już ich dość. I na tym zakończyłam rozmowę. O tym, jak mnie brzydzą i żenują te jej kłamstwa, mówiłam jej zawsze, za każdym razem, tyle że potem jeszcze następował mój dłuższy speech, i tak niesłuchany (nie można słuchać, kiedy się myśli szybko, co tu odpowiedzieć, prawda?). Tym razem podarowałam sobie. Jaki to ma sens.
 
Od tamtej pory panuje cisza na linii, i pewnie jeszcze będzie panować bardzo długo, ale bynajmniej nie dlatego, że jestem obrażona, wściekła, że chcę jej "pokazać" czy co tam jeszcze. Po prostu nagle, po tym kolejnym razie, zdałam sobie sprawę z tego, że ja już zwyczajnie nie mam jej nic do powiedzenia. Wszystko zostało powiedziane, po wielokroć, poprzednimi razami, w ciągu ostatnich plus minus dziesięciu-dwunastu lat. Ostatni raz w maju. Teraz nie ma już o czym rozmawiać.
 
Byłam jednakże ciekawa, naturalnie, co dalej - i tak mi się wydawało, że jeśli matka poinformuje, że zdecydowała się wrócić na leczenie, będzie miała moje wsparcie. Może nic poza tym, żadnych zapewnień o miłości, o zrozumieniu, ale wsparcie za fakt podjęcia decyzji, i trzymanie kciuków za pomyślność - będzie miała. Otóż, ojciec wspomniał w rozmowie ze mną parę dni temu, że matka ponoć, namówiona przez kuzyna, już dzwoniła do tamtego ośrodka i że za bodaj dwa tygodnie są gotowi ją przyjąć. I nagle okazało się, że nic mnie to nie obchodzi. Coś na zasadzie "pojedzie, OK, nie pojedzie, jej sprawa". Jak to określiłam w rozmowie z przyjaciółmi - tak jakby coś się we mnie wyłączyło. Nie egzaltowanie "pękło", nie "umarło" - właśnie wyłączyło się, to zainteresowanie jej sprawami, pragnieniem, żeby "było dobrze", żeby była trzeźwa, zadowolona, cieszyła się życiem. Pstryk - i nie ma. Nic.
 
Wiem, również po sobie, że człowiek w życiu mówi po wielokroć "mam dosyć, to był o ten jeden raz za dużo", ale potem jednak jakoś zbiera się, stawia czoło obrzydlistwu i okazuje się, że nadal ma siłę. Ale w końcu rzeczywiście przychodzi ten prawdziwy "jeden raz za dużo". Kiedy już nie ma złości, chęci zadzwonienia/napisania/pójścia i wykrzyczenia tego, co nam na sercu leży, z furią, rozpaczą i nadzieją, że może teraz, tym razem, coś dotrze. Pozostaje obojętność - nawet nie apatia, a gdzież mi tam do apatii! Życie jest piękne, soczyste, ba, od chwili, kiedy ów wyłącznik pstryknął, jakby jeszcze bardziej nasyca się kolorami. Bo ja już nie muszę, bo ja już nie chcę. Bo już mi jest to obojętne. Bo się uwolniłam od - niechcianej - troski za drugą osobę.
 
I tylko tych dwóch miesięcy szkoda, które mogłam spędzić zupełnie inaczej, ciekawiej, pełniej - gdybym tylko wtedy zamiast "jedziesz do mnie i zostajesz aż do wyprowadzki" powiedziała krótko: "dzwoń do swojego terapeuty, powiedz, że spieprzyłaś sprawę i umów się z nim na spotkanie". (co nawiasem mówiąc nie przyszło jej do głowy)
 
Cóż, przy okazji zostałam wyleczona z głupiego altruizmu.
 

wtorek, 22 lipca 2014

Jak Madzior pomógł mi nie zwariować :)

Wszyscy wiedzą, co to jest kalendarz adwentowy :) Trzydzieści małych okienek, które otwieramy przed Gwiazdką codziennie po jednym, a w środku znajduje się jakaś mini niespodzianka. I przy okazji dzięki temu widzimy, że do Gwiazdki coraz bliżej.
 
