wtorek, 26 maja 2015

Ofiara cysterny

Państwo pozwolą, że zacznę od zwięzłego wprowadzenia:

Dżizas kurwa ja pierdolę!!!

I od razu za to przepraszam, ale lepiej tego ująć nie potrafię, a sześciogodzinna jazda z Łodzi do Warszawy (tak, sześciogodzinna. Tak, z Łodzi do Warszawy), uważam, w pełni mnie usprawiedliwia.

Zacznę od tego, że nienawidzę jeździć do Łodzi. Proszę mnie dobrze zrozumieć - Łódź jako Łódź, wbrew temu, co myślę, mówię i piszę o niej w sms-ach poruszając się po niej, bardzo lubię. Niestety, rzadko zdarza mi się o tym pamiętać.

I nawet nie chodzi o aktualne, już od dawna trwające, rozkopanie miasta. Bardziej ogólnie o organizację ruchu. Łódź jest jedynym znanym mi miastem (a proszę pamiętać, że bardzo dużo podróżuję i mam porównanie), w którym na jednej z głównych arterii czerwone światło pali się prawie dwie minuty. W którym na bardzo ważnym skrzyżowaniu nie ma żadnego ruchu, bo przez piętnaście sekund na żadnym sygnalizatorze nie pali się zielone. W którym samochody ruszające po zmianie światła natychmiast hamują niemal do zera, gdyż muszą przejechać przez torowisko, którego stan urąga nawet najbardziej zwyrodniałym wyobrażeniom, komunikując "te wyobrażenia to pikuś w porównaniu z naszym stanem faktycznym". Ja wiem, że w większości polskich miast są idiotyczne światła (zapraszamy na scenę Olsztyn!), które palą się zbyt długo (halo, wołamy Poznań!) i w których są torowiska w strasznym stanie (ja Wisła, ja Wisła, większość miast, słyszycie mnie?), ale tylko w Łodzi te trzy czynniki występują razem w aż tak straszliwym natężeniu!!! O braku jakiejkolwiek koordynacji między kolejnymi sygnalizatorami to już nawet nie chce mi się mówić. Czerwona fala rulezzzz.

(Tak nawiasem mówiąc jestem bardzo ciekawa, co powie większość z was, słysząc, że chwalę Warszawę za jej doskonale zorganizowany system sygnalizacji, płynność ruchu i przepustowość? Kto pierwszy uzna, że zwariowałam? A jednak. Powiem tak - gdyby w Warszawie był taki system sygnalizacyjny jak w moim rodzinnym Poznaniu, większość z nas nie zdołałaby nawet wyjechać ze swojego osiedla. Serioserio. Niezależnie od tego, jak powoli się jeździ po Stolicy, to wszystko doskonale, płynnie działa. Naprawdę.)

Wracając do dzisiejszej "przygody" - akurat tym razem to nie Łódź była winna, że nie mogłam się z nią rozstać, cha, cha, cha. A w każdym razie nie całkiem.

Wyruszyłam spod szpitala na Ciołkowskiego o 15:10. Zastanawiałam się, którędy się wydostać z miasta, bo wiedziałam, co mnie czeka najpierw na remontach na czternastce (w mieście), a potem na dojeździe do A2. Lekko licząc, co najmniej godzina. Ale wyszło mi, że przez Zgierz mniej więcej wyjdzie na to samo. Tak mi powiedziało Targeo, które nawiasem mówiąc dało dupy aż do późnego wieczora i wszystko, co pokazywało, nijak miało się do stanu faktycznego. No to mówię sobie: dobra, jedziemy przez remonty, nastawimy się na co najmniej godzinę w plecy, jak zwykle, co robić, jedziemy.

I rzeczywiście, godzinę później znalazłam się na dojazdowym odcinku do A2, oczywiście w korku, poruszającym się w ślimaczym tempie. Do momentu, w którym zorientowałam się, że już od co najmniej dziesięciu minut nie poruszam się w żadnym tempie, tylko stoję. Jakieś pięć kilometrów od ronda strykowskiego, które trzeba przebyć, by wjechać na A2. Wiedziałam, że na tym odcinku są jakieś remonty, dodatkowo spowalniające, ale kurczę, to nie jest spowolnienie: my cały czas stoimy! A samochody z przeciwka jadą - może nie sznurkiem, może "rozrzedzonym" sznurkiem, ale jednak jadą - a my stoimy. 

(I nie, to nie było tak, jak często nam się wydaje: cholera jasna, ruch wahadłowy, ale tym z przeciwka dają zielone światło dłużej niż nam i więcej ich przejeżdża. Nie - myśmy stali, oni jechali.)

Przez kolejne pięćdziesiąt minut przejechałam jakieś 300 metrów, głównie dlatego, że stojące przede mną auta zaczęły zawracać. Od popadnięcia w stan totalnej histerii (te z przeciwka cały czas jadą!) uratowało mnie... wrzeszczenie. Byłam sama, w aucie okna zamknięte, nikt nie widzi, nikt nie słyszy - zaczęłam się DRZEĆ. Coś w stylu: "KURWA WASZA PIERDOLONA JEBANA MAĆ, NIECH TO SIĘ KURWA RUSZY, MAM DOSYĆ, NO DALEJ, JAZDA, AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!" Wywrzeszczenie wściekłości pomogło, wzięłam głęboki wdech, zrobiłam "w tył na lewo" i ruszyłam z powrotem do Łodzi, postanawiając pojechać przez Zgierz.

Faktycznie nie było tak źle, oczywiście po drodze miałam jeden dłuższy korek, ale to był normalny, standardowy zgierzowski korek, który jest tam zawsze, porusza się wolno, ale jednak się porusza (Galileusz!) i już pół godziny później dojeżdżałam do zjazdu na A2. 

I w tym momencie, zakładam, byłam już okropnie zmęczona albo nie myślałam, albo jestem po prostu kompletną idiotką (bądź jedno i drugie), ale kurczę, widziałam na Targeo, że jest jakiś korek na autostradzie w okolicach Strykowa (!) i mimo to ja na tę autostradę wjechałam. Walić w łeb i patrzeć, czy równo puchnie.

No i przejechałam sobie jedenaście kilometrów, ale już zaniepokojona, bo zaczynało do mnie docierać, że tamten "mój" korek i korek na A2 mogą mieć coś ze sobą wspólnego, po czym po przejechaniu bramki zobaczyłam przed sobą informację na tablicy "A2 ZABLOKOWANA, OBJAZD DK 14". A kawałek dalej przejazd autostradą zamykał wóz patrolowy.

No.

To z powrotem z autostrady, na... rondo strykowskie!!! 

