środa, 17 grudnia 2014

No nie, jednak chorość?

Się obawiam, że zdławiona dwa (?) tygodnie temu Acatarem chorość jeno się przyczaiła. Podle się dziś czuję, obudziłam się "z chrypą i gardłem", a podczas pobytu u Wesolutkich to już mnie gorączka złapała.
 
... Ale jaka to jest frajda, kiedy na pytanie: "Macie tu pod ręką jakiś Gripex, bo czuję, że mam gorączkę?" zostaje wykonany telefon i z drugiego budynku przybiega pielęgniarka z listkiem Gripexu...
 
Kiedyś przyjechałam do nich z atakiem rwy kulszowej. Po czym po telefonie pojawiła się pielęgniarka z, przysięgam, zastrzykiem Ketonalu NA TACCE. O, czułam się jak królowa, maszerując za nią do drugiego pokoju!
 
Po prawdzie to mi trochę głupio, w końcu wiem, że i bez tego mają mnóstwo roboty. Ale też trochę rozumiem w tym momencie rządzących :-P

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zmęcz

Zdaje się, że jeszcze zatęsknię do krótkich służbowych wizyt pod ironicznym tytułem "nie ma co u was robić, ale muszę sprawdzić, czy się dobrze prowadzicie". Dzisiaj byłam na takowej - sam pobyt w klinice krótszy niż droga w jedną stronę, a skróciłabym go jeszcze bardziej, gdyby nie to, że umówiłam się na dwunastą trzydzieści w szkole dla niewidomych dzieci i nie było sensu opuszczać szpitala wcześniej, a potem siedzieć w samochodzie. Wróciłam do Warszawy o piętnastej, mała drzemka i już nawet nie pamiętam, że wyjeżdżałam.
 
Tymczasem od stycznia dostaję projekt ze szpiczakiem mnogim, mało to przyjemne będzie, a w dodatku niewykluczone, że będzie tam (niestety) strasznie dużo pacjentów, co może oznaczać wyjazdy dłuższe niż dwudniowe - przy onkologii jest potwornie dużo roboty, papierów, mnóstwo czasu wymaga opanowanie tego wszystkiego, żeby nie wyjść na ciula. I to już mnie trochę martwi.
 
No ale nic, zobaczymy, jak to się wszystko poukłada formalnie i będę kombinować.
 
Póki co, wyjazdy w nowym roku rozpoczynam dziewiątego stycznia - jadę na jeden dzień do Krakowa, i oczywiście jadę Pendolino ;) Po pierwsze z czystej ciekawości, a po drugie, co w tym wypadku jest najważniejsze, rozkład jazdy bardzo mi pasuje, zarówno wyjazd z Warszawy jak i powrót z Krakowa. Moja praca ma jeszcze i ten plus, że nakazane mamy jeździć pierwszą klasą (no, jeżeli ktoś woli drugą, to się mu nie zabrania, rzecz jasna), więc z przyjemnością kupię sobie bilecik na takową. I będę testować :)

niedziela, 14 grudnia 2014

Na ekranie dzidczego laptopa...

Jak to właściwie jest, że zaczynam oglądać film albo pierwszy odcinek jakiegoś nowego (dla mnie) serialu i od pierwszych minut już wiem, czy będę go oglądać dalej, czy poprzestanę na tym jednym, no, dwóch odcinkach (żeby się nazywało, że dałam szansę)? Też tak macie? U mnie to się sprawdza w 95%. Jeśli nie zaskoczy od razu - mogę sobie darować. Jednym z nielicznych wyjątków od tej reguły okazał się, o ironio i zgrozo, Sherlock - niektórzy może pamiętają jeszcze, jak to u mnie było, a w ogóle to tę historię kiedyś tu opowiem, bo wyszło wyjątkowo creepy :) 

Typowy, jaskrawy przykład miałam wczoraj. Ponieważ moja lista tułoczów ostatnio wydłużyła się niesamowicie (jedyna nadzieja w osiemnastu wolnych dniach, które już za chwileczkę, już za momencik, ok, czternastu, bo trzeba odliczyć rodzinny obowiązek), zaopatrzyłam się w nowe albo średnio nowe pierwsze odcinki rozmaitych seriali, aby wreszcie się nimi zająć. (Kilka dni temu na przykład oglądałam "Grantchester" i bardzo żałowałam, że do pociągu wzięłam tylko ten pierwszy odcinek ;) ) No i wczoraj właśnie zarzuciłam sobie najpierw "Outlander" a następnie "The Missing". "Outlandera" oglądałam z ostrożnym zaciekawieniem na samym początku, ale z minuty na minutę uwaga odpływała mi coraz bardziej, ożywiłam się na przepięknie pokazany i zilustrowany muzycznie taniec "wiedźm", po czym pięć minut po tym, jak dokonało się przeniesienie bohaterki w czasie (myślę, że nie spojleruję w tym momencie przecież), wyłączyłam. Jeden z przykładów filmu bez jaj, tak można by to określić. Niby ładne, niby ładnie grają, ale to wszystko jakieś wymuszone. Być może ma na to wpływ kolorystyka - wszystko takie szarawe, brązowawe, senne. Jak to na Wyspach Szkockich, ktoś może powie, tak, ale wzmaga znużenie ;)

Po południu natomiast zasiadłam do obejrzenia pierwszego odcinka "The Missing". Słowo daję, że nie minęły dwie minuty, a poczułam w środku coś, co nazywam sobie "prądzikiem" :) Ot, takie piknięcie czujnika obwieszczającego mi "To jest to". I oczywiście sprawdziło się. Obejrzałam ciurkiem trzy odcinki, z wielką niechęcią stopując film, gdy musiałam się na chwilę oderwać. Może obejrzałabym kolejne trzy, ale zrobiło się już późno, i na szczęście, bo jednak ten trzyodcinkowy ciurek nieco mnie zmęczył. Z przyjemnością będę kontynuować dzisiaj.

Nie jest to raczej takie objawienie jak "Broadchurch", chociaż kto wie, zobaczymy na końcu - wszak to dopiero ostatnie dwa odcinki Broadchurch tak mnie rąbnęły po psychice, że przez dwa dni chodziłam jak zaczadzona - ale już wciągnęło mnie bardzo głęboko. Trochę tylko męczy przeskakiwanie pomiędzy rokiem 2014 a 2006 - muszę się skupiać, żeby sobie przypomnieć, "kiedy" w danym momencie jesteśmy. Ale tutaj bardzo pomocna jest diametralna zmiana wyglądu bardzo przeze mnie lubianego Tcheky'ego Karyo :) (swoją drogą - jakże inaczej wyglądał w "Nikicie" :D )

Być może na mój odbiór tych pierwszych odcinków ma również opinia znajomych - istotnie opinie na temat Outlandera były ostrożnie pozytywne, a przy The Missing od razu wszyscy wybuchali okrzykami zachwytu. Ale tak nie zawsze jest, nie kręci mnie "Gotham", wysoko przez wszystkich oceniany (aczkolwiek tu zostawiam sobie jeszcze uchyloną furtkę, bo akurat pierwszy odcinek podobał mi się, a drugi przerwałam w połowie z jakichś tam przyczyn niezależnych - niemniej jednak, nadal nie odczuwam palącej potrzeby ściągnięcia sobie kolejnych kilku i natychmiastowego przystąpienia do oglądania), zupełnie nie wziął mnie "Penny Dreadful" ani "How To Get Away With Murder". (Obrzydzenie, autentyczne obrzydzenie, takie fizyczne, czułam przy próbie podejścia do "True Detective" i tu wyjątkowo nie rozumiem, że to się jednak komuś może podobać.) Po drodze był jeszcze bardzo miło, tak, to jest dobre słowo, miło przyjęty "Scott and Bailey", którego co prawda obejrzałam rzetelnie cały pierwszy sezon, ale po ostatnich napisach końcowych wyłączyłam z mieszaniną ulgi oraz irytacji - wystarczy. [mikro-spojler - nie do końca wszystko było dokładnie tak, ale mniej więcej w tym stylu] Coś za łatwo tym dziewczynom to wszystko przychodziło - a to poszły przepytywać mieszkańców i drzwi otworzył im sam morderca; a to inny morderca, zatwardziały i straszny, przyszedł na przesłuchanie jako osoba towarzysząca i wtem! się przyznał, pewnie wyrzuty sumienia mu spać nie dawały; a to poszukiwany przestępca zginął w wypadku tuż przed ich nosem... No i jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zirytowała, aczkolwiek już obyczajowa, nie konstrukcyjna - a mianowicie dwie córki bohaterki, w wieku mniej więcej dwunastu i czternastu lat nie będą już mogły chodzić na balet i inne zajęcia, bo (po odejściu ojca) nie ma ich kto odwieźć i przywieźć. A rzecz się dzieje nie w nieprzebytych puszczach Pogodna (Szpro!), tylko w mieście Manchester.