Nie wiem, jak znosiłabym powoli upływające dni pobytu mamuni u mnie na wycugu, gdyby nie Madzior. Bo Madzior zadbał o to, by mi pomóc, i stworzył dla mnie coś w rodzaju kalendarza adwentowego :)
 
Codziennie rano, przez sześć tygodni, w telefonie odzywał się rano sygnał Vibera - i oto pojawiało się moje adwentowe okienko, czyli informacja: "Madziorus przysłała ci zdjęcie". I już mogłam kliknąć i zobaczyć, co tym razem zawiera "okienko kalendarza".

Pierwsze - było to :)

Następnego dnia - to:

No i jak się łatwo domyślić, dalej poleciało tak samo :) Codziennie rano, tuż po obudzeniu, otwierałam kolejne okienko, na przykład z takim prezentem:
 
Albo z takim:

Albo z takim - moim ulubionym, nawiasem mówiąc, mistrzostwo świata :)


 Chociaż ten także notuję wysoko:

 A w Dzień Zero było to:

Ogółem dostałam czterdzieści dwa takie obrazki, i specjalnie na okazję dzisiejszego wpisu zebrałam je wszystkie razem:
Może trochę krzywo to zrobiłam, ale ja się dopiero Gimpa uczę :)

I wiecie co - ja po prostu nie mam słów. Że się jej chciało. Że tak się starała, żeby mnie w taki sposób wesprzeć i faktycznie nie dość, że odliczać te dni, to jeszcze w tak megazabawny sposób. Oczywiście i dla niej była to fajna zabawa, element fangirlowania, no ale umówmy się, zdecydowanie bardziej pracochłonny niż na przykład zwykłe szerowanie fot na fejsie. Codziennie aż ze skóry wyłaziłam: co tym razem? :) I te zmniejszające się na obrazku liczby. Że owszem, nadal jest "trzydzieści", ale już trzydzieści dwa, nie trzydzieści dziewięć! A już jak zrobiło się jednocyfrowo...
 
(o oczekiwaniu na obrazek z Dnia Zero to już w ogóle nie mówię, zarówno ja, jak i wtajemniczona w zabawę Paulina prawie palce gryzłyśmy z ciekawości, jak też się to zakończy :) )
 
Wiem, że to czytasz, Madzior, więc powiem ci raz jeszcze, że cię po prostu za to uwielbiam :) I specjalnie siedziałam nad tym Gimpem, żeby choć tak się zrewanżować. Żeby wszyscy, ale to absolutnie wszyscy zobaczyli, żebym się mogła pochwalić. Nie tylko obrazkami, ale przede wszystkim tobą :) :) :)
 
 

niedziela, 20 lipca 2014

Back in my life again!

Wróciłam z "weekendu" przeprowadzkowo-kołobrzeskiego. Jezus mario, wykończyłam się. Warszawa-Poznań-Kołobrzeg-Warszawa. Ten ostatni etap, 580 km, przebyłam w osiem!!! godzin. Gdyż albowiem cały naród właśnie jechał nad morze lub znad niego wracał.
 
Dom w Kolbergu ładny, rzeka zaraz za płotem, do morza dwadzieścia minut spokojnego marszu. Mamunia chwilowo podekscytowana nowością, i bardzo chciałabym, żeby jej tak zostało.
 
Frontowa elewacja jest dość niewyględna...

Za to tylna bardzo sympatyczna IMO.