To jednak była ironia losu: opuścić korek do ronda, zrobić dodatkowe kilometry tylko po to, by znaleźć się znowu w korku do tego samego ronda, tyle że dokładnie z przeciwnej strony!!!

No ale jednak była różnica, taka mianowicie, że ten korek już się poruszał. Mimo, że w ten zjazd skierowany został calutki ruch od strony Poznania. Setki aut. Powoli, powoli, bardzo powoli, cholernie powoli, ale jednak. A w tym czasie w drugą stronę leciały na sygnale kolejne strażackie wozy w kierunku Warszawy. No to już było wiadomo, że stało się coś poważnego. Wtedy dostałam info od nieocenionego Madziora, że na A2 przewróciła się cysterna z propanem-butanem i strażacy nie puszczają, no bo wiadomo, trzeba ocenić zagrożenie itd. 

Kiedy w końcu dotarłam do ronda, okazało się, że jest na nim policja - i w tym momencie życzenia wszystkiego najgorszego dla głupiego tłuka, który się w internetach wymądrzał, że "półtorej godziny zjeżdżał z A2 na rondo, bo MILICJA postanowiła się zabawić w kierowanie ruchem na rondzie" - masz posrane we łbie, tłuku, gdyby nie te "zabawy" "milicji", to pewnie nadal oboje byśmy tam stali, debilu.

Opuściłam rondo o 18:30 (w prawie trzy i pół godziny po wyjeździe spod szpitala), potem jeszcze godzinę wlokłam się do Łowicza, bo postanowiłam nie wracać na A2 (nie byłam pewna, w którym miejscu przewróciła się ta cysterna), tylko pojechać Starą Krajową Dwójką, czyli drogą 92.

Weszłam do domu o 20:55. W międzyczasie kilka razy się popłakałam. Ze zmęczenia. Z bezsilności. Z tego, że wszystko sprzysięga się przeciwko mnie. Że na tej 92 jest tyle świateł, które zmieniają mi się na czerwone tuż przed moim nosem i co chwila muszę się na nich zatrzymywać. Że ten pierdolony Tir przede mną jedzie sześćdziesiątką, a nie da się go wyprzedzić. Że koty w domu czekają. Że ja już chcę w tym domu być. Że gdybym myślała, i nie zjechała na tę autostradę, tylko myknęła dalej na Kutno...

Ogólnie mówiąc - mam, kurwa mać, dość. Wszystkiego.

(w tym miejscu miała być mapka ilustrująca moje miotanie się po okolicach Łodzi, ale jestem za głupia na to, by taką zrobić - po piętnastu próbach zrezygnowałam. Tak a propos sprzysięgania się wszystkiego przeciwko mnie.)

poniedziałek, 25 maja 2015

Jak śmiesznie być wyborcą

Wynikiem wyborów nie przejęłam się zupełnie. Aż sama jestem zdumiona. Wzruszyłam tylko ramionami. Wyrosłam już z czasów przejmowania się ludzką bezmyślnością (w zakresie polityki naturalnie, bo tak w życiu codziennym to przejmuję się nią aż za bardzo). Jak ktoś głosuje "na złość mamie", niewart jest, żeby poświęcać  mu cień uwagi. Polityka mi wisi. Przeżyłam już tyle wyborów, że się na nie uodporniłam. Odchodzącego prezydenta ledwo rejestrowałam kątem umysłu, zbyt był bezbarwny i chwiejny, wstępującego na tron  będę ignorowała z powodów, których chyba nie muszę wymieniać.

Ale ja nie o tym chciałam. Inną sprawą chcę się zająć. Mianowicie jest kilka takich rzeczy, przy których poczucie humoru odbiega mnie wściekłym galopem i zamienia mnie w bryłę lodu. Do tych rzeczy należy między innymi żartowanie sobie z gwałtu, brak szacunku dla polskiej flagi oraz robienie sobie jaj z wyborów. Które traktuję niezwykle serio, niezależnie od aktualnej sytuacji społeczno-politycznej, i udział w których uważam za obowiązek, zaszczyt i przywilej.

Dlatego najpierw zdumienie i niedowierzanie, a potem gigantyczny niesmak wzbudziła we mnie pracowicie uprawiana błazenada wyborcza. Głupawe dopiski na kartach na temat kandydatów, głosowanie na absurdalnych wymyślonych kandydatów, rzekomo w proteście... Żałosne. Tylko na taki protest cię stać, człowieku?

Anna A-B na fejsie napisała, że podczas tej kampanii wyborczej i samych wyborów przestała poznawać ludzi, których, jak jej się wcześniej wydawało, znała doskonale. Z przykrością muszę się podpisać pod tymi słowami. Niektórzy bliscy moi i dalsi znajomi naprawdę bardzo nieprzyjemnie zaskoczyli mnie tymi infantylnymi wygłupami podczas głosowania, niektórzy - co gorsza - jeszcze chwaląc się nimi na prawo i lewo. No cóż, zapewne czuli się niesamowicie cool, dopisując brednie na kartach wyborczych - błyskotliwie, odważnie i anonimowo.

Z opcji "nie zezwalaj na komentarze czytelników" korzystam pierwszy raz w życiu i z pełną premedytacją.

sobota, 23 maja 2015

Archeologia, czyli sprzątanie piwnicy

Moja piwnica zaczęłaby wkrótce przypominać tę poznańską, czyli wielka zgruchmoniona kupa wszystkiego z odrobiną miejsca przy wejściu na nogi... no i na rower. Na rower miejsce zawsze być musi :)

Wyniosłam na śmietnik pół tony niepotrzebnych klunkrów - w tym lampę ze stłuczonym abażurem, którą przywiozłam jeszcze z Poznania i najpierw trzymałam dwa lata w piwnicy na ulicy W., a potem kolejne sześć lat - już w mojej własnej. Piwnicy. Nie, nie wiem, co ja sobie myślałam. Podobnie jak nie wiem, co tam robi szklany blat od stolika, którego już dawno nie ma. I co ja właściwie chcę z tym blatem zrobić?... No, OK, blat może się przydać, jak już sobie zrobię craftowy kącik w komputerowym, jako ochrona na craftowy stół (obok craftowej komody).

Oraz znalazłam w tej piwnicy, jak bonie dydy, mój półgorset. Sześć lat się zastanawiałam, co ja do diabła z nim zrobiłam?... Był w tej piwnicy bardzo porządnie opakowany i zaizolowany, zatem postanowiłam nie wyrzucać go, tylko doprowadzić do stanu używalności. Natomiast znalezione obok gorsetu koronkowe body i koronkowa koszula nocna wylądowały na śmietniku. Na litość boską, dlaczego ja to trzymałam w piwnicy?!

