sobota, 4 października 2014

Hotel, Ulica Irenki i najbliższa okolica

Przez to, że podpierdzielili mi aparat, zrobienie tradycyjnych wakacyjnych wpisów nastręcza nieco trudności, trzeba bowiem szukać stosownych fot w Guglu i na Google Street View, który ku mojemu rozczarowaniu nie obejmuje dość istotnego fragmentu naszej lisbońskiej egzystencji (o czym za moment). Paulinka robiła zdjęcia swoim telefonem, i Internet też w nie obfituje, ale co sobie wspomnę mój aparat, ach, jakie zdjęcia tam były, i, ach, gdybym dostała w swoje ręce tego pierdolonego kutafona, tego dwucentymetrowego chujka, który się na to połaszczył!...

No ale OK, trudno. Wracajmy więc do Lisbony. Nasz hotel nazywa się Lavra Guest House i znajduje się w samym centrum Lisbony, jakieś, nie wiem, trzysta metrów od centralnego Praça dos Restauradores. Żyć, nie umierać. Problem tylko w tym, że jest to 300 metrów na mapie. W rzeczywistości jest to trzysta metrów w poziomie i jakieś pięć tysięcy metrów do góry.
Tak to (się) szło.
Ponieważ lot z Wiednia był opóźniony o ponad dwie godziny, przyleciałyśmy późnym wieczorem; na całe szczęście Lisbona ma piękne metro już dochodzące do lotniska, więc dalsza podróż nie zajęła nam dużo czasu. Gorzej było już po wyjściu z metra, ale koniec końców znalazłyśmy nasz hotel, nieco półżywe. Zwłaszcza wciągnięcie walizek na ten Mount Everest to był wyczyn, i bardzo się dziwię, że potem byłyśmy - no dobra, ja byłam - w stanie zejść z powrotem na dół do centrum tylko po to, by stwierdzić, że jednak nie jesteśmy głodne, po czym wrócić znowu na górę do hotelu, zahaczając po drodze o otwarty do północy sklepik i nabyć owoce i piwo. 

Co do samego hotelu, to jest to rzeczywiście, jak sama nazwa wskazuje, "guest house", a  nie "hotel". Jest w ślicznej, starej kamieniczce (sień z łukowym sklepieniem!) naprzeciwko starego kościoła. Pokoje są malutkie - w tym naszym były literalnie dwa łóżka, stolik z lampką nocną, krzesło i stojak z Ikei na ubrania z "szufladkami" z Ikei :) W porównaniu z tym nasz londyński pokój był apartamentem - miał telewizor! ;) Ale serio mówiąc, nam to wystarczało. Było czysto, ciepło, codziennie sprzątane, a łazienka miała wannę :) No i superblisko do miasta.

Przez pierwsze dwa dni chodziłyśmy z i do hotelu tak zwaną Brzydką Górką. Wyglądała ona bardzo niezachęcająco - dalej było już OK, ale ten kawałek był zwyczajnie brudny, zdewastowany i pełen szemranych ciemnoskórych typów:
 
Tu nawet tak źle nie wygląda, ale na żywo, zwłaszcza podczas nocnych powrotów, było mało ciekawie.

Wkrótce jednak odkryłyśmy schody, będące skrótem od hotelu na Ulicę Irenki. Schodziło się nimi bardzo fajnie, gorzej z powrotem...

A to dopiero jakaś 1/4 trasy.

Z drugiej strony hotelu, pięć minut drogi, znajdował się Elevador da Lavra, czyli jedna ze słynnych lisbońskich "wind"-wagoników (nie mylić z normalnymi tramwajami):
Ten Elevador, w odróżnieniu od np. Elevador da Gloria, z reguły jeździł raczej pustawy. Ale i tak fajniej chodziło się pieszo. Zwłaszcza na dół...