Bywa i tak, że na początku jest dobrze, a potem następuje gwałtowny zjazd. To "Luther", którego pierwszy sezon przebyłam z okrzykami zachwytu, a potem ledwo się nimi podzieliłam na fejsie, rozpoczął się sezon drugi i WTF. To, przede wszystkim, moje rozczarowanie pięciolecia, czyli "Hannibal", o czym napisałam swojego czasu osobną notkę (i jednak tych dwóch odcinków, jakie mi pozostały do końca, nie obejrzałam). 

Ale jest przecież i tak, że wracam do tego, co już wcześniej obejrzałam, co przy tej ilości rzeczy, jakie mam na liście, jest pewnego rodzaju wyczynem - i nie mówię tu tylko o Sherlocku i ST TOS :), tylko o "Cranford" na przykład, czy "Lark Rise To Candleford". Plus naturalnie liczne filmy, jak na przykład wszystko, w czym występuje Maggie Smith!

Było co oglądać, oj było w tym roku - "Fargo" (klękam!), "Breaking Bad" (kolejny przypadek, kiedy zaskoczyłam przy drugim podejściu, ale jak już zaskoczyłam, to wręcz pofrunęło), "Endeavour" (Roger Alllam! I muzyka!), "My Mad Fat Diary", "Chasing Shadows" (czekam na drugi sezon). "Whitechapel" (powtórzyłam oraz dooglądałam), "Ripper Street" (powtórka przed trzecim sezonem). I jeszcze trochę innych rzeczy. Teraz przerwa świąteczno-noworoczna, w której zabieram się do wspomnianej listy tułoczów - celowo nie wymieniam, co na niej jest, bo nie wiem, jak mi w praktyce wyjdzie ta realizacja planu, aczkolwiek i sugestie Kochanych Czytelników są bardzo mile widziane :) A w nowym roku też, jak widzę po rozmaitych planach i zapowiedziach, nie będzie można na brak fajnych rzeczy narzekać. 

czwartek, 11 grudnia 2014

Kazioszczukizm ma się dobrze

Lubię bardzo czytać recenzje, artykuły i ogólnie "notki" na temat Jeżycjady. Jestem, jak wiecie, starym fachowcem jeżyc(jadz)kim i zawsze przy podobnej lekturze albo z przyjemnością kiwam głową, wydając pomruki uznania, albo uśmiecham się radośnie, albo unoszę do góry brwi, albo wzdycham ciężko (to ostatnie zwykle przy tekstach, w których pojawiają się w dużych ilościach znaczniki "miła", "ciepło", "zawsze marzyłam", "Gabrysia", "kocham", "w dzisiejszych czasach", no, wiecie). 
 
Cieszę się bardzo, gdy widzę przy tej lekturze, że nie wszystkie czytelniczki wyłączają przy Jeżycjadzie myślenie, że widzą te wszystkie wpadki, niedociągnięcia, absurdy, brak researchu, no słowem to wszystko, co sprawiło, że - tak, decyzja została podjęta po przeczytaniu "Wnuczki" - rozstaję się z wszystkimi tomami Jeżycjady nieodwołalnie już wkrótce (nie wiem tylko jeszcze, czy wystawię je na Allegro, sprzedam po znajomych, czy oddam do biblioteki) . Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby każdy taki wpis stanowił hurrakrucjatę na Musierowicz i jej twórczość, hejtowanie szybko mnie nudzi, ale jako rzekłam, dobrze czytać. No ale nie do końca.
 
Tekst "Ratunku, jestem Romą! czyli..." który pojawił się na wordpressie w sierpniu, widziałam już wcześniej z całą pewnością, natomiast zważywszy na moje sierpniowe zapierdalanto, tak do końca go nie zarejestrowałam. Kilka dni temu natrafiłam na niego ponownie, dzięki koleżance Carrie. I tu się Dzidu ucieszyło :D
 
Od razu zastrzegam, zupełnie serio - jest w tej notce mnóstwo spostrzeżeń mądrych, celnych, głęboko trafnych. Przy nich to kiwałam, pomrukując. Ale nad tym całym miastem mądrości i trafności górują przeraźliwie trzy wieże, których nie można nie zauważyć, zwłaszcza że siedzą na nich Kazia Szczuka oraz Ewa Szykulska z korkociągiem do wina. Na każdej :D
 
Wieża pierwsza, najskromniejsza:
 
"(...) Patrycja zakochuje się poniekąd w swoim gwałcicielu, to jest w facecie, który całuje ją bez jej zgody i wbrew jej woli. (...) Baltona to nie jedyny gwałciciel w Pulpecji. Również miły Marcelek, doprowadzony do rozpaczy przez emanującą erotyzmem wbrew swoim chęciom Patrycję (piękne zwalanie winy na ofiarę), wlecze ją siłą do samochodu i po prostu porywa."
 
Doskonale rozumiem, co autorka chciała przez to powiedzieć. Robienie nam czegoś wbrew naszej woli, w dodatku w połączeniu z presją fizyczną  - choć nie tylko, przemoc psychiczna boli nie wiem czy nie bardziej - czy chodzi o niechciany pocałunek, czy też o ciągnięcie do samochodu, czy cokolwiek, jest zadawaniem gwałtu naszym chęciom, potrzebom, decyzjom. Naszemu życiu i osobowości. Zgadzam się z tym, popieram, sama kiedyś tak wyrżnęłam - odruchowo, wprawdzie - człowieka przy podobnej okazji, że omal go niechcący nie zabiłam. A jednak, nazywanie w tym kontekście i w tej konkretnej sytuacji, Baltony "gwałcicielem", oraz  nazywanie w tym kontekście i w tej konkretnej sytuacji "gwałcicielem" Marcelka sprawiło, że usłyszałam z oddali dyskretne klekotanie korkociągu. NO PROSZĘ.

Wieża druga, nieco wyższa i okazalsza:

"Autorka potraktowała albowiem Romę po prostu podle, każąc jej brać idiotyczny ślub w wieku niespełna dziewiętnastu laty, tylko dlatego, że nie chciał jej jakiś podrywacz i babiarz. Romę, która była inteligentna, choć może niespecjalnie urodziwa, miała ambicje, zainteresowania i rozmaite umiejętności. Tę Romę autorka wpakowała w związek małżeński jako remedium na złamane serce. Zamiast wysłać ją na studia do innego miasta, kazać jej rzucić się w wir pracy społecznikowskiej lub eksperymentować seksualnie z koleżankami z akademika. Dziś nie mogę tego zrozumieć jeszcze bardziej niż wtedy."