A potem w Castoramie kupiłam regał, taki składany, plastikowy, też do piwnicy. I to będzie dalszy ciąg sprzątania, acz pewnie dopiero w weekend bożocielny. Brakuje mi jeszcze małego stojaczka do wina - ostatnio obrosłam w tyle butelek, że nie da się ich spożytkować na bieżąco (to znaczy jak najbardziej by się dało, tyle że ja już nie mam do tego takiego szwungu jak kiedyś). Między innymi od Kuby Wesolutkiego dostałam flaszkę wina, które jest tylko kilka lat młodsze ode mnie - nie wyobrażam sobie okazji wystarczająco dobrej na to, by je spożytkować ;)

A kiedy przywiozłam ten regalik i pomaszerowałam do piwnicy, żeby go - póki co - zostawić od razu na dole, okazało się, że czwórka młodych ludzi robi sobie tam jakieś próby jakby teatralne? :) Stolik, na stoliku paląca się świeczka, stare krzesło, i grupka młodych, w tym moje dwie sąsiadki z piętra, żarliwie dyskutujące: - Ona jest zszokowana i rzuca się na ciebie, kapujesz? - Pozwolę się nie zgodzić, ona powinna trwać w stuporze przez dłuższy czas! Do tego mieli kamerę, mikrofon zwisający z kija oraz horyzont (czyli to takie coś srebrne do doświetlania). Jestem szalenie ciekawa, do czego im to było, ale nie chciałam im przeszkadzać. I tak zamieniliśmy kilka miłych zdań. Jaka fajna ekipa. Jak fajnie, że tacy pasjonaci są :)

wtorek, 19 maja 2015

Napór rzeczywistości

Rzeczywistość tak mnie męczy, że uciekam od niej. Na tyle, na ile mogę, rzecz jasna ;)

Sobotę spędziłam na kolejnych warsztatach - tym razem mozaikowych. W dodatku w doskonałym towarzystwie, gdyż z siedmiu obecnych osób pięć to były moje przyjaciółki i koleżanki :) Atmosfera była więc zarąbista. No, ale samo mozaikowanie ogromnie mi się spodobało! Kurczę, jaka to jest fajna sprawa: najpierw tniesz małe, kolorowe kafelki specjalnymi szczypcami, a jak już potniesz, to z tych małych kawałków układasz wzory :D I nie takie to znowuż proste, jak by się mogło wydawać. To znaczy - także i nie jakoś okropnie skomplikowane, ale pomyśleć przy tym trzeba. 

Zrobiłam - oczywiście - kota. Kot jeszcze czeka na zafugowanie (chyba dopiero w piątek się tym zajmę), ale w tej chwili wygląda całkiem sympatycznie:

Zdięcia pochodzą z bloga naszej szefowej
mozaikowanie.wordpress.com
Wyobraźnia nasza nie znała granic i kordonów. Joanna zrobiła kaktusa (przy rysowaniu wzoru bardzo się starając, by to na pewno wyglądało jak kaktus):


Paulinka trzema niedbałymi machnięciami ołówka (zadrość!!!) wyrysowała wdzięczną, gibką rybkę.


Kamisia - oczywiście zrobiła Artura. Znaczy, tego, nurka, ale on wyglada zupełnie jak Artur.


A Catalina - kwiat. Na moje oko - hibiskus.


Nie  wiem, czy będzie z tego moje nowe hobby, ale na pewno się trochę tym pobawię - już niedługo.

A dzisiaj... pożegnałam się z Wesolutkimi :-/ Byłam u nich ostatni raz - służbowo przynajmniej, bo prywatnie może czasem zajrzę... Wszyscy przyszli mnie pożegnać, cały zespół, nawet księgowa i informatyk - a pani Danki z kuchni nie było tylko dlatego, że miała dzisiaj wolne :) Kochani są ci ludzie. Współpracowaliśmy sześć lat, smutno się rozstać. Przypuszczam, że tak samo będzie przy pożegnaniu z Doktorem-Kosmitą. Już za dwa tygodnie...

środa, 13 maja 2015

O_O

Odnoszę wrażenie, że utraciłam umiejętność sensownego formułowania zdań na piśmie...

Trzy notki wylądowały już w koszu (a raczej w folderze "nieopublikowane", z mglistą myślą, że może jeszcze siądę do  nich i przeredaguję je tak, żeby miały ręce i nogi), bo jak czytam, to są zbyt chaotyczne i nielogiczne, żeby można je było zamieścić na blogu.

To w ogóle nie brzmi jak ja!!!

Wiem, że z wiekiem obniża się próg możliwości intelektualnych, ale chyba na to jeszcze za wcześnie?...

piątek, 8 maja 2015

Jest czas nie-zmian i czas zmian :)

To będzie krótki wpisik, na początku którego chciałabym, żebyście poznali moją koleżankę Anię.

Poznajcie Anię.

Być może nie każdemu odpowiada takie "pisanie", może niektórzy uznają to za nawiedzone psychologizowanie (Aneczka, to jest tylko cytat ogólny ;) ). Ale nie w tym rzecz. Bo jeśli chodzi o meritum, to Ania wzbudza we mnie podziw. Mimo że jestem zawistną suką i nie lajkuję jej (chyba) na fejsie ;) I nawet nie chodzi o to, że Ania schudła 40 kg, bo tak samo wzbudzałaby we mnie podziw, gdyby przeszła mongolskie stepy z plecakiem albo przepłynęła Bałtyk w jolce, albo "zwyczajnie" przeszłaby z Warszawy do Krakowa pieszo. Podziw i radość wzbudza we mnie fakt, że ktoś, kogo znam, COŚ zrobił :)

Od dokładnie trzynastu lat twardo lansuję tezę, że na każdą zmianę w życiu człowieka musi przyjść odpowiedni czas. I dopóki on nie przyjdzie, można oczywiście próbować, można nawet coś tam zyskać, ale w pełni uda się dopiero wtedy, gdy ten czas nadejdzie.  

Kiedy trzynaście lat temu zdecydowałam się na operację rozwiązującą moje coraz bardziej narastające problemy ruchowe, generalnie spotkałam się z niemal samymi pozytywnymi reakcjami. Ale były tez dwa inne rodzaje reakcji. Na informację "we wrześniu idę na operację" usłyszałam "a dlaczego dopiero teraz?" oraz "a jednak". Trudno byłoby mi opisać, jak te dwie odpowiedzi, zupełnie niewinne i jak najbardziej w dobrej wierze, mnie zabolały. Ale wtedy właśnie tak było: dopiero wtedy nadszedł moment, w którym poczułam, że chcę to zrobić, że mogę to zrobić, że jestem na to gotowa. Nawet jeśli wcześniej o tym myślałam, to było raczej gadanie że "trzeba by", że "może" itd., i na tym się kończyło.