O lisbońskim transporcie będzie osobna notka, a teraz wróćmy do Ulicy Irenki :)

Ulica Irenki oczywiście nie nazywa się Ulica Irenki, tylko Rua Das Portas de Santo Antao, znajduje się "na dole" i jest typowym deptakiem restauracyjnym, zapchanym knajpami i pełnym knajpowych naganiaczy. Ponieważ miałyśmy blisko, chodziłyśmy tam co wieczór na kolację. Trafiłyśmy tam już owej pierwszej nocy po przylocie, kiedy kompletnie padnięte postanowiłyśmy wykorzystać telepiącą nami adrenalinę i nie iść spać, tylko jeszcze się przejść. Przy restauracjach, jak wiadomo, wystawiane jest menu, zazwyczaj ze zdjęciami. No i podczas naszej pierwszej, nocnej wędrówki ową ulicą, jeszcze dla nas bezimienną, Paulinka stwierdziła z przerażeniem w głosie, że w tej knajpie to serwują świnki morskie!!! Że tam było zdjęcie talerza z pieczenią, i to była świnka morska, na sto procent!!! Nie kwestionowałam tego, bo niby dlaczego, kulinarne zwyczaje bywają różne, skoro jada się króliki, to dlaczego nie mniejsze gryzonie (chociaż ja bym do pyska nie wzięła, ja nawet królika nie dam rady). Paulinka obiecała, że następnego dnia pokaże mi tę knajpę i to zdjęcie, i poszłyśmy dalej.

Zdjęcia nigdy nie znalazłyśmy, knajp tam skolko ugodno, ale wizja świnki morskiej ugruntowała się w nas na mur beton, no a skoro świnka morska, to nic tylko przecudowna Irenka Zwierza Popkulturalnego (którą niniejszym pozdrawiamy). I tak ów knajpiany deptak aż do końca naszego pobytu został Ulicą Irenki, a pokazane wyżej schody prowadzące na tę ulicę właśnie - Schodami Irenki :)

Tak właśnie wygląda Ulica Irenki, której nie ma na Google Street View i to jest oburzające!!!

wtorek, 23 września 2014

Dziesięć przydatnych wskazówek dla wybierających się do Lisbony

1. Przy pakowaniu się odłóż z powrotem na półkę 1/3 ilości każdej z zapakowanych rzeczy - to, co zabierzesz, i tak starczy w nadmiarze.
 
2. Chodząc po mieście trzymaj plecak blisko przy sobie nawet na zupełnie pustej ulicy...
 
3. ... oraz nie tylko pieniądze i dokumenty trzymaj w różnych miejscach, dotyczy to także innych rzeczy - albo nagle ujrzysz się, jak pisząca te słowa, skrojony z telefonów i aparatu fotograficznego (kupionego miesiąc wcześniej).
 
4. W restauracji, jeśli podają ci pod nos czekadełko, stanowczo podziękuj, bo doliczają za to spore pieniądze - i nie, nie jest to oczywistość, bo w kilku knajpach dostałyśmy przegryzkę za free, a w innej nam policzyli. 7,50 euro za talerzyk krewetek, których ja w ogóle nie skosztowałam, a Paulina zjadła może trzy.
 
5. Nie śpiesz się, nawet jeśli masz mało czasu, a dużo rzeczy na liście do obejrzenia. Jesteś na wakacjach. Dzięki temu, nawet jeżeli twój tramwaj linii 28 na prawie pół godziny utknie na jezdni, bo przed nim niespiesznie pracują panowie wciągający auto na lawetę, potraktujesz to z humorem i będziesz mógł/mogła razem z innymi uchachanymi pasażerami kierować ruchem samochodowym (to znaczy pokazywać autom stojącym za tramwajem, czy mogą bezpiecznie wyprzedzać, czy też nie :) )
 
6. Ustal sobie limit wyciągnięć z bankomatu, o ile wyciągasz na obczyźnie, albo przynajmniej zapisuj dzienne wydatki, bo po powrocie do domu możesz mieć słuszne opory przed sprawdzeniem stanu konta ;)
 
7. Załóż z zimną krwią, że będą mówić do ciebie po portugalsku, bo tam nikt się nie przejmuje, jeśli nie zna angielskiego (najczęściej rozumie, ale nie mówi). Nagle okazać się może, że mimo, iż TY nie znasz portugalskiego, doskonale wiesz, o co im chodzi. Uśmiech przy rozmowie na migi też się bardzo przydaje.
 