Nie, nie mam zastrzeżeń co do pierwszych trzech zdań. To, co MM zrobiła Romie, do dzisiaj przyprawia mnie o zgrzytanie zębów i tego ja także do dziś nie rozumiem. Natomiast przy zdaniu czwartym ryknęłam śmiechem. Mieć pretensje do Musierowicz, że nie kazała nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie w ramach odkochania się "eksperymentować seksualnie z koleżankami z akademika" to jak mieć pretensje do Dziwisza, że nie nawołuje do rozwiązania Kościoła Katolickiego. No ludzie, błagam. Myślmy przy pisaniu, myślmy o tym, na czyj temat piszemy. Poza tym - a dlaczego niby seksualne eksperymenty z koleżankami miałyby być lepszym remedium na złamane serce niż wyjście za mąż za pierwszego lepszego, który się trafił? I to, i to, jest/byłoby w Jeżycjadzie równie bez sensu, i to, i to jest zwyczajnie durnym pomysłem.

No i na koniec, Panie i Panowie, wieża numer trzy - nie tylko najwyższa oraz najokazalsza, ale przyozdobiona dodatkowo koroną, jak hejnalica Kościoła Mariackiego w Krakowie...

Pamiętacie, oczywiście, bo to było jeszcze w "fajnej" Jeżycjadzie, scenę, gdy po swoim weselu Ida i Marek lądują w swoim pokoju? Wzdychają: "nareszcie sami", Ida Marka całuje (wąsy pachnące kawą, yyy, pomijam), po czym dostrzega, że coś się czai za szafą = ktoś jest w pokoju. Po czym zapala światło i wywleka zza szafy swoje siostrzenice, które, jak się okazuje, wymyśliły sobie, że zrobią niespodziankę - "jak na tych filmach amerykańskich, wszyscy się chowają w pokoju i krzyczą 'surprise' po zapaleniu światła". I "myślałyśmy, że zaraz zapalicie światło, a wy nic i nic. No i jakoś tak wyszło. Nie wiedziałyśmy, co robić". Potem następuje straszliwie żenująca scena, kiedy to dziewczynki zmuszają nowego wuja do gry w makao, a zwabiona zamieszaniem Gabriela, zamiast wziąć swoje dzieci za wszak i wyprowadzić je z informacją: "To był długi dzień, Ida i Marek są zmęczeni, idziemy wszyscy spać", stoi jedynie w progu i z uśmiechem przygląda się temu, co się w tym pokoju dzieje, powtarzając tylko : "no to już chodźmy". Pamiętacie, prawda?

No to przeczytajcie, co pisze Autorka wpisu. Pogrubienie jest moje i celowe:

"... przedwcześnie rozbudzona erotycznie lolitkowata Laura, która do tego stopnia zazdrości ciotce faceta, że próbuje zakłócić ich noc poślubną".

Dżizas. Kurwa. Ja. Pierdolę. Ja nie wiem, co trzeba mieć we łbie, i jak się to coś nazywa, żeby w ten sposób skwitować opis sytuacji: "najpierw rozochocone imprezą dzieciaki (Laura miała wtedy niecałe osiem lat!) chciały zrobić dowcip cioci, a następnie ich nieudolna i zbyt wyluzowana matka nie potrafiła ich przez dłuższy czas poskromić i zabrać do spania". AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

I to właśnie nazywam kazioszczukizmem. Bo to Kazia właśnie specjalizowała się swojego czasu (uczciwie zaznaczam, że nie wiem, jak jest teraz) w podobnych tekstach, jak "samcza, idiotyczna, infantylna kultura igrzysk" (odnośnie Euro 2012 w Polsce). W tekstach, które, jak to wspominałam, były tylko i wyłącznie strzałem w stopę feministek: "No nie, przecież tych nawiedzonych idiotek nie sposób traktować poważnie". Tekst Kazi był głupi, bo Kazia starała się doszukać w nim tego, co chciała widzieć, nie patrząc na całość. Dokładnie to samo zrobiła nasza Autorka.

OK. No to teraz przyjrzymy się Feministce Barbarze z pociągu w tomie "Nutria i Nerwus", która mówi:

"Gabriela, (...) kiedyś to była kobieta w miarę niezależna, kobieta, która umiała rzucić wyzwanie swemu środowisku, opuszczając męża (...) ale teraz woli tonąc w oceanie cnotliwej poczciwości, budując nową świątynię rodzinną, czyli nowa pułapkę dla swej indywidualności."

Czy te brednie nie brzmią jakoś znajomo?...

Musierowicz wprowadziła postać ostrzyżonej na jeża feministki w metalowych okularach, dymiącej papierosowym dymem w (te biedne, chore) oczy pasażerom, jako odpowiedź na krytyczne felietony Kingi Dunin dotyczące Jeżycjady. Można dyskutować nad tym, czy jej się to udało, czy nie. Ja natomiast nie widzę żadnej różnicy między feministycznie nawiedzonymi wypowiedziami Barbary, a zacytowanymi przeze mnie fragmentami. I tamto, i to jest po prostu kompletnie głupie. Jedyna różnica jest taka, że Musierowicz celowo i złośliwie skarykaturowała postać feministki, natomiast nasza Autorka napisała to, co napisała, śmiertelnie poważnie.

No i wyszło to, co wyszło.

Ech.
 

piątek, 28 listopada 2014

Kaloryferiada

Położę na początek to, co w temacie napisałam na fejsie, bo tam zaraz zniknie, a uważam, że ładnie mi wyszło.
 
Podczas mojej wczorajszej nieobecności...
Kaloryfer łazienkowy odczepił się z rurek i wychylił się na korytarz. Spojrzeli na siebie z kaloryferem przedpokojowym.
- Dobra, to co?
- No. Wystarczająco dostała w kość.

- Myślisz, że już nie będzie zrzędzić i jęczeć, że nie dawaliśmy się normalnie przykręcić?
- Nieeee, teraz to ona będzie bała się nas dotknąć.
- Hehehe!
- Hehehe!
- No to co, grzejemy?
- Grzejemy!!!!
 
Niemniej jednak, wpis powstaje, bo (świeżo opanowana) grzewcza sytuacja krytyczna skłoniła mnie do rozmyślań o podstawowych potrzebach człowieka. Oczywiście Ameryki tutaj nie odkrywam, bo i jak niby, ale wychodzi na to, że podstawowe potrzeby człowieka to pokarm, ciepło i bezpieczeństwo, no nie? Pomińmy tym razem kwestię pokarmu....
 
 
Podczas tych kilkunastu dni walki z kaloryferami nawet nie wkurzał mnie za bardzo sam fakt, że jest chłodno - przede wszystkim dlatego, że jeszcze tak strasznie nie było. Owszem, późnym popołudniem nagle robiło się dość zimno i wtedy puszczałam w ruch dmuchawę, ale potem już nawet po jej wyłączeniu i ponownym ochłodzeniu dało się spokojnie wytrzymać nawet w krótkim rękawku, czy też - uwaga, wyznanie intymne - po wyjściu z kąpieli spokojnie przechodziłam w stroju Ewy do sypialni i tam dopiero wskakiwałam w koszulkę nocną. Podobnie po ablucjach porannych. Nie było dramatu "łojezujezuzzzzziiiimnonatychmiastgaloppodkołdrę!!!!!"

Natomiast czułam się cholernie niekomfortowo przede wszystkim dlatego, że, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, straciłam poczucie bezpieczeństwa w swoim domu. Dom kojarzy się, między innymi, z ciepłem, także takim fizycznym. Zmarznięty człowiek galopuje do domu ciesząc się z góry, że zaraz zrobi mu się ciepło. Więc jeśli tego ciepła nie ma... I jeśli co gorsza, zaczynam się bardzo porządnie martwić - i tym razem jest to zmartwienie zasadne, nie jak te opisywane parę postów niżej - że lada dzień mogą przyjść mrozy, i wtedy zrobi się naprawdę niefajnie - to tracę to poczucie bezpieczeństwa w miejscu, które jako pierwsze po opuszczeniu rodzinnego gniazda całym sercem nazwałam Domem*. I to jest cholernie niefajne.