Teraz zresztą mam tak samo z paroma rzeczami, w tym z dentystą. Nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej nie chodziłam do dentysty, chodziłam, a jakże, nader często, ale dopiero ostatnio przełącznik we mnie przeskoczył na "action" i ruszyłam jak taran, z zimną determinacją, by "zrobić sobie zęby" i w końcu rozprawić się ze wszystkimi kłopotami. A jako ofiara felernego antybiotyku, mam z nimi kłopoty od 1976 roku. Już kilkanaście razy próbowałam wreszcie te kłopoty zakończyć, ale dopiero teraz czuję TO, tę siłę, że wiem, że tym razem doprowadzę rzecz do końca. Zresztą przy obecnych możliwościach stomatologicznych, to jest sama przyjemność! Choć, niestety, dość kosztowna.

I jest jeszcze kilka takich rzeczy :)

Wracając do meritum - Aneczka, jestem z ciebie cholernie dumna. Za zaszczyt sobie poczytuję, że od tylu lat cię znam (choć widujemy się bardzo sporadycznie). To, co zrobiłaś, dodaje mi sił i wiary, w to, że można :)

A tu jeszcze raz Ania opowiadająca o tym, że w tym wszystkim tak do końca nie chodziło o odchudzanie :)

http://www.aniazmienia.pl/

czwartek, 7 maja 2015

Rzadko, bo rzadko, ale się zdarza :)

Zdarzyło mi się kiedyś, że wyjeżdżając z miasta zawahałam się na rozjeździe: „yyyy, to gdzie ja dzisiaj jadę? Wrocław czy Katowice?...”

To było jeszcze, gdy mieszkałam w Poznaniu. Dzisiaj rano natomiast miałam moment zawiechy na Dworcu Centralnym. Przez sekundę zwątpiłam: cholera, czy ja aby na pewno do Gdańska? Bo odjazd mam na 6:35, a taka godzina stoi jak byk na tablicy przy Krakowie!

Okazało się, że oba Pędki odjeżdżają o tej samej porze. Tyle że oczywiście w dwie różne strony. Bardzo się pilnowałam, by wsiąść do tego właściwego. Do Gdańska.

Do Krakowa pojadę w poniedziałek ;)

sobota, 2 maja 2015

"Tresura i rozpoznawanie psów"

Kiedy byłam mała, byłam psiarą.

Byłam psiarą do sześcianu, marzyłam o psach, bawiłam się w psa i że mam psa, ba, ostatnią rzeczą, zanim zapadłam w sen pod narkozą na stole operacyjnym, była wizja pieska biegnącego do mnie - i jednocześnie zadecydowało to o tym, że rodzice się złamali i zgodzili się na psa.

Zanim jednak to nastąpiło, napisałam i zilustrowałam książkę o psach. Konkretnie - "Tresura i rozpoznawanie psów". Miałam wtedy pięć i pół roku, więc proszę państwa, to nie byle co! W tym wieku to niewielu zaczynało, Mozart na przykład, ale czy ktoś jeszcze poza nami?...

Którą to książkę moi rodzice przysłali mi w prezencie na moje niedawno obchodzone urodziny :D

Postanowiłam ją zeskanować i zamieścić tutaj, w ramach zaplanowanego Albumu Rodzinnego - niech cały świat zapozna się z tym arcydziełem!

W końcu, skoro wydaje się MichalaG...


Od razu mówię, że nie mam pojęcia, kim były Gosia, Ewa i Iwona
- nie wykluczam, że uczennicami mojej matki.


Spis treści - jak widać, od najmłodszych lat wiedziałam, jak powinna wyglądać prawdziwa książka. Spis treści był oczywiście na końcu.



W pierwszym rozdziale zapoznałam Czytelników z budową zewnętrzną psa:

Proszę zwrócić uwagę, że zaznaczyłam dwa rodzaje uszu psa!


A także poświęciłam nieco miejsca budowie wewnętrznej - czyli, jak wyjaśniłam zaintrygowanej rodzinie, flakom.

Przecież widać, że flaki.


Zadbałam także o ilustracje pomiędzy kolejnymi rozdziałami, przedstawiające naszych pupili.

Piesek bawi się z panem.


Z niewiadomych już teraz powodów, rozdział o tresurze zawierał ilustrację dwóch psów na polu namiotowym.

A może to miał być cyrk?...


Już w wieku pięciu lat dostrzegałam przerąbany los psa podwórzowego i obszernie omówiłam to zagadnienie w kolejnym rozdziale.



Pies pokojowy na dywaniku. Ujęcie zachwyca gracją.

Nie udało się ustalić, co to jest to coś z jego tyłu.


Nie zapomniałam także o psach myśliwskich. Proszę zwrócić uwagę na przepięknie oddany orzełek na czapce myśliwego.

No i to myśliwskie obuwie.


No i wreszcie ostatni rozdział - po latach ta ilustracja z niewiadomych przyczyn spodobała mi się najbardziej. Pies przewodnik pomaga swojej pani.

Ciemne okulary i laska nie pozostawiają wątpliwości.

Mam szczerze mówiąc nadzieję na sporo pozytywnych recenzji (nie na wyłącznie pozytywne, no nie wymagajmy od życia za wiele) i że wkrótce będę mogła rozpocząć rozmowy z wydawnictwami. Od razu proszę "Znak", żeby się nie fatygował, podpadliście mi wydawaniem strasznego badziewia i nie będę stała z nim na jednej półce. Oszczędźmy sobie wzajemnie straty czasu. Dziękuję państwu.

sobota, 28 marca 2015

Serweta Transoceaniczna :)

Czas leci jak szalony, jak zwykle. Dzisiaj notka na temat frywolitkowej Serwety Transoceanicznej. Z trackingu pocztowego dowiedziałam się, że dotarła dzisiaj do odbiorcy w USA, mogę więc wreszcie napisać o jej tworzeniu.