8. Bardzo stara kostka brukowa na chodnikach podczas deszczu jest bardzo śliska. Bardzo. Idź jezdnią. O ile nie jesteś na środku Avenida de Libertade, kierowca nawet na ciebie nie zatrąbi, tylko cierpliwie poczeka, aż go zauważysz. Odwrotnie - stojący w małym korku kierowca często naciska klakson, tylko dlatego, żeby coś robić.
 
9. We wrześniu w Lisbonie pada niemal codziennie, po kilka minut w kilkugodzinnych odstępach. Czasami nawet z pozornie bezchmurnego nieba.
 
10. Najfajniejszym portugalskim jedzeniem jest bacalhau, czyli dorsz. Portugalczycy znają 365 potraw z dorsza.
 
A już na dniach na blogasku reportażyki z wakacji w Lizbą - pisane tematycznie, nie chronologicznie. Stay tuned! :)
 

wtorek, 9 września 2014

Przeżyłam!

Nie do wiary, ale jednak przeżyłam ostatnie pięć zwariowanych tygodni, podczas których w domu byłam rzadkim gościem, a wrzucaniu notek na bloga nie było nawet mowy. W dodatku w pracy wszystko mam na bieżąco, a nawet bardziej :)
 
No i właśnie rozpoczęłam urlop - całe dwa tygodnie!!! Dwaaa! Tygoooodnie!!!! Przede mną trzy dni przyzwyczajania się do tego faktu :-P A w sobotę rano - Okęcie i wiuuuuuu! :)

czwartek, 31 lipca 2014

Bywa i tak

Miało nie być tutaj nic o obrzydlistwach, ale są takie obrzydlistwa, od których nie sposób się odciąć ocznie, usznie i pyszcznie. No bo dotyczą nas samych. A skoro nie można się odciąć, trzeba się z nimi rozprawić.
 
Krótko powiedzieć można: nie było warto - te dwa miesiące wyjęte z życiorysu, to męczenie się z braku własnego życia były zupełnie zbędne. Darujmy sobie wcześniejsze ominięcia w stylu "sanatorium" oraz "posypanie się" - i tak wszyscy wiedzą, albo domyślają się, że moja matka przyjechała do mnie dlatego, że po ponad półtorarocznej "czystej" przerwie po odwyku załamała się nerwowo, zapiła i trzeba było - tak nam się wtedy wydawało - umożliwić jej odpoczynek i czas z dala od tej zwariowanej przeprowadzki, żeby nie musiała się zamartwiać tym wszystkim, co nagle spadło na jej głowę. I OK, pomysł jako taki był dobry. Takie dwumiesięczne wczasy all inclusive.
 
Tyle tylko, że po powrocie ode mnie moja matka niemal natychmiast, pierwsze co zrobiła, to zapiła ponownie. I to z dużym hukiem. Dwa dni po moim wyjeździe z miasta K. W dniu wyjazdu mojego ojca do Poznania po resztę gratów itp.
 
I to była taka kalka tych wszystkich poprzednich razów, że mnie mentalnie zemdliło. Nieodbieranie telefonów przez cały dzień, a następnego dnia wyjaśnianie, że "nie słyszała, jak dzwonił". I chlanie dalej, już na całego, mimo że wiedziała, że jedzie do niej mój kuzyn, który, sam od lat niepijący (a kiedyś na totalnym dnie) już kilka razy spieszył jej z pomocą jako jedyny człowiek, którego ona jeszcze jakoś tam słucha.
 