Miałam szczęście (poparte działaniami moimi oraz naprawdę rzetelnie przejętej moim kłopotem Administracji) - kaloryfery rozgrzały się na całego wczoraj, a dzisiaj jest już mrozik. Kiedy piszę te słowa, mam nawet lekko uchylone okno :) Nie, nie dlatego, że w domu jest już aż tak ciepło, bo to trochę potrwa, zanim wszystko się zagrzeje, ale czasami siedząc przy kompie zapalam papieroska, dzisiaj też, i musi się wywietrzyć. Ale gdyby było zimno, żadna siła by mnie do tego papieroska nie zachęciła ;) Ergo, jest dobrze. Dzidomek nadal jest Dzidomkiem :)

*a przecież mieszkałam w międzyczasie w miejscach różnych, w tym w tzw. Norze przez trzynaście!!! lat. Ale Dom, Dzidomek jest dopiero tutaj.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Pijenkny umysł

Oglądałam wczoraj kawałek filmu dokumentalnego o KL Oranienburg. Padło tam zdanie: "więźniowie byli bici i wpychani do lodowatej wody".

Od wczoraj tłucze mi się po głowie:
"Biła więźniów i wpychała ich do lodowatej wooooo!..."

niedziela, 23 listopada 2014

O reklamach słów kilka, czułości pełnych

Podziwiam - i nieco im zazdroszczę - tych, którym nie przeszkadzają reklamy w radiu i telewizji. To znaczy w czasie, gdy startuje blok reklamowy, oni idą do kuchni zrobić herbatkę, podlewają kwiatki, albo przeglądają gazetę, spokojnie czekając, aż się skończy. Ewentualnie w tym czasie leniwie zmieniają kanał. Ewentualnie oglądają czasami reklamy dla jaj, a potem wyśmiewają je okrutnie na swoim blogu, jak to genialnie zrobiła ongiś Królowa Matka, i to kilka razy, a pierwszy raz był TU.
 
Podziwiam i zazdroszczę, ponieważ ja reklam nienawidzę. A kiedy mówię "nienawidzę", nie mam na myśli tego, że mnie denerwują, że złości mnie jakiś ich aspekt, albo że nie znoszę jakichś konkretnych reklam, np. jednego producenta. Mam na myśli to, że ich naprawdę nienawidzę: ciężką, gorącą, GŁĘBOKĄ NIENAWIŚCIĄ. (capslock włączył mi się niechcący, ale w dobrym momencie, więc niech już zostanie) Nienawiścią, która powoduje, że w chwili rozpoczęcia reklam ręka natychmiast skacze mi na przycisk mute, nierzadko z ordynarnym słowem na ustach. Która powoduje, że kiedy ktoś u mnie w domu nie wycisza reklam, a ja w tym czasie jestem w innym pokoju albo w łazience, natychmiast robi mi się kwadratowa głowa i zamieniam się w kłębek czegoś bardzo nieprzyjemnego i zionącego czymś brzydkim. O mękach, jakie przeżywam w taksówkach, którymi parę razy w miesiącu jeżdżę, aż szkoda mówić (w zasadzie mogę poprosić kierowcę o wyciszenie, ale już bez przesady, zdaję sobie sprawę, że to jest mój własny świr). W zasadzie jedynym miejscem, gdzie reklamy mogę jakoś przeżyć, jest kino, pewnie dlatego, że wiem, że muszę je przeżyć, a pilota tam niestety niet.
 
Reklamy są głupie, nachalne, głośne, drażniące, natrętne i męczące. Są debilne i bez polotu. (Umówmy się przy tym, że nie mówię o błyskotliwych perełkach, jakie można zobaczyć na festiwalach reklam i na youtubie, a wieści o nich przekazywane są z linka na link, ani nie mówię o reklamach "Żubra". Ja mówię o 99,9999% tego gówna, jakim nas raczą media.)
 
Od dwudziestu mniej więcej lat rynek reklamowy w Polsce działa na pełnych obrotach. Wcześniej były dramaty prosto z niemieckiej tv, dubbingowane kulawą polszczyzną ("wszędże na szfieczie, gdzie szyją wszpanijałe pszy, jeszt tylko jeden pokarm czempionów"), czy kulawo tłumaczone ("omo - to wie się, co się ma"), ktoś to jeszcze pamięta? Ale tak mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych to się zmieniło, mamy własny rynek, i od tamtej pory... nie zmieniło się NIC.
 
Od dwudziestu lat widzimy w reklamach dwudziestoletnich rodziców z ośmioletnimi dziećmi (zawsze różnej płci) i biszkoptowym labradorem. Od dwudziestu lat pani wyciąga z wieczorowej torebki płyn do usuwania plam, niebieski płyn leje się na podpaskę lub pieluszkę jednorazową, lśniący luksusowy samochód jedzie gładką szosą w pięknych okolicznościach przyrody, pan namawiający nas do inwestycji finansowych idzie raźnym krokiem ku nam przez ekran, a akcja reklam telefonów jest tak maksymalnie głupia i daleka od skojarzeń z telefonami, jak tylko to możliwe. Panie czyszczą zafajdaną do niemożliwości łazienkę, panowie piją piwo w hałaśliwym miejscu pełnym innych panów. Kropla płynu do naczyń spada na tłusty talerz i spycha tłuszcz ku brzegom. Molekuły na "symulacji komputerowej" odrywają cząsteczki czegoś od cząsteczek innego. Piękne, lśniące włosy spływają gigantyczną falą na damskie plecy. Z przeczesywanych krótkich włosów męskich na początku reklamy na ramiona spada grad łupieżu, na końcu - już nie. Wciąż i wciąż to samo, to samo, to samo i to samo.
 
A wszystko okraszone znienawidzonymi, powtarzanymi w co drugiej reklamie słowami:
- "odkryj..." (mój numer jeden - okazuje się, że można nawet "odkryć wypłatę bez prowizji")
- "twoja skóra..." (też wysokie miejsce na podium)
- "grypa i przeziębienie..." 
I tak dalej.
 
W dodatku, żeby jeszcze było gorzej, emitowane są wciąż te same reklamy. Nie tylko tych samych produktów: te same. Więc ja się pytam: ile razy na godzinę mam patrzeć na panią Brodzik w czerwonej bluzce i pana Brodzika z miną idioty, ewentualnie na sympatyczną skądinąd blondynkę w bijących rekordy debilizmu reklamach Playa? Oraz słuchać tego, co mają do powiedzenia?
 
Zero finezji, pomysłowości, humoru. Dużo za to głupoty, która ma zapewne zwracać uwagę. Wciąż te same, powielane od lat dwudziestu (u nas!) kalki. Oczywiście dlatego, że według mądrych badań to właśnie jest skuteczne. A ja się pytam: co z tego? Panie i panowie lekramiarze, uważacie siebie za przedstawicieli zawodu kreatywnego, pomysłowego, twórczego? Gdzie się podziała wasza kreatywność, twórczość, pomysłowość? Skoro jesteście tacy super, ruszcie łby i wymyślcie coś nowego, co też będzie skuteczne, ale oderwie się wreszcie od tych wszystkich żałosnych szablonów, które już naprawdę wyłażą uszami.
 
I odczepcie się wreszcie od tego pieprzonego "odkryj"!!!
 

Pośpiech jest źródłem nieporozumień

Z wiadomości do Madziora:

No to już masz wszystkie cztery odcinki. Własnie miałam ci pisać, jak fajnie Noel Clarke wyprzystojniał, a on akurat wstał z łóżka nagusieńki i aż zagwizdałam.
(tyłem)

Tyłem wstał, nie tyłem zagwizdałam!

środa, 19 listopada 2014

Wyprowadzona z równowagi

Pracowo dupa. Prywatnie dupa. Kaloryfery dupa, będą mi rozwalać pół chaty, ale dopiero w środę, do środy będzie zimno. Boże, co za życie. Żaczek.

wtorek, 18 listopada 2014

Wyciszyć się

Potrzebuję zdecydowanie uspokojenia, wyciszenia. Zauważyłam, że coraz bardziej nerwowo reaguję na rozmaite rzeczy teraźniejsze i przyszłe, takie, które po opanowaniu się wywołują pełne rezygnacji pytanie "i co cię właściwie tak przeraziło, idiotko?"
 