Zaczęło się rok temu - Gaba spytała, czy nie zrobiłabym dla jej ciotki, Lidki, "serwetki do koszyczka wielkanocnego". Proszę bardzo, dlaczego nie. Standardowo poprosiłam o sprecyzowanie życzenia: rozmiar i kolor? Okazało się, że jest to Bardzo Duży Wielkanocny Koszyczek, bo ma średnicę 60 cm. Tutaj odrobinę sklęsłam. Od razu odpuściłam wersję robienia serwety z Aidy 10 - wprawdzie taką średnicę osiągnęłabym bez większego trudu, ale rzeczy robione Aidą 10 są jednak mało finezyjne, bo to jest dość gruby kordonek. Poniżej jest zdjęcie mojej pierwszej dużej robótki - serweta wg wzoru Jana Stawasza, robiona Aidą 10 - i tak, jest piękna, do dziś jestem z niej niesamowicie dumna, ale jednak grubaśna jest nieco i tłustawa :)


Słowo się rzekło, zaczęłam szukać czegoś innego. Wzory Stawasza dają dość duże możliwości - ten człowiek był geniuszem frywolitki. Wiedząc, że zazwyczaj używał właśnie Aidy 10, i jaka jest proporcjonalna różnica w grubościach 10 i 20, znalazłam w jednej z jego książek wzór na serwetę o średnicy 80 cm, co w przeliczeniu na Aidę 20 dawało plus minus 60 cm.

(Problemem każdego kordonkarza jest to, że numeracja kordonków nie jest ujednolicona, i kordonek 10 firmy X ma zupełnie inną grubość niż kordonek 10 firmy Y, co powoduje zrozumiałe problemy. Szkoda, że tym się Unia nie zajęła.)

Od razu powiem, że wymiar podany w książce można było sobie o kant czółenka potłuc, bo mój finalny produkt uzyskał potworny rozmiar 75 cm średnicy!!! I tak sobie myślę - po cholerę podawać w ogóle wymiar w książce, skoro to nie ma najmniejszego sensu? No ale trudno, przepadło, autorowi tego nie powiem, bo już nie żyje, po prostu na przyszłość nie będę brała tego pod uwagę. Szkoda tylko, bo gdybym wiedziała, może zrobiłabym serwetę inną, mniej pracochłonną? Miałabym na nią więcej czasu i mniej nerwów, co przecież odbija się na wykonaniu!

... a może i nie, może zrobiłabym jednak tę. Bo choć po drodze było chwilami ciężko, to jednak efekt końcowy wyszedł super. A poza tym uwielbiam ten szczególny rodzaj dzikiej satysfakcji, którego nie czuję zbyt często, a mianowicie, że zrobiłam coś zajebiście dobrze :)

Jako że ustalenia i negocjacje rozpoczęłyśmy w połowie marca 2014, napisałam, że owszem, z przyjemnością zrobię serwetę, ale dopiero na kolejną Wielkanoc. Na tę już nie zdążę. Lidka się zgodziła, zaproponowałam, że serweta nie będzie nudnie biała, ale z "jasnego ecru" - bo jedna z internetowych pasmanterii miała na stanie cztery kordonki tego koloru, a wiadomo, że trzeba kupić od razu stosowny zapas, bo nagle może się okazać, gdy zabraknie, że takiego samego koloru już się nie kupi, bo przestano go produkować.

Oczywiście i tutaj nie obyło się bez problemu, bo po złożeniu zamówienia zadzwoniła do mnie pasmanteria informując, że owszem, cztery kordonki są, ale właśnie się zorientowali, że jeden jest z innej serii i w związku z tym w odrobinę ciemniejszym odcieniu (A NIE MÓWIŁAM?). Trudno. Kiedy przysłali mi zamówienie, odłożyłam na bok ten jeden kordonek, zakładając, że sięgnę po niego tylko wtedy, jeśli się okaże, że trzy motki nie starczą. Pewna byłam, że starczą ;) Nawiasem mówiąc, różnica w odcieniu była tak nieznaczna, że gdybym nie została o niej poinformowana, z pewnością sama bym jej nie zauważyła - dziękuję więc pasmanterii z Poznania za rzetelność i uczciwość :)

No i zaczęłam pracę - 21 marca 2014 :)


To jest luźno rozumiany początek, który zajął mi jakieś trzy tygodnie. Poza tym już po zrobieniu tego zdjęcia okazało się, że błędnie odczytałam schemat i na samym początku zrobiłam spory błąd, więc zrobiłam to samo jeszcze raz.

No ale potem powolutku, powolutku, poszło dalej.






Plątałam sobie spokojnie, plątałam, często odkładając robotę na bok i zajmując się innymi frywolitkami, ponieważ miałam jeszcze bardzo dużo czasu. A potem nadszedł TEN moment:


w którym uprzytomniłam sobie, że zbyt często odkładałam robotę na bok, bo nagle czas mi się potwornie skurczył, a ja nadal w lesie.

Obiecałam serwetę na Wielkanoc 2015 - a u mnie, proszę państwa, słowo droższe pieniędzy. Trzeba było podejść do sprawy rzeczowo i profesjonalnie. Wymyśliłam więc harmonogram dalszych prac:


I co najzabawniejsze, udało mi się :D


Końcówka była ciężka. Już nie z obawy, że nie zdążę, bo wiedziałam, że zdążę - ale z powodu monotonii. Wiem, że miałam to na swoje własne życzenie - mogłam wcześniej się na tym skupić, wcześniej skończyć i byłoby OK. Kolejna życiowa nauczka - następnym razem, gdy będę miała do wykonania dużą pracę, stworzę sobie taki plan od samego początku :)

No ale wreszcie zaczęłam zbliżać się do końca, wykorzystując każdą "wolną" chwilę - np. w pracy, podczas dwugodzinnego szkolenia online:


I w końcu nadszedł moment historyczny - tuż przed zrobieniem ostatniego kawałeczka, łączącego koniec ostatniego rządka z początkiem ostatniego rządka! 


Uwierzcie mi, że i to zdjęcie, i ostatnie słupki robiłam drżącymi rękami - a po zaciągnięciu ostatniej pętelki wyrzuciłam ręce w górę, wrzeszcząc na całe gardło: YESSS!!!

Chociaż było przede mną jeszcze sporo pracy - pranie, krochmalenie, UPINANIE!!!, prasowanie - to jednak wtedy już złożyłam obietnicę, że przez najbliższe pięć miesięcy nawet nie spojrzę na ecru. I że zrobię coś z możliwie najbardziej oczojebnych kordonków, jakie posiadam!!!

Po czym...

Najpierw było pranie z krochmaleniem, po którym należało Obiekt dokładnie wysuszyć przed podjęciem dalszych kroków, najlepiej na dużym, grubym ręczniku. Tu pojawił się mały, czarny problem:


Po pertraktacjach, Obiekt został wysuszony i przetransportowany na sklecone za pomocą fantazji miejsce suszenia:


... czyli na suszarce do prania został położony duży karton, na nim Frywolitkowy Ręcznik Do Suszenia, na nim zaś rozpięty Obiekt - ledwo się zmieścił, jak widać.