Zadzwoniła do mnie tylko raz, właśnie tego następnego dnia, z tłumaczeniem, że "nie słyszała". I tutaj nastąpiło jedyne odstępstwo od, ehem, normy - mianowicie jedyne, co powiedziałam, to żeby odpieprzyła się ode mnie z tymi kłamstwami, bo mam już ich dość. I na tym zakończyłam rozmowę. O tym, jak mnie brzydzą i żenują te jej kłamstwa, mówiłam jej zawsze, za każdym razem, tyle że potem jeszcze następował mój dłuższy speech, i tak niesłuchany (nie można słuchać, kiedy się myśli szybko, co tu odpowiedzieć, prawda?). Tym razem podarowałam sobie. Jaki to ma sens.
 
Od tamtej pory panuje cisza na linii, i pewnie jeszcze będzie panować bardzo długo, ale bynajmniej nie dlatego, że jestem obrażona, wściekła, że chcę jej "pokazać" czy co tam jeszcze. Po prostu nagle, po tym kolejnym razie, zdałam sobie sprawę z tego, że ja już zwyczajnie nie mam jej nic do powiedzenia. Wszystko zostało powiedziane, po wielokroć, poprzednimi razami, w ciągu ostatnich plus minus dziesięciu-dwunastu lat. Ostatni raz w maju. Teraz nie ma już o czym rozmawiać.
 
Byłam jednakże ciekawa, naturalnie, co dalej - i tak mi się wydawało, że jeśli matka poinformuje, że zdecydowała się wrócić na leczenie, będzie miała moje wsparcie. Może nic poza tym, żadnych zapewnień o miłości, o zrozumieniu, ale wsparcie za fakt podjęcia decyzji, i trzymanie kciuków za pomyślność - będzie miała. Otóż, ojciec wspomniał w rozmowie ze mną parę dni temu, że matka ponoć, namówiona przez kuzyna, już dzwoniła do tamtego ośrodka i że za bodaj dwa tygodnie są gotowi ją przyjąć. I nagle okazało się, że nic mnie to nie obchodzi. Coś na zasadzie "pojedzie, OK, nie pojedzie, jej sprawa". Jak to określiłam w rozmowie z przyjaciółmi - tak jakby coś się we mnie wyłączyło. Nie egzaltowanie "pękło", nie "umarło" - właśnie wyłączyło się, to zainteresowanie jej sprawami, pragnieniem, żeby "było dobrze", żeby była trzeźwa, zadowolona, cieszyła się życiem. Pstryk - i nie ma. Nic.
 
Wiem, również po sobie, że człowiek w życiu mówi po wielokroć "mam dosyć, to był o ten jeden raz za dużo", ale potem jednak jakoś zbiera się, stawia czoło obrzydlistwu i okazuje się, że nadal ma siłę. Ale w końcu rzeczywiście przychodzi ten prawdziwy "jeden raz za dużo". Kiedy już nie ma złości, chęci zadzwonienia/napisania/pójścia i wykrzyczenia tego, co nam na sercu leży, z furią, rozpaczą i nadzieją, że może teraz, tym razem, coś dotrze. Pozostaje obojętność - nawet nie apatia, a gdzież mi tam do apatii! Życie jest piękne, soczyste, ba, od chwili, kiedy ów wyłącznik pstryknął, jakby jeszcze bardziej nasyca się kolorami. Bo ja już nie muszę, bo ja już nie chcę. Bo już mi jest to obojętne. Bo się uwolniłam od - niechcianej - troski za drugą osobę.
 
I tylko tych dwóch miesięcy szkoda, które mogłam spędzić zupełnie inaczej, ciekawiej, pełniej - gdybym tylko wtedy zamiast "jedziesz do mnie i zostajesz aż do wyprowadzki" powiedziała krótko: "dzwoń do swojego terapeuty, powiedz, że spieprzyłaś sprawę i umów się z nim na spotkanie". (co nawiasem mówiąc nie przyszło jej do głowy)
 
Cóż, przy okazji zostałam wyleczona z głupiego altruizmu.
 

wtorek, 22 lipca 2014

Jak Madzior pomógł mi nie zwariować :)

Wszyscy wiedzą, co to jest kalendarz adwentowy :) Trzydzieści małych okienek, które otwieramy przed Gwiazdką codziennie po jednym, a w środku znajduje się jakaś mini niespodzianka. I przy okazji dzięki temu widzimy, że do Gwiazdki coraz bliżej.
 