Na wprost wyjścia tylną klatką schodową

I kawalątek dalej :)
 
O tym, co pozwoliło mi przetrwać te dwa miesiące i nie zwariować - już wkrótce.

niedziela, 6 lipca 2014

Gruby nietakt

Za mną wspaniały weekend u Madziora, bardzo mi to było potrzebne. Och, jak dobrze, że są przyjaciele, którzy po prostu mówią: "Dzidu, przyjedź do nas na weekend i się zresetuj", chwała Boru. No to pojechałam i się zresetowałam, świeże powietrze, spacer i jak zwykle - widoczki!!! :) Oraz, ale o tym chyba nie muszę specjalnie - Madzior z Rodzinką :)
 
No ale kiedy jest Madzior, to wiadomo, że prędzej czy później rozmowa zejdzie na Benedicta - czasami dosłownie trzy zdania, czasami godzina, czasem przez cały dzień po trochu, no różnie to bywa, ale zawsze :) W ogóle tym razem nawet udało nam się znaleźć czas na uroczą godzinę czystego fangirlingu przy oglądaniu pilota Sherlocka (dobrze, że zmieniono wystrój mieszkania, ale - tylko dżinsów, tylko dżinsów, tylko dżinsów tylko dżinsów żal!).
 
W każdym razie wczoraj wieczorem siedziałyśmy sobie i zaczęłyśmy gadać. Standardowa fangadka. Czasem schodziła na coś innego, potem znowu powrót, trochę dyskusji nad jakąś konkretną rolą, trochę po prostu achania i ochania, no, normalka. Mar, szanowny Małżonek, siedział z nami, słuchał, trochę złośliwie dogadywał. W pewnym momencie rzucił, że "wy tak ciągle o nim":
 
- Magda to nawet chyba nie wie, ale pooglądałem sobie to i owo na YouTube. W końcu muszę wiedzieć, z kim konkuruję, prawda? Rzeczywiście - aktorem jest doskonałym, czapki z głów, nie ma dwóch zdań. Ale ja się tak zastanawiam, poza tym, że jest świetny, to co wy w nim widzicie? Wiesz, Dzidu - staję tak sobie przed lustrem i patrzę. Taki ostatni nie jestem. Też jestem wysoki. Jak mi się zdaje, mam jak on dość sympatyczną, choć też niepiękną, twarz. Też mam dużo włosów na głowie. I też mam niezłą sylwetkę, i też nie mam brzuszka. No więc powiedzcie mi, dziewczyny - co on ma takiego, czego ja nie mam?
 
(w tym momencie niemal udusiłam się wewnętrznie z radości - a zatem to słynne zdanie pada również w rzeczywistości, nie tylko w książkach?)
 
Wymiana zdań, zaczynająca się od "trudno to wyjaśnić"/"zabrzmi może protekcjonalnie, ale naprawdę, ty tego nie zrozumiesz", itd., itp. Oraz ogólnie o mężczyznach, tych znanych, tych nieznanych...
 
W każdym razie, po jakimś czasie trwania tej dyskusji Mar wychylił się z kuchni i spytał z głęboką zadumą:
 
- Więc właściwie to powiedz mi, żono moja, dlaczego za mnie wyszłaś?!
 
Zanim Madzior zdążył otworzyć usta, wypaliłam bez namysłu:
 
- Bo jego jeszcze wtedy nie znała...


sobota, 28 czerwca 2014

Frywolnie

Tak tylko dla porządku - ślubny prezent frywolitkowy dla koleżanki został dzisiaj skończony i wygląda tak:

środa, 25 czerwca 2014

Hotel Młyn

Zazwyczaj jeżdżąc do tego samego miasta za każdym razem wybieram inny hotel, ot tak z ciekawości. W Elblągu jednak, do którego po raz pierwszy zawitałam w grudniu ubiegłego roku, zatrzymuję się zawsze w tym samym.
 
Myślę, że te zdjęcia wyjasniają, dlaczego.
 










 

wtorek, 17 czerwca 2014

Rrrrany!

Tyle fajnych książek mam w garści, tyle filmów oglądam na kompie, tyle ciekawych rzeczy się dzieje, nie ma tylko jednego: chęci, żeby trochę o tym popisać!