Rozpinanie Obiektów to w ogóle jest krew, pot i łzy, bo trzeba zadbać o prawidłowe ułożenie wszystkich detali - czasami wymaga to pracy ze szpilką, żeby jak trzeba równo wszystko ułożyć, i ładnie rozprostować wszystkie pikotki. A teraz sobie wyobraźcie, że pikotków do ułożenia jest powiedzmy osiemset. No. 

No ale w końcu przyszedł Ten Najpiękniejszy Moment - zrobienia pamiątkowych zdjęć przed wyekspediowaniem Obiektu do Miejsca Przeznaczenia :)







Jak napisałam - jestem cholernie dumna i odczuwam niebosiężną satysfakcję :) I nieprędko, jeśli w ogóle, zdecyduję się na powtórzenie tego wzoru. Zwłaszcza, że jeszcze tyle innych czeka na wypróbowanie! :) 

No ale napisałam również: "Po czym..."

Po czym już następnego dnia po zakończeniu robótki, a przed jej wykończeniem, zaczęłam odczuwać niepokój. I swędzenie palców. Zamiast się cieszyć, że już nie muszę niczego robić. Chodziłam po domu, tu przysiadłam, tam przysiadłam, wstałam, znów siadłam - narastało we mnie straszliwe ciśnienie, że PRZECIEŻ COŚ MUSZĘ ROBIĆ. Muszę. Muszę. Dajcie mi natychmiast coś!!!...

Poddałam się. Wyciągnęłam z szuflady wszystko to, co zarzuciłam wcześniej na rzecz serwety. W tym jedno niewątpliwie bardzo ecru...

A to małe bardzo kolorowe, to realizacja obietnicy
 o zrobieniu czegoś oczojebnego :)

środa, 11 marca 2015

Dużo do myślenia

W poprzednią sobotę byłam na szkoleniu „dla niegrzecznych dzieci” (by ochroniarz w WORD), czyli kierowców, którzy nałapali za dużo punktów karnych. "Za dużo" nie w sensie, że już przekroczyłam magiczną liczbę 24, ale jak w zeszłym tygodniu przysłali mi kolejny mandat, zdenerwowałam się lekko i uznałam, że czas sobie zniwelować punkty o 6, co można zrobić, biorąc udział w takim szkoleniu. Płatnym oczywiście. Ale co robić.

Spędziłam tam pięć godzin, najpierw było spotkanie z panią psycholog, a potem z panem policjantem. I uważam, że każdy kierowca powinien raz w życiu na takie szkolenie obowiązkowo pójść. To już nawet nie chodzi o te drastyczne zdjęcia, jakie nam pokazywano - było ich raptem kilka, choć nie powiem, mocne dosyć. Ale najważniejsze w moim przypadku okazały się filmiki z rozmaitych kampanii drogowych z całego świata. Dają do myślenia dużo bardziej niż zdjęcie trupa, którego głowa kończy się pod oczami. Zwłaszcza ten:



Poza tym i psycholożka, i policjant byli bardzo dobrze przygotowani do zajęć i widać było, że starzy z nich wyjadacze.

Towarzystwo było rozmaite, znaczna przewaga chłopa (tylko trzy panie, w tym ja), w tym kilku zawodowych kierowców, którzy tłumaczyli, że oni te punkty rąbią głownie dlatego, że muszą dowieźć towar na szóstą rano, albo wylecą z roboty. I trudno z czymś takim dyskutować :( Ale był i taki, który wyjaśniał, że ponieważ niektóre znaki są postawione głupio i niepotrzebnie, to on po prostu ignoruje większość :-/

Co do mnie, jeżdżę teraz ostrożniej. I mam nadzieję, że tak mi zostanie. U mnie zresztą każdy jeden mandat wynika z lekceważenia znaków ograniczenia prędkości (tak, szanowni państwo, spójrzmy prawdzie w oczy - "OK, siedemdziesiątka, przecież nic się nie stanie, jak pojadę dalej to osiemdziesiąt pięć" to jest lekceważenie), chociaż dwa razy w życiu zarobiłam mandat, bo... się zamyśliłam tak, że nie zauważyłam, że jadę przez wieś.

Natomiast rzec muszę, że straszne zdjęcia to jedno, ale niezwykle trudno utrzymać powagę, gdy fotografia zniszczonego wraku leżącego pod nasypem podpisana jest: "SPADŁA ZE ŚLIMAKA NA AUTOSTRADZIE". 

niedziela, 1 marca 2015

S'chn T'Gai Nimoy

"I liken myself to a steamship that's been going full-blast and the captain pulls that handle back and then says, 'Full stop,' but the ship doesn't stop. It keeps moving from inertia. It keeps moving. It keeps moving. It'll start slowing down, but it doesn't stop. It doesn't come to a dead stop. That's the way I am. I still have a few odds and ends things that I enjoy doing. I don't want to get up in the morning and have nothing to do that day. That would be boring." 


Tymi słowy Leonard Nimoy skwitował w maju 2012 swoje "przejście na emeryturę". Miał wówczas osiemdziesiąt jeden lat.

Z książki "I Am Spock" dowiadujemy się, jak bardzo zawsze był głodny życia, przygód; z jaką fascynacją i zadowoleniem przyjmował to, co mu się w życiu trafiało, jak wciąż szukał nowych wyzwań. Był nie tylko aktorem i reżyserem, był także poetą, pieśniarzem, fotografikiem. Przede wszystkim jednak - był człowiekiem o pięknej duszy.



Nie pamiętam dokładnie, dlaczego w ogóle -  jakoś tak w 2009 roku - kliknęłam na podrzuconego gdzieś na forum linka, prowadzącego do fanfika Luizy E'vivy Dobrzyńskiej "Czy leci z nami Polak", zwłaszcza że minęły już wtedy czasy, kiedy byłam "trekowa", a i tak wcześniej bliższą znajomość zawarłam wyłącznie z załogą kapitana Jean-Luc Picarda. Oczywiście wiedziałam, kim byli Kirk i Spock, ale pamiętałam ich tylko z jakichś dwóch czy trzech odcinków TNG, gdzie pojawiali się jako nawiązanie do starych czasów. No ale kliknęłam, zaczęłam czytać - i wsiąkłam natychmiast. Przy czym przygody wesołego Andy'ego były oczywiście zabawne i opisane z dużym humorem, ale nie dlatego czytałam kolejne strony z zapartym tchem, tylko dla Spocka. Zafascynował mnie natychmiast. Błyskawicznie sięgnęłam zatem po serial, z zachwytem przekonałam się, że serialowy Spock jest dokładnie taki, jakim go opisuje E'viva - i od tego momentu zaczęła się moja gorąca, dozgonna miłość do Spocka. 