Nie wiem, jak znosiłabym powoli upływające dni pobytu mamuni u mnie na wycugu, gdyby nie Madzior. Bo Madzior zadbał o to, by mi pomóc, i stworzył dla mnie coś w rodzaju kalendarza adwentowego :)
 
Codziennie rano, przez sześć tygodni, w telefonie odzywał się rano sygnał Vibera - i oto pojawiało się moje adwentowe okienko, czyli informacja: "Madziorus przysłała ci zdjęcie". I już mogłam kliknąć i zobaczyć, co tym razem zawiera "okienko kalendarza".

Pierwsze - było to :)

Następnego dnia - to:

No i jak się łatwo domyślić, dalej poleciało tak samo :) Codziennie rano, tuż po obudzeniu, otwierałam kolejne okienko, na przykład z takim prezentem:
 
Albo z takim:

Albo z takim - moim ulubionym, nawiasem mówiąc, mistrzostwo świata :)


 Chociaż ten także notuję wysoko:

 A w Dzień Zero było to:

Ogółem dostałam czterdzieści dwa takie obrazki, i specjalnie na okazję dzisiejszego wpisu zebrałam je wszystkie razem:
Może trochę krzywo to zrobiłam, ale ja się dopiero Gimpa uczę :)

I wiecie co - ja po prostu nie mam słów. Że się jej chciało. Że tak się starała, żeby mnie w taki sposób wesprzeć i faktycznie nie dość, że odliczać te dni, to jeszcze w tak megazabawny sposób. Oczywiście i dla niej była to fajna zabawa, element fangirlowania, no ale umówmy się, zdecydowanie bardziej pracochłonny niż na przykład zwykłe szerowanie fot na fejsie. Codziennie aż ze skóry wyłaziłam: co tym razem? :) I te zmniejszające się na obrazku liczby. Że owszem, nadal jest "trzydzieści", ale już trzydzieści dwa, nie trzydzieści dziewięć! A już jak zrobiło się jednocyfrowo...
 
(o oczekiwaniu na obrazek z Dnia Zero to już w ogóle nie mówię, zarówno ja, jak i wtajemniczona w zabawę Paulina prawie palce gryzłyśmy z ciekawości, jak też się to zakończy :) )
 
Wiem, że to czytasz, Madzior, więc powiem ci raz jeszcze, że cię po prostu za to uwielbiam :) I specjalnie siedziałam nad tym Gimpem, żeby choć tak się zrewanżować. Żeby wszyscy, ale to absolutnie wszyscy zobaczyli, żebym się mogła pochwalić. Nie tylko obrazkami, ale przede wszystkim tobą :) :) :)
 
 

niedziela, 20 lipca 2014

Back in my life again!

Wróciłam z "weekendu" przeprowadzkowo-kołobrzeskiego. Jezus mario, wykończyłam się. Warszawa-Poznań-Kołobrzeg-Warszawa. Ten ostatni etap, 580 km, przebyłam w osiem!!! godzin. Gdyż albowiem cały naród właśnie jechał nad morze lub znad niego wracał.
 
Dom w Kolbergu ładny, rzeka zaraz za płotem, do morza dwadzieścia minut spokojnego marszu. Mamunia chwilowo podekscytowana nowością, i bardzo chciałabym, żeby jej tak zostało.
 
Frontowa elewacja jest dość niewyględna...

Za to tylna bardzo sympatyczna IMO.