Stan wyluzowania i braku napięcia jest tak miły i tak pozytywny, że jeszcze sam przez się zwiększa - brak napięcia powoduje wyluzowanie, wyluzowanie powoduje brak napięcia, brak napięcia... itd. Niestety, nie jest łatwo mi go osiągnąć.
 
W momencie, gdy dochodzi się do takiego etapu, że nawet w łóżku podczas snu ma się napięte mięśnie szyi, a perspektywa pójścia do bankomatu wywołuje lekkie mrowienie w żołądku, bo być może okaże się nieczynny (i trzeba będzie pójść do innego dwieście metrów dalej), to już czerwone światło na skrzyżowaniu. Plus dochodzą jeszcze rozmaite niemiłe objawy, na przykład "powinnam wstać i pójść poszukać czarnego kordonka 20, ale boję się, że nie będzie go tam, gdzie powinien być, i będę musiała szukać go po całym domu"... To ostatnie nie jest takie absurdalne, jakby się mogło wydawać - z roku na rok jestem coraz bardziej niezorganizowana, mimo iż właśnie próbuję sobie pewne sprawy usprawnić, zorganizować, uporządkować, ale nic mi z tego nie wychodzi. Więc ja się po prostu boję, że pójdę po ten przykładowy kordonek, który przez ostatnie dwa lata leżał w TYM miejscu, w TEJ szufladzie, i okaże się, że wcale go tam nie ma (bo akurat tydzień temu zachciało mi się w ramach organizacji przełożyć go w inne miejsce, i tak, na pewno będę pamiętać, gdzie - ależ oczywiście!). To jest to POTWORNIE stresująca sytuacja i naprawdę czasami doprowadza mnie do łez. W ten sposób giną mi rozmaite rzeczy (aby następnie odnaleźć się, gdy już nie są mi potrzebne) - a najbardziej jest wkurzające to, że zanim zaczęłam się za nimi rozglądać, wciąż miałam je przed oczami. Ot, taka wysuwana miarka metrowa, idealna przy robocie frywolitkowej, bo jest cienka, miękka, łatwo się wyciąga. Przez ostatnie dwa czy trzy miesiące leżała w specjalnym korytku na stole (na którym z reguły leży wszystko, co muszę mieć pod ręką podczas robótkowania). Kilka dni temu musiałam coś zmierzyć - miarki nie ma. Nie ma. Wcięło.
 
Robienie z tego problemu mogłoby się wydawać przesadą, gdyby nie działo się bez przerwy. Zaczynam widzieć swojego ojca, który w robieniu wokół siebie bałaganu nie ma sobie równych, i naprawdę mnie to przeraża. Wiem, że muszę coś z tym zrobić, ale nic mi się nie udaje. Na jednym polu osiągnęłam sukces, mianowicie w kordonkach, ale już dodatki (koraliki itp.) nadal żyją w chaosie. A poza tym - tylko na jednym polu. Bezwład, w jaki wpadam w domowych pieleszach, kiedy trzeba coś zrobić, coś zadziałać, wydaje mi się kompletnie nie do przezwyciężenia.
 
I tak zaczęłam o potrzebie wyciszenia, a skończyłam na potrzebie posprzątania. Chaos, chaos mną rządzi niemal całkowicie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wnuczka w bryczce

Na wstępie pozwolę sobie zacytować Królową Matkę, która także popełniła już piękną recenzję "Wnuczki do Orzechów":
 
Jeśli ktoś nie czytał książki, a chciałby spojrzeć na nią świeżym okiem, proszony jest uprzejmie o oddalenie się spacerowym krokiem w inne rejony internetu.
 
Ostrzeżenie przekazane, ruszajmy.
 
Po tym, jak Małgorzata Musierowicz uczęstowała nas zupełnie nieczytable "McDusią" (bez litości zresztą rozdyźdaną przez nas na Armadzie), miałam poważne wątpliwości, czy kupię "Wnuczkę do orzechów". Z czasem uznałam, że tak, po prostu dlatego, że skoro mam już dziewiętnaście poprzednich tomów Jeżycjady, to nie przerwę kupowania ich w tym momencie. Ale jeżeli "Wnuczka" okaże się równie beznadziejna, to jednak będzie to ostatni przeze mnie kupiony tom, a całość wyląduje na Allegro. Okazało się, że "Wnuczka" w matrasowej przedsprzedaży internetowej kosztuje 24,99 (co notabene skłania do rozważań na temat cen książek jako takich), a zatem założyłam, że lepiej żałować zmarnowanych dwudziestu pięciu złotych aniżeli czterdziestu, zamówiłam i odebrałam w ubiegły poniedziałek.
 
I oczywiście od razu zabrałam się do czytania. Ja mam bowiem tak z Musierowicz, że kupuję, natychmiast czytam pędząc naprzód, łykam kartkę po kartce, muszę wiedzieć, co dalej, muszę, muszę, muszę. Nawet jeśli książka okazuje się kiepskawa czy wręcz fatalna - refleksje, opinie, wnioski, przychodzą dopiero po zamknięciu dzieła, po całkowitym jego przeczytaniu. Algorytm jest mniej więcej taki: szybko przeczytać - przeczytać drugi raz, zaraz po pierwszym, wolniej i spokojnie - pomyśleć - wyciągnąć wnioski. Wnioski od "Języka Trolli" niestety, mocno dla Autorki niepochlebne. No ale jako rzekłam, do czytania przystępuję natychmiast po zakupieniu i nie przerywam, dopóki nie skończę. Raz kiedyś przez to oblałam egzamin...
 
No i tym razem...
 
Doszłam mniej więcej do czterdziestej strony. Początek wywołał we mnie sporo uśmiechu, roześmiałam się pierwszy raz na stronie dwunastej! To ważne, bo doprawdy nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się przy Musierowicz... a nie, pamiętam! Przy "Czarnej Polewce", przy scenie oświadczyn Wolfiego. Czyli, bagatela, osiem lat temu. A tu natknęłam się na cudowne zdanie: "gęsi przejawiły jaskółczy niepokój" i parsknęłam serdecznie :)
 
Natomiast przy tej czterdziestej stronie nagle to JA przejawiłam jaskółczy niepokój. Mianowicie nagle pomyślałam: "a może odłożyć lekturę na później i porobić frywolitkę?" Przemogłam się. Przeczytałam kolejne dwadzieścia czy trzydzieści stron. I znowu: "A może doczytam później?..."
 
Przemogłam chęci i przeczytałam jednak całość, co prawda walcząc z pokusą odłożenia książki mniej więcej co trzydzieści stron. A kiedy w pewnym momencie pomyślałam: "o matko, dopiero połowa" (zamiast, jak zawsze przy wcześniejszych tomach: "oooo, już połowa!"), wiedziałam już, że chociaż nie jest źle, to jednak jest niedobrze.
 
Bo "Wnuczka do orzechów" jest najzwyczajniej w świecie POTWORNIE NUDNA.
  
To jest książka o nie wiadomo czym. O Dorocie, która sobie jest. Tu jeździ, tam siedzi, tu rozmawia, tam spotyka tajemniczego młodzieńca... Ale to wszystko jest tak bardzo nijakie! W ogóle tam wszyscy bohaterowie tylko , i to w niezwykle nieprzekonywujący sposób. Rozmawiają, ucztują, piszą do siebie maile... Maile, dodajmy, jak dla mnie męczące, długie, rozwlekłe - nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że niektóre z nich są autorstwa Idy, która wręcz pisząc do Gabrieli zauważa triumfalnie: "(...) mówisz, że za wiele mówię. A teraz, kiedy nie mówię, mogę się nareszcie w pełni wypowiedzieć." I wypowiada się, o Borze Wszechlistny, jak bardzo się wypowiada! Opis tego, jak Ignacego G Strybę ugryzł szerszeń (tak, znowu go ugryzł szerszeń, tu jeden z kilku moich zniecierpliwionych okrzyków: "ale to już było!!!") zajmuje w książce dwie strony! I nie mam zamiaru twierdzić, że można było to zawrzeć w jednym zdaniu "Ignasia ugryzł szerszeń i pszczoła na dodatek, ależ ten chłopak ma pecha, spuchło i bardzo go boli", bo logorea Idusi (czy logorea może być na piśmie?) musi jakoś znaleźć sobie ujście, ale może jednak bez przesady? Ten opis jest długi i cholernie rozwlekły, a poza tym częściowo znamy sytuację z wcześniejszej narracji, więc doprawdy można było go jednak odrobinę skrócić.
 