(E'viva napisała zresztą jeszcze jednego fanfika - "Lot Von Brauna"będącego w pewnym sensie kontynuacją "Czy leci z nami Polak" i stanowiącego do dziś moją ulubioną trekową lekturę. Tam czytamy o Spocku w czasach dużo późniejszych, kiedy to Will Riker dostaje swój własny statek i rozstaje się z Picardem.)

Spock zadomowił się w moim życiu, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. Mogę powiedzieć, że towarzyszy mi od tamtej pory na co dzień.


Przez jakiś czas Leonard Nimoy nie interesował mnie specjalnie jako postać z krwi i kości, ale wyłącznie jako "dawca" wyglądu i charakteru Spocka. Bardzo dużo z siebie w jego postać włożył, co można zauważyć oglądając ST TOS - postać Spocka na początku jest niespójna, niedopracowana, niekonsekwentna, i dopiero w połowie pierwszego sezonu zyskuje swoje stałe cechy, które się nam dzisiaj ze Spockiem kojarzą. Początkowo Spock nawet wyglądał inaczej, i to, powiedzmy sobie szczerze, raczej nienajlepiej:


Zachowywał się tez inaczej - uśmiechał się, pozwalał sobie na dwuznaczne żarciki, a nawet spoufalał się z załogą, siedząc z nimi w mesie i grając na wolkańskiej lutni! Dodatkowo zatem jestem wdzięczna Nimoyowi, że wymyślił sobie i zrealizował takiego a nie innego Spocka, jakiego znamy dziś.

Lubimy Spocka z ST TOS, ale to jest mój ukochany Spock.

Z czasem, powoli, Leonard Nimoy zaczął zyskiwać moją gorącą sympatię również jako on sam - dowcipny człowiek pełen wdzięku i humoru, miły i serdeczny, bardzo poważnie traktujący fanów, fandom i swoją rolę w całej tej historii... a nie zawsze tak było, o czym opowiadał w swojej wcześniejszej książce "I Am NOT Spock". Zajęło mu trochę czasu, by przyznać się, że wiele Spocka jest w nim, a jego - w Spocku i że stali się nierozerwalni.

W "I Am Spock" Leonard Nimoy przytacza swoje liczne rozmowy ze Spockiem, 
a także opowiada, jak to Spock kiedyś... obraził się na niego...

Do reszty oddałam mu swoje serce po przeczytaniu "I Am Spock", którą dawkowałam sobie codziennie po  trochu, żeby nie skończyć zbyt szybko. Leonard Nimoy miał ten sposób pisania, który mnie podbija, humorystyczny, nieco ironiczny, z nutą kpinki i zdrowego dystansu. Spośród licznych anegdot z planu Star Treka, które w swojej książce przytacza, szczególnie ubawiła mnie ta, gdy studio wprowadziło ograniczenia w dystrybucji materiałów piśmienniczych (!) i kazało się z nich rozliczać (!!!), a aktorzy i ekipa wykpili i wyśmiali to niemiłosiernie, robiąc sobie z tego niezłą zabawę w postaci Tajemniczej Korespondencji, podrzucanej na biurka Ważnych Decydentów. Wśród której znalazło się i to:


Dzisiaj i ja, i Madzior, która od lat jest ze mną ze swoim własnym uwielbieniem dla Nimoya, przeżywamy żałobę. Odszedł ktoś, kto był dla nas niezwykle bliski, mimo że nigdy w życiu nie spotkałyśmy go osobiście. Kto był dla nas ważny i kochany. W komentarzach do bardzo ładnego pożegnalnego wpisu Zwierza ktoś napisał: "Był taki moment na Twitterze kiedy Nimoy zadeklarował że od dziś jest dla wszystkich przybranym dziadkiem. Że jeśli ktoś nie ma dziadka albo miał go w życiu za mało, to może teraz mówić że jego dziadkiem jest Leonard Nimoy." Ja osobiście nigdy nie uważałam Nimoya za substytut dziadka, aczkolwiek bardzo chciałabym, żeby moi dziadkowie, których nie poznałam, byli właśnie tacy jak on.


Madzior dodaje tutaj kilka słów od siebie: Są tacy ludzie, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy, a z którymi czujemy się ogromnie związani. Którzy mają wpływ na nasze myśli, postrzeganie świata. Taki był dla mnie Nimoy - poukładany, spokojny, logiczny. Ze wszystkich filmowych wersji Star Treka, te, do których on przyłożył rękę są do dziś moimi ulubionymi. I to jego "dziadkowanie" nam na twitterze... Ktoś, kogo znało się tylko z ekranu, stawał się zupełnie namacalny i żywy, bardziej "nasz", bardziej "swój". 

Nimoy to nie tylko Spock, ale Spock to tylko Nimoy. W oczekiwaniu na Miśkę spędziłam mnóstwo czasu na zapoznawaniu się z ST TOS, więc ma to dla mnie szczególne znaczenie, zwłaszcza, że wsiąkłam od razu w cały serial. Miśka ma jedno ucho Spocka.

Czy można przejść nad taką stratą do porządku dziennego? Nigdy. 

Są takie śmierci, na które nie ma we mnie zgody, których nie potrafię zaakceptować nawet po latach. I to jest i będzie jedna z takich śmierci. Leonard Nimoy nie miał odejść - miał żyć jeszcze długo. Żyć, być, twittować, opowiadać o Spocku. Miło mi myśleć, że nie odszedł, tylko że dołączył do Spocka, gdzieś tam, w gwiazdach - i zawsze tam będzie.


wtorek, 17 lutego 2015

Po pożarze Mostu Łazienkowskiego

Mieszkam - w linii prostej - jakieś czterysta metrów od Mostu. Po pożarze, o którym nie miałabym w ogóle pojęcia, bo wiatr zwiał dym w druga stronę (nawet na Żoliborzu śmierdziało) martwiłam się oczywiście, jak będzie z dojazdem do pracy. Co prawda zamknięty jest sam most, a wjazdy i zjazdy na/z estakady pozostają czynne, ale widziałam wczoraj, jak zatkała się Czerniakowska około 15:30... Dzisiaj poszłam do pracy. Rano - idealnie, wjazd na Trasę Łazienkowską bez problemu, a tam brak tych wszystkich aut normalnie co ranek pędzących z Pragi. Wręcz dziwnie się czułam, gdy prawie do samego Pomnika Lotnika było nas może kilkunastu :)

Nie wiem, jak to będzie jutro, kiedy będę wracała z pracy z półtorej godziny wcześniej niż dzisiaj, ale dzisiaj było więcej niż dobrze. Dopiero na zjeździe z Trasy Łazienkowskiej była chwila przestoju; poza tym na dole ruchem kieruje policja, wstrzymując tych, którzy jadą od strony Poniatowskiego, żeby ci z estakady mogli włączyć się do ruchu. Zielone światło na Czerniakowskiej też jest wydłużone, żeby maksymalnie upłynnić ruch. W sumie do domu jechałam 13 minut.