Na wprost wyjścia tylną klatką schodową

I kawalątek dalej :)
 
O tym, co pozwoliło mi przetrwać te dwa miesiące i nie zwariować - już wkrótce.

niedziela, 6 lipca 2014

Gruby nietakt

Za mną wspaniały weekend u Madziora, bardzo mi to było potrzebne. Och, jak dobrze, że są przyjaciele, którzy po prostu mówią: "Dzidu, przyjedź do nas na weekend i się zresetuj", chwała Boru. No to pojechałam i się zresetowałam, świeże powietrze, spacer i jak zwykle - widoczki!!! :) Oraz, ale o tym chyba nie muszę specjalnie - Madzior z Rodzinką :)
 
No ale kiedy jest Madzior, to wiadomo, że prędzej czy później rozmowa zejdzie na Benedicta - czasami dosłownie trzy zdania, czasami godzina, czasem przez cały dzień po trochu, no różnie to bywa, ale zawsze :) W ogóle tym razem nawet udało nam się znaleźć czas na uroczą godzinę czystego fangirlingu przy oglądaniu pilota Sherlocka (dobrze, że zmieniono wystrój mieszkania, ale - tylko dżinsów, tylko dżinsów, tylko dżinsów tylko dżinsów żal!).
 
W każdym razie wczoraj wieczorem siedziałyśmy sobie i zaczęłyśmy gadać. Standardowa fangadka. Czasem schodziła na coś innego, potem znowu powrót, trochę dyskusji nad jakąś konkretną rolą, trochę po prostu achania i ochania, no, normalka. Mar, szanowny Małżonek, siedział z nami, słuchał, trochę złośliwie dogadywał. W pewnym momencie rzucił, że "wy tak ciągle o nim":
 
- Magda to nawet chyba nie wie, ale pooglądałem sobie to i owo na YouTube. W końcu muszę wiedzieć, z kim konkuruję, prawda? Rzeczywiście - aktorem jest doskonałym, czapki z głów, nie ma dwóch zdań. Ale ja się tak zastanawiam, poza tym, że jest świetny, to co wy w nim widzicie? Wiesz, Dzidu - staję tak sobie przed lustrem i patrzę. Taki ostatni nie jestem. Też jestem wysoki. Jak mi się zdaje, mam jak on dość sympatyczną, choć też niepiękną, twarz. Też mam dużo włosów na głowie. I też mam niezłą sylwetkę, i też nie mam brzuszka. No więc powiedzcie mi, dziewczyny - co on ma takiego, czego ja nie mam?
 
(w tym momencie niemal udusiłam się wewnętrznie z radości - a zatem to słynne zdanie pada również w rzeczywistości, nie tylko w książkach?)
 
Wymiana zdań, zaczynająca się od "trudno to wyjaśnić"/"zabrzmi może protekcjonalnie, ale naprawdę, ty tego nie zrozumiesz", itd., itp. Oraz ogólnie o mężczyznach, tych znanych, tych nieznanych...
 
W każdym razie, po jakimś czasie trwania tej dyskusji Mar wychylił się z kuchni i spytał z głęboką zadumą:
 
- Więc właściwie to powiedz mi, żono moja, dlaczego za mnie wyszłaś?!
 
Zanim Madzior zdążył otworzyć usta, wypaliłam bez namysłu:
 
- Bo jego jeszcze wtedy nie znała...


sobota, 28 czerwca 2014

Frywolnie

Tak tylko dla porządku - ślubny prezent frywolitkowy dla koleżanki został dzisiaj skończony i wygląda tak:

środa, 25 czerwca 2014

Hotel Młyn

Zazwyczaj jeżdżąc do tego samego miasta za każdym razem wybieram inny hotel, ot tak z ciekawości. W Elblągu jednak, do którego po raz pierwszy zawitałam w grudniu ubiegłego roku, zatrzymuję się zawsze w tym samym.
 
Myślę, że te zdjęcia wyjasniają, dlaczego.
 










 

wtorek, 17 czerwca 2014

Rrrrany!