Pojawiają się też Borejkowie, aczkolwiek z rzadka - i znowu to samo, oni po prostu niemrawo są. Prowadzą jakieś rozmówki, pichcą, dyskutują o lekturach, a mnie szczęka od ziewania rozwiera się o 180 stopni. Stary Borejko jak zwykle prowadzi długie, męczące dysputy czy raczej monologi. (Słowem kluczem w tym tomie jest tożsamość - lecą obfite cytaty z Tatarkiewicza, ale jest i Ionesco. No, mamy i poezję, tym razem odrobinka Wierzyńskiego i Bronisława Ostrowska.) Właściwie mam wrażenie, że mamy do czynienia z pokazaniem, co u Borejków, tak jakbyśmy oglądali reportaż filmowy. Natalia omdlewa od upału, Marek chodzi posępny, bo pokłócony z Idą, Pulpa pichci... Gabriela jak zwykle dba. O świat. I może na tym poprzestańmy, bo nawet to dbanie jest tym razem jakieś takie nieprawdziwe.
 
Oszczędzona nam została obecność cholernej Łusi (nie potrafię już myśleć o tej irytującej panience bez tego epitetu) oraz idioty Bernarda Żeromskiego. Z jednej strony to cudownie, z drugiej nawet pozżymać się nie ma na co ;) Nuda, nuda, płaska, szara nuda.
 
Plusy są, dlaczego nie. Przede wszystkim, co rzuca się w oczy z siłą ataku nosorożca ;), wygląda na to, że MM po żenadzie z McDusią, wzięła sobie do serca część krytyki. A może nie tyle ona, co osoby z jej kręgu, które, jak mi się zdaje, znalazły odpowiednie słowa, by trafić do przekonania upartej jak muł autorki. Na przykład - MM zaczęła pisać o zwierzętach. Jej opisy konia, kota i psów są nie tylko poczynione z sympatią, ale widać też, że postarała się rzeczywiście je poobserwować, poznać ich świat i zachowanie. Uwaga: nie ma ani słowa o tym, że Gabriela jest dzielna!!! Ani razu!!! Zanotowano za to nadużycie słów "krzepiąco" oraz "impetycznie", ale tego się nie czepiam, każdy z nas ma jakieś swoje słówka, których nadużywa, po prostu - ja na przykład nadużywam zwrotów "na przykład" i "po prostu . (O Boru, chciałam być dowcipna, ale zdecydowanie mi nie wyszło.) Jeszcze coś, co teoretycznie jest plusem, ale w praktyce wzbudza lekkie zażenowanie - próba, bardzo niezręczna, przekonania czytelników, że Józef Pałys nie jest chamem i troglodytą, za jakiego uznało go, całkowicie wbrew intencjom autorki, sporo osób po "McDusi". Bardzo ładnie ujęła to moja koleżanka Emae: "(...) przy jednym z pierwszych opisów Józinka, tam jest coś takiego 'emanowała z niego siła, ale nie agresywna! nie!'  Miałam odczucie, jakby tam autorka stała obok niego i gorączkowo zaprzeczała, machając głową i rękami, że nie agresywna, nie." A Królowa Matka dokłada: "Ja za każdym razem (był tego trochę) jak pani MM podkreślała, jaka to dobra siła jest, uczciwa siła, męska siła, nie agresywna siła to się tylko ironicznie uśmiechałam (...) I ta próba gwałtu w charakterze polemiki z tymi, co mówili o przemocy: 'O, to jest przemoc! Widzicie? To jest zła, zła przemoc wykonana przez osobnika bez czółka, a jak ktoś dyscyplinuje dziewczynę, co nie jest damą, to nie jest przemoc tylko rycerskość, o!'."
 
(Próba gwałtu to w ogóle rozśmieszyła mnie strasznie, bo jest tak opisana, żeby młodociany target przypadkiem sobie nie pomyślał, że to o próbę gwałtu chodzi; rzucanie ze złością pecynami błota w niedoszłą chędożoną po tym, jak się wymknęła, no ludzie, błagam. Już nie mówię o tym, że Józef Pałys w charakterze rycerza przybywającego, by wyratować niewiastę z opresji, uruchomił mi natychmiast wyjący opkoradar.)
 
Do plusów można też śmiało zaliczyć perełki językowe, takie jak wspomniane wyżej gęsi, kot jako "demoniczny ssak", czy uroczo ujęty opis konia jedzącego jabłka: "Coś jadło na dworze: powolne, soczyste, solenne chrupanie obudziło Idę" - śliczne :) Tak jakby dawna Musierowicz wyjrzała zza firanki :)
 
Minusy zasadniczo widzę dwa. Dwa duże, bo na temat rozmaitych pomniejszych po prostu nawet nie chce mi się pisać, tak letnie we mnie ta książka wzbudziła emocje! Są, to są, boh z nimi - na przykład Marek Pałys, mierzący metr sześćdziesiąt osiem, tu jest nagle opisywany jako wysoki. Po prostu, Musierowicz jak zwykle zapomniała, co napisała, i nagina sobie postać do tego, jak jej pasuje. Wzruszenie ramionami tylko, kiedyś bym się złościła na niedoróbki.
 
Pierwszy duży minus to fatalnie ujęta postać Jędrka Rojka - w zasadzie to, co jest o nim napisane, może się podobać. Jędrkowi poświęcono sporo miejsca, w kilku miejscach długo patrzymy na świat jego oczami, "słuchamy" jego przemyśleń, itp., itd. I wychodzi nam całkiem sympatyczna postać mądrego, wrażliwego chłopczyka, dopóki nagle nie trafia nam do głowy myśl, że ten Jędruś Rojek to ma, proszę państwa, jedenaście lat. Jedenaście. A to jego postrzeganie świata, jego przemyślenia i opinie oraz zachowanie to charakterystyczne dla mniej więcej siedmiolatka są.
 
Jędrek na przykład "ostrożnie wdrapuje się dziadkowi na kolanko". WTF?! Jędrek zadziwia się w myślach: "tata znał ciocię Pulpę, kiedy była malutka, niesamowite!" Jędrek prosi: "Wujciu, a kupisz mi loda?" Jędrek widzi, że babcia "czyta książkę z napisem Ionesco". No na litość boską, toż chyba już nawet sześciolatek tak nie powie... Czyta książkę z napisem Ionesco?!
 
A w dodatku śmieszy mnie strasznie to, że ten zinfantylizowany Jędrek był w "Języku Trolli" skrzywiony w drugą stronę, mianowicie mając półtora roku odnosił sam naczynia do zmywarki i mówił "poprosiłbym był o kapustę", żeby zrobić przyjemność dziadkowi. To kompletne nierozeznanie MM w rozwoju dzieci potwornie mnie denerwuje, bo już nawet nie w tym rzecz, że sama odchowała czworo dzieci, że ma wnuki, ale matko, czy to tak trudno pokazać tego Jędrka komuś, kto ma w domu malutkie dziecko/jedenastolatka?...
 