Tłukę frywolitki oczywiście, głównie podczas tych seansów kompofilmowych; teraz robię Serwetę Transoceaniczną na przemian z Prezencikiem Ślubnym dla koleżanki. Koleżankę znam mało, jest nowa, ledwo parę razy ze sobą rozmawiałyśmy, tym większe było moje zaskoczenie, gdy zaprosiła mnie na swój ślub! Musiała mnie polubić, albo pomylić się w liście mailingowej ;) 

W kwestii filmowej to wspomnę krótko jedynie, że Grand Budapest Hotel okazał się dokładnie tak dobry, jak wszyscy wokół mówili - przy czym oczywiście mam na myśli znajomych i przyjaciół, a nie znających się na rzeczy krytyków, tych bowiem na wszelki wypadek nie czytuję i nie słucham od dawna. No - poza Zwierzem, ale to insza inszość przecież. 

Natomiast wyjątkowo spodobało mi się "Only Lovers Left Alive", jakoś angielski tytuł brzmi mi lepiej niż polski. Tilda Swinton i Tom Hiddleston to świetne połączenie, zwłaszcza kolorystyczne :) 


I tak, w tym filmie Tom Hiddleston wreszcie jest ładny ;) A nawet piękny, z tą czarną grzywą. Oboje wyglądają super i przysięgam na kolanach, że dopiero Madzior zwrócił mi uwagę, że ona spokojnie mogłaby być jego matką!!! Sama w życiu na to nie wpadłam!!!

Czyli ponownie, aktorzy plus idealnie odpowiadający mi dowcip, to jest to :) A ja przecież nie lubię za bardzo ani Jarmuscha, ani produkcji o wampirach :)  No ale wiadomo.

(Oraz muzyka!)

No i, obserwuję sobie to, co od przedwczoraj tłuką bezustannie i w najdrobniejszych szczegółach media, i duszę się od śmiechu, bo naprawdę: co za popierdoleństwo, tak się onanizować, ekscytować, rozstrząsać, wrzucać w serwisach informacyjnych jako pierwsze nowe wiadomości tak ważne jak "w sprawie wypowiedział się przed chwilą znany specjalista X" albo "już wiadomo, jaki będzie następne oświadczenie pana Y". Mała i tak naprawdę zupełnie nieistotna aferka, z której robi się bógwico, dramat, trzęsienie ziemi i trzecią wojnę światową. Tak, śmieję się z tego, śmieję, ŚMIEJĘ do rozpuku, a śmiałabym się nawet bardziej, gdyby nie to, że już nie pamięta się o naprawdę strasznej, ponurej i obrzydliwej sprawie, która jeszcze tydzień temu doprowadzała do furii i szaleństwa każdego naprawdę przyzwoitego człowieka... Atrakcyjny, podniecający smród nowej padliny przytłumił woń starej, więc odsuwamy ją na półeczkę spraw już niepotrzebnych.

Stop, Dzidu, wszak obiecałaś sobie nie pisać o prawdziwych skurwysyństwach ani o skurwysynach, pozostań przy marzeniach o napluciu im między oczy...

A tak w ogóle dzisiaj na jednym frywolitkowym forum natknęłam się na wpis, który mnie rozczulił, bo ja, mimo absolutnej pasji i zajoba na tle plątaninek na cos podobnego jednak bym nie wpadła:

Od ponad roku frywolitkuję, ale chyba nadal się uczę i wszystkiego nie wiem. Pamiętam jak na początku czółenka wypadały mi z rąk. A dopiero niedawno odważyłam się robić pikotki bez pomocnego kartonika (by były równe). Miałam nawet swego czasu pomysł by w studiu tatuażu zrobić sobie na palcu 3 ciemne kropki - taki miernik na małe i większe pikotki. 

Czapeczkę z głowy. Frywolitkową :)