Tyle fajnych książek mam w garści, tyle filmów oglądam na kompie, tyle ciekawych rzeczy się dzieje, nie ma tylko jednego: chęci, żeby trochę o tym popisać!

Tłukę frywolitki oczywiście, głównie podczas tych seansów kompofilmowych; teraz robię Serwetę Transoceaniczną na przemian z Prezencikiem Ślubnym dla koleżanki. Koleżankę znam mało, jest nowa, ledwo parę razy ze sobą rozmawiałyśmy, tym większe było moje zaskoczenie, gdy zaprosiła mnie na swój ślub! Musiała mnie polubić, albo pomylić się w liście mailingowej ;) 

W kwestii filmowej to wspomnę krótko jedynie, że Grand Budapest Hotel okazał się dokładnie tak dobry, jak wszyscy wokół mówili - przy czym oczywiście mam na myśli znajomych i przyjaciół, a nie znających się na rzeczy krytyków, tych bowiem na wszelki wypadek nie czytuję i nie słucham od dawna. No - poza Zwierzem, ale to insza inszość przecież. 

Natomiast wyjątkowo spodobało mi się "Only Lovers Left Alive", jakoś angielski tytuł brzmi mi lepiej niż polski. Tilda Swinton i Tom Hiddleston to świetne połączenie, zwłaszcza kolorystyczne :) 


I tak, w tym filmie Tom Hiddleston wreszcie jest ładny ;) A nawet piękny, z tą czarną grzywą. Oboje wyglądają super i przysięgam na kolanach, że dopiero Madzior zwrócił mi uwagę, że ona spokojnie mogłaby być jego matką!!! Sama w życiu na to nie wpadłam!!!

Czyli ponownie, aktorzy plus idealnie odpowiadający mi dowcip, to jest to :) A ja przecież nie lubię za bardzo ani Jarmuscha, ani produkcji o wampirach :)  No ale wiadomo.

(Oraz muzyka!)

No i, obserwuję sobie to, co od przedwczoraj tłuką bezustannie i w najdrobniejszych szczegółach media, i duszę się od śmiechu, bo naprawdę: co za popierdoleństwo, tak się onanizować, ekscytować, rozstrząsać, wrzucać w serwisach informacyjnych jako pierwsze nowe wiadomości tak ważne jak "w sprawie wypowiedział się przed chwilą znany specjalista X" albo "już wiadomo, jaki będzie następne oświadczenie pana Y". Mała i tak naprawdę zupełnie nieistotna aferka, z której robi się bógwico, dramat, trzęsienie ziemi i trzecią wojnę światową. Tak, śmieję się z tego, śmieję, ŚMIEJĘ do rozpuku, a śmiałabym się nawet bardziej, gdyby nie to, że już nie pamięta się o naprawdę strasznej, ponurej i obrzydliwej sprawie, która jeszcze tydzień temu doprowadzała do furii i szaleństwa każdego naprawdę przyzwoitego człowieka... Atrakcyjny, podniecający smród nowej padliny przytłumił woń starej, więc odsuwamy ją na półeczkę spraw już niepotrzebnych.

Stop, Dzidu, wszak obiecałaś sobie nie pisać o prawdziwych skurwysyństwach ani o skurwysynach, pozostań przy marzeniach o napluciu im między oczy...

A tak w ogóle dzisiaj na jednym frywolitkowym forum natknęłam się na wpis, który mnie rozczulił, bo ja, mimo absolutnej pasji i zajoba na tle plątaninek na cos podobnego jednak bym nie wpadła:

Od ponad roku frywolitkuję, ale chyba nadal się uczę i wszystkiego nie wiem. Pamiętam jak na początku czółenka wypadały mi z rąk. A dopiero niedawno odważyłam się robić pikotki bez pomocnego kartonika (by były równe). Miałam nawet swego czasu pomysł by w studiu tatuażu zrobić sobie na palcu 3 ciemne kropki - taki miernik na małe i większe pikotki. 