Co do Jędrka, to jeszcze jest jedna smutna rzecz, mianowicie w rozmowie z babcią wychodzi na jaw, że jest prześladowany w szkole. (Zresztą też, w jaki sposób on to mówi! Znowu jak małe dziecko: "Wyśmiewają się z... z chłopca, że jest rudy. Ale tak naprawdę nie z tego, że jest rudy, bo on nie jest taki bardzo rudy. Wyśmiewają się z niego, bo on nie chce być z nimi i robić to, co oni".) I w odpowiedzi zostaje poczęstowany wykładem, że czasami lepiej jest być samotnym rycerzem, niż iść z tłumem, że nie można bać się być samotnikiem. I to samo powiedział tatuś. Brakuje mi tu, jednakowoż, jakiejś informacji o tym, że poza wzniosłym kłapaniem wąsatą gębą, tatuś na przykład rozmawiał z wychowawcą, że prześladują mu syna. Albo coś równie przyziemnego.
 
No i na koniec, duża irytacja numer dwa - kolejna złota nić oraz ekspresowe zaręczyny. Powiem tak, bardzo grzecznie i miło. Już w Sprężynie złota nić i turboromans Laury i Adama był ździebko naciągany. Ale dobra, przyjmijmy, że ich trafił coup de foudre, a potem, kiedy już się bliżej poznali, mieli to wielkie szczęście, że pasowali do siebie. Natomiast we "Wnuczce", i tu jestem bardzo grzeczna i miła, pani Musierowicz peron odjechał z wielkim wizgiem. Bo oto Dorota i Józef wpadają w oploty złotej nici (choć to określenie akurat nie pada, niech będzie, że złotej sieci uczucia, a co, ja też tak umiem). Przez tydzień mniej więcej natykają się na siebie, nie mogąc nawet wskutek złośliwości losu, nawet jednego słowa ze sobą zamienić - tylko spojrzenia, a potem po jednym liściku. Ona nie wie, że to jest syn Idy, on nie ma pojęcia, że to u tej cudownej dziewczyny chwilowo przebywa jego matka ("ale to już było, ale to już było...."), no nic, zero, nul. Cały czas tylko spojrzenia z dala i przeczucie, że oto dzieje się Coś Ważnego. Po czym, kiedy wreszcie los styka ich ze sobą, Józef wraz z pierwszymi wypowiedzianymi do niej słowami (nie licząc powitalnego "hej"), wkłada jej na palec pierścionek!!!
 
A ona, w odpowiedzi, zawiązuje mu na palcu zieloną łodyżkę. Bo "to jest naprawdę".
 
Gdyby przy tym ich spotkaniu, opisanym zresztą całkiem ładnie, choć też dość filmowo-opkowo: stoją naprzeciwko, patrzą na siebie, pada deszcz, są cali mokrzy, gdyby oni wtedy wzięli się za ręce, objęli, przytulili, pocałowali nawet, to byłoby całkiem fajne zakończenie. W końcu się znaleźli i teraz będą razem.
 
Ale nie, od razu muszą być zaręczyny. Bo "to jest naprawdę".
 
Nie będę już pisała o niezręcznościach i potknięciach językowych, o ewidentnym braku researchu tu i tam, o mędzonych żalach pani MM na świat cały, bo jak mówiłam, nie wzbudziła we mnie ta książka żadnych wielkich uczuć i emocji, niech se tam. Natomiast na koniec: nie jest dla mnie żadnym argumentem, że jest nieźle (albo wręcz dobrze), bo czytało się o niebo lepiej niż "McDusię". "McDusia" była takim dnem i żenadą, że nie jest sztuką napisać coś od niej lepszego. 

sobota, 8 listopada 2014

Remember, remember, the fifth of November

Mimo że nie jestem w ogóle zainteresowana tzw. życiem gwiazd, zawsze pokpiwałam sobie sarkastycznie z ich medialnego statusu - mianowicie z tego, jak skarżą się na swoje relacje z mediami, a jednocześnie, delikatnie mówiąc, lubią się dzielić ze światem wszystkim, co się im przydarza. Ogólnie - gardzę tą obłudą.

Dzisiaj bardzo się cieszę, że życie nie tylko pokazało, że miałam rację, ale w dodatku pokazało to na przykładzie mojego Najulubieńca :)

Kilka dni temu (i żeby było zabawniej, w środę) odwiedzane przeze mnie rejony Internetu eskplodowały, z tej przyczyny:


I była to informacja, która z kilku względów ogromnie mnie ucieszyła :) Między innymi, bo "ha! Czułam, wiedziałam!" :)

O tym, że w życiu Benedicta pojawiła się jakaś tajemnicza dama, mówiło się od mniej więcej roku, aczkolwiek bez żadnych konkretnych informacji. Ktoś jest - i tyle. Benedict starannie dba o swoją prywatność, w zasadzie prawie nigdy nie mówi o czymś więcej niż o pracy, jeśli już, to o rodzicach, i to wszystko; wiadomo więc było, że i tak nic więcej nie powie ;) Kilka miesięcy temu wypłynęły konkretniejsze dane - Sophie Hunter, reżyserka i aktorka, byli razem widziani na turnieju Roland Garros.

I właściwie na tej informacji stanęło. Oczywiście domyślam się, że gdybym kopała w głąb internetów, to może - może - znalazłabym coś więcej, ale kopać ani mi się nie chciało, ani nie miałam na to czasu.

(Ja w ogóle, dodajmy to, nie jestem jakoś strasznie, okropnie zainteresowana życiem prywatnym Benedicta. Ot, prosta sprawa - ponieważ tak bardzo, strasznie go lubię, mam fioła na jego punkcie, to zwyczajnie po ludzku zależy mi na tym, żeby dobrze mu się wiodło. Żeby był szczęśliwy. Nie łażę po sieci w poszukiwaniu prywatnych newsów na jego temat, ale kiedy jakieś jednak mi się trafiają, to jestem zadowolona, że ten pracoholik ma w ogóle jakieś życie prywatne, spotyka się z ludźmi, a nie tylko lata z planu na plan.)

W zasadzie dopiero kilka tygodni temu zaczęły wyłazić jakieś sugestie :) Ot, tutaj Benedict pytany, co robi w czasie wolnym, odpowiada: "It's private and I enjoy it", tam zapytany o swój ideał kobiety mówi: "a woman who can make you feel smart with her conversation skills", "a woman who knows that she doesn't have to get all decked out to look good is sexy. I believe sense of humour is important. I also think someone who is good at working with others is sexy" oraz "The future: I can imagine I’ll look back at this point in my life and think, ‘Wow that was really extraordinary’. I hope I’ve got other people to look back with me at that point. I hope I’m surrounded by family". Wiedząc, że coś tam jest na rzeczy, unosiłam tylko brwi z uśmiechem i czekałam, co z tego wyniknie :)

No i wynikło :)

Przede wszystkim, poza tym, że oboje wspaniale utrzymali swój związek z dala od mediów, jestem zachwycona sposobem ogłoszenia tych zaręczyn. Kronika towarzyska w Timesie!!! O rany!!! To było genialne zagranie :) Pominąwszy uroczą staroświeckość, dla mnie to był jasny przekaz: "Nie ogłaszamy zaręczyn aktora,  ustami jego lub jego rzecznika, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Informujemy o zaręczynach osoby prywatnej. Jesteśmy prywatni i nie chcemy zakłóceń tej prywatności. Niniejszym ucinamy także wszystkie plotki i spekulacje na ten temat."

A najbardziej rozśmieszył mnie fakt, że The Times dowiedział się o tym, kto na jego łamach ogłosił swoje zaręczyny, z... internetu :D Czy to nie jest przepiękny paradoks medialny?