Tu od razu zaznaczam, że naprawdę cholernie współczuję tym, którzy mieszkają na prawym brzegu, bo mają zdrowo przerąbane, póki - jak to zwykle bywa - po kilku(nastu) dniach ruch się nie upłynni i usprawni, a i potem będzie trudno. Ale jednocześnie jako jedna z tych, którzy przez ponad półtora roku nie mogli korzystać z TŁ ze względu na remonty estakad, cieszę się, że tym razem kłopot komunikacyjny mnie zaledwie musnął.

A sam pożar rzecz przykra, smutna, fatalna, ale jak się okazuje, może być okazją do zrobienia pięknych zdjęć!

Fot. Wojtek Dobrogojski
A Barbarella jak zwykle w punkt! 

Mało kto przebije tegoroczną warszawską imprezę walentynkową, mało kto. Płonące naleśniki, płonące lody, płonące drinki – wszystko się chowa pod stół ze wstydem, gdyż Warszawa wystawiła w konkursie PŁONĄCY MOST.

(Kto nie zna jeszcze bloga Barbarelli, niech szybciutko nadrabia, no.)


piątek, 13 lutego 2015

Samo życie! Sama choroba!!!

W środę, czwartek, dziś i jutro - miało być tak:





A jest tak:


Wszystko było przygotowane - tylko się spakować i w środę rano wsiadać w samolot Air France po to, by spędzić popołudnie i wieczór nurzając się w paryskiej dekadencji z ludźmi z pracy (znanymi głównie z maila); w czwartek i w piątek spędzać pracowicie czas na roboczych spotkaniach, a w sobotę od rana jeszcze polatać po mieście, i wieczorem wsiąść w samolot do Warszawy - tym razem LOT-u.

Niestety, w poniedziałek po południu podstępnie i złośliwie zaatakowały mnie korzonki.


I o ile do tej pory zdarzyło mi się to kilka razy, to zawsze w natężeniu pozwalającym na normalną - acz powolną i pełną przekleństw - egzystencję. Tym razem było inaczej - już we wtorek rano okazało się, że wylot do Paryża, to ty sobie, drogie dziecko, możesz odłożyć na półeczkę, a póki co, to błyskawicznie lecisz do lekarza. Dopóki jeszcze możesz samodzielnie zejść ze schodów!

Najlepsze w tym jest to, że kiedy już wyszłam od lekarza z plikiem recept, skierowań i ze zwolnieniem do końca tygodnia, odczułam ulgę, że nie muszę lecieć do Paryża. I nie chodzi o to, że byłam tam już dwukrotnie, więc fajnie, że mam pretekst, by nie lecieć tam po raz trzeci, tym razem na wyczerpujące, pracowite spotkanie. Po prostu za każdym razem, gdy tam byłam, spotykało mnie coś złego. Naprawdę złego - nie że irytującego, np. zgubiłam bagaż czy dostałam mandat. Za pierwszym razem byłam tam mając zaledwie dziewiętnaście lat, i podczas mojego pobytu ludziom, u którym byłam, umarło malutkie dziecko... Nie chciałabym tego pamiętać, ale pamiętam, i nie zapomnę tego nigdy. I tyle na ten temat, więcej napisać nie jestem w stanie.

Za drugim razem to ja uległam wypadkowi, mianowicie ciężkiemu poparzeniu, które skończyło się z trudem opanowanym zakażeniem, długim leczeniem i przykrą rekonwalescencją.

Przez następne lata zastanawiałam się, co będzie, jeżeli będę musiała znowu tam pojechać, zapewne służbowo (prywatnie już po tym wszystkim nie planowałam)? Przejedzie mnie samochód? Samolot się rozbije? Kiedy dwa miesiące temu okazało się, że ten dzień nadchodzi, podeszłam do tego z wisielczą rezygnacją, na zasadzie "skoro już jedziemy, to spróbujemy zwalczyć pecha". Na szczęście, tym razem paryski pech był tak miły, że zaatakował mnie jeszcze przed wyjazdem.

Ale to był jedyny plus.

Dopiero podczas takiej choroby człowiek docenia to, co może robić, gdy jest zdrowy. Że może, przechodząc, schylić się i pogłaskać kota. Że może założyć skarpetki, nie wijąc się po łóżku, jęcząc, w poszukiwaniu pozycji, w której będzie mógł to zrobić, nie krzycząc z bólu. (Koniec końców, założyłam te skarpetki w pozie Warszawskiej Nike, mniej więcej.) Że daje jeść kotom, nie klęcząc na podłodze w kuchni, ostrożnie wyciągając rękę ku stojącym na blacie, wcześniej z płaczem podniesionym z podłogi, i napełnionym na blacie, miseczkom. Że sprząta kuwety, po prostu schylając się i wygarniając urobek do sedesu, a nie prawie leżąc na podłodze w malutkiej łazience. Że spędza dzień na sofie nie dostając szału i pierdolca na samą myśl, że owszem, leży się fajnie, ale nic innego nie wchodzi w grę, bo nie ma mowy o przejściu do drugiego pokoju do kompa, i tak dalej. Czy ja naprawdę kiedyś płakałam ze złości, że idę po mieście, i co kilka sekund rozwiązuje mi się śliskie sznurowadło?! O, jakaż byłam szczęśliwa, mogąc po prostu stanąć, pochylić się i je zawiązać!!!

W dodatku nie opuszczało mnie wspomnienie mojej matki, która, nie mając jeszcze czterdziestki, zaległa w łóżku na zapalenie korzonków na siedem!!! miesięcy, a do toalety "szła" na czworakach, posuwając się centymetr po centymetrze, wyjąc z bólu, płacząc strumieniami łez.

Dzisiaj jest już całkiem nieźle - po wczorajszym kryzysie, kiedy to skuliłam się rano na sofie, na przemian klnąc i płacząc z bólu, i wyłączając powiadomienia w telefonie, bo bolały mnie nawet przychodzące maile! Wieczorem leki zaczęły działać, nawet byłam w stanie wejść do wanny i się wykąpać. Dzisiaj nawet mogę się schylać!!! Jauuuuuu!!! Za jakieś trzy dni to pewnie może wyjdę z domu! :)

Ale kiedy już zupełnie stanę na nogi, to pierwsze, co zrobię, to pójdę na RTG i na rehabilitację. 

I na basen!!!! :)

A paryskiego pecha, mam nadzieję, jednak kiedyś poskromię.