Czapeczkę z głowy. Frywolitkową :)


 

niedziela, 8 czerwca 2014

[Miejsce na własny tytuł]

Zazwyczaj takim wpisom daje się tytuły w stylu "Świat, którego już nie ma", "Podróż w czasie" itd., trudno jest mi natomiast wymyślić coś, co nie byłoby tak przeraźliwie oklepane ;) Więc może sobie to po prostu daruję, a każdy wstawi sobie tytuł, jaki uważa za stosowny (i może podzieli się nim w komentarzach).
 
Narodowe Archiwum Cyfrowe zyskało na Facebooku pięćdziesiąt tysięcy fanów (co absolutnie nie dziwi), i w związku z tym: "Z okazji okrągłej liczby fanów, publikujemy poniżej skany 50 wybranych zdjęć w dużej rozdzielczości. Fotografie te należą do domeny publicznej i nie są już chronione przez autorskie prawa majątkowe. Dlatego można z nich skorzystać w dowolny sposób, np.  wydrukować na koszulce, powiesić na ścianie, wykorzystać na okładce książki. Oczywiście z poszanowaniem praw autorskich, czyli z zachowaniem informacji o autorze fotografii."
 
Ja zatem skorzystam z nich tak, że zaprezentuję tutaj na blogasku kilkanaście moim zdaniem najpiękniejszych, a resztę można będzie ściągnąć spod linka, który zamieszczam na końcu.
 
Oglądam zawsze takie zdjęcia z mieszaniną przykrości i zachwytu; zachwytu, wiadomo; przykrości, bo mam świadomość nie tylko tego, że tamten świat się skończył, ale i... jak się skończył. Zdjęcie podpisane "plaża w Zaleszczykach" bynajmniej nie z wakacjami dziś się kojarzy, a fotografia dziewczynki pijącej wodę mineralną w Rabce skłania do standardowego pytania - co się z nią stało, czy przeżyła...
 
No to udajmy się w tę krótką podróż sentymentalną. Podpisy skopiowane są z NAC w dosłownym brzmieniu, inne informacje (data, autor) - o ile były dostępne w oryginale.
  
Funkcjonariusz Policji Państwowej podczas pełnienia służby w Warszawie. Warszawa, 1929

Zdrojowisko Rabka, czerwiec 1933
Kuracjusze podczas lekcji tańca na plaży prowadzonej przez czarnoskórego Sama z zespołu Kataszka. Kąpielisko siarczano-solankowe Truskawiec-Pomiarki, 1930.
Autor: Besen W.

"Torpeda podhalańska". Zakopane

Pojazd czterokołowy dwuosobowy. Kraków, 1925


Statek pasażerski m/s "Piłsudski". Kraków

Uliczna sprzedaż kwiatów w Warszawie. Warszawa, czerwiec 1931

Reklama piwa browaru "Szczyrzyc" E. Czernego. Warszawa, styczeń 1935

Asfaltowanie ulicy Chmielnej w Warszawie. Czerwiec 1926
 
Muzeum Narodowe w Krakowie. Służba muzealna podczas ćwiczeń w zakresie pożarnictwa. Kraków, styczeń 1930

Władysław Walter, aktor, śpiewak, dyrektor teatru. Morillo, Rumunia, 1920-1939

Warszawskie dzieci. Grupa chłopców podczas podkładania petard pod tramwaje na torach ulicy Solec. Warszawa, kwiecień 1933

Biała koło Krakowa. Fragment ulicy z widokiem na ratusz. 1918-1939

Ulica Floriańska w Krakowie. Styczeń 1936

Planty w Krakowie. Listopad 1932

Stare Miasto w Warszawie, 1910-1939. Widoczny lecący polski sterowiec wojskowy "Lech".

Warszawa. Wybrzeże Gdańskie, 1938

Plaża nad Dniestrem w Zaleszczykach. 1918-1939
 
 
Więcej zdjęć do ściągnięcia TUTAJ. :)