Podsumowując, okazuje się, że jak najbardziej da się utrzymać swoją prywatność z dala od mediów, jeżeli naprawdę tego się chce. Że to rzewne brzdękolenie "aaach, te brzydkie media nie szanują naszej prywatności!!!" to tylko ściema, bo jeśli _naprawdę_ się chce, to można. Tylko właśnie, trzeba chcieć. Na przykład, jak w tym przypadku - nie pojawić się z ukochanym na czerwonym dywanie bardzo prestiżowej imprezy. Albo co prawda być z nim na ślubie przyjaciela z lat szkolnych, ale zadbać o to, by nie pojawić się na żadnym oficjalnym zdjęciu, przeznaczonym do publikacji. To się nazywa klasa :)

Na koniec, dwa słowa o reakcjach internetowych - te, które widziałam, mniej więcej równały się z moimi i Madziora, czyli "siedzę i gęba mi się cieszy od ucha do ucha!" Najpierw jednak, screen moich sms-ów z Paulinką, która od pierwszej chwili znielubiła Sophie (spokojnie, chyba też bym znielubiła, jakby ktoś wyrwał mnie z popołudniowej  wakacyjnej drzemki wrzeszcząc: "zoba, dziewczyna Benedicta!!!"):
Co do reakcji internetowych - to oczywiście brukowce poszły w kierunku tych:

There was denial (‘Nooo!’), anger (‘I hate him now’), bargaining (‘Does he secretly still love me?’), depression (‘I have no tears left to shed’) and a kind of acceptance (‘Let us now grief-eat in an orderly fashion’). They were mourning a man whom they had never met but with whom they had somehow convinced themselves they had a shot. Then he went and got engaged to someone who wasn’t them, just like that snake George Clooney did.

Ale - i teraz będzie absolutnie serio: zakończę ten wpis wypowiedzią fanki z tumblra, która najlepiej moim zdaniem reprezentuje te nas wszystkie, które zwyczajnie życzą Benedictowi najlepiej na świecie. Moim zdaniem nic dodać, nic ująć.

(...) the media would love you to think, that the Cumberbitchs’ hearts have snapped in two. That the sales of chocolate, tissues and wine are about to hit the roof around the globe and that your local charity shop is about to be inundated with Sherlock DVD’s.

That’s certainly not how we roll.

A running theme in the media’s eyes has always been about who he’s dating. Benedict being Tatler’s most eligible bachelor in 2012 was bound to generate some interest and the adoration for him has grown as much as he has.

That adoration did not stop this morning. Benedict’s fans are not what most people think. We aren’t all teeny boppers who want to marry our idol.

From what I’ve seen there are a lot of excited fans out there who are grinning from ear to ear and tweeting about how happy they are for him. The vast majority genuinely care that he’s happy and sometimes that is a hard concept to grasp.

A fan has even made a cupcake with an edible Benedict and Sophie figure on top of it, within the hour of finding out. There are pairing names flying around and there has been talk of donating money to a charity of their choice to celebrate their engagement.

It’s all harmless light-hearted fun and I’ve no doubt that’s how Benedict would want it to be.

His fans aren’t heartless monsters who believe that if they can’t have him, then no one can.

Sophie is in the industry herself and has known him for years – that’s perfect.

Fans, if our opinions mean anything at all, will live happier lives knowing that our Benedict has found someone he wants to spend the rest of his life with. Someone who will love, cherish and support him. And is that unusual and hard for most people to believe? Well, I don’t see why.

I hope fans don’t mind if I speak on behalf of us all and say that we are absolutely thrilled for him and wish him and Sophie all the happiness and success.

Who wants Benedict Cumberbatch, who brings so much happiness to millions of people, to not have anyone to take with him on this adventure? Who wants Benedict Cumberbatch to go home to an empty house at night?

Not us.
 

piątek, 7 listopada 2014

Koniec z Poluckami!

O głupogazetkach pisałam jakiś czas temu tutaj.

Jakieś dwa miesiące temu przestałam je nabywać, bo rzadko zaglądałam do marketu, w którym je zazwyczaj kupowałam. Niespecjalnie odczuwałam ich brak :-P Raz i drugi kupiłam pojedynczy egzemplarz na podróż pociągiem. Odstawienie zrobiło swoje - z pobłażliwego rozbawienia z czytanych głupot przeszłam w stan irytacji. No ludzie, to już przestał być zabawny, acz głupi odmóżdżacz.
Wczoraj natomiast stwierdziłam z całą mocą, że oto przeczytałam ostatnią w swym życiu głupogazetkę. Może kupię jeszcze, znów, jakąś na długą podróż, ale z regularnym kupowaniem i odmóżdżaniem za ich pomocą zrywam nieodwołalnie.
Z powodu tego fragmentu:


Jak najbardziej zgadzam się, że ktoś może nie wiedzieć, co to jest Facebook czy fejsbuk, ani nie rozumieć, co znaczy coś "wrzucić na fejsbuka", nawet jeśli bohaterką historyjki jest czterdziestopięciolatka, a nie osiemdziesięciolatka. Serio. Ale robienie bardzo kiepskich, bezsensownych i przede wszystkim bardzo naciąganych żarcików mnie nieco... żenuje.

To tak jak uporczywe wałkowanie przez Musierowicz żenującego obrzydliwego żarciku o Polucku w "Języku Trolli". Podobny poziom i sens.

A o najnowszej powieści Musierowicz, czyli "Wnuczce do orzechów" już niedługo :)

sobota, 4 października 2014

Hotel, Ulica Irenki i najbliższa okolica

Przez to, że podpierdzielili mi aparat, zrobienie tradycyjnych wakacyjnych wpisów nastręcza nieco trudności, trzeba bowiem szukać stosownych fot w Guglu i na Google Street View, który ku mojemu rozczarowaniu nie obejmuje dość istotnego fragmentu naszej lisbońskiej egzystencji (o czym za moment). Paulinka robiła zdjęcia swoim telefonem, i Internet też w nie obfituje, ale co sobie wspomnę mój aparat, ach, jakie zdjęcia tam były, i, ach, gdybym dostała w swoje ręce tego pierdolonego kutafona, tego dwucentymetrowego chujka, który się na to połaszczył!...

No ale OK, trudno. Wracajmy więc do Lisbony. Nasz hotel nazywa się Lavra Guest House i znajduje się w samym centrum Lisbony, jakieś, nie wiem, trzysta metrów od centralnego Praça dos Restauradores. Żyć, nie umierać. Problem tylko w tym, że jest to 300 metrów na mapie. W rzeczywistości jest to trzysta metrów w poziomie i jakieś pięć tysięcy metrów do góry.
Tak to (się) szło.
Ponieważ lot z Wiednia był opóźniony o ponad dwie godziny, przyleciałyśmy późnym wieczorem; na całe szczęście Lisbona ma piękne metro już dochodzące do lotniska, więc dalsza podróż nie zajęła nam dużo czasu. Gorzej było już po wyjściu z metra, ale koniec końców znalazłyśmy nasz hotel, nieco półżywe. Zwłaszcza wciągnięcie walizek na ten Mount Everest to był wyczyn, i bardzo się dziwię, że potem byłyśmy - no dobra, ja byłam - w stanie zejść z powrotem na dół do centrum tylko po to, by stwierdzić, że jednak nie jesteśmy głodne, po czym wrócić znowu na górę do hotelu, zahaczając po drodze o otwarty do północy sklepik i nabyć owoce i piwo. 

Co do samego hotelu, to jest to rzeczywiście, jak sama nazwa wskazuje, "guest house", a  nie "hotel". Jest w ślicznej, starej kamieniczce (sień z łukowym sklepieniem!) naprzeciwko starego kościoła. Pokoje są malutkie - w tym naszym były literalnie dwa łóżka, stolik z lampką nocną, krzesło i stojak z Ikei na ubrania z "szufladkami" z Ikei :) W porównaniu z tym nasz londyński pokój był apartamentem - miał telewizor! ;) Ale serio mówiąc, nam to wystarczało. Było czysto, ciepło, codziennie sprzątane, a łazienka miała wannę :) No i superblisko do miasta.

Przez pierwsze dwa dni chodziłyśmy z i do hotelu tak zwaną Brzydką Górką. Wyglądała ona bardzo niezachęcająco - dalej było już OK, ale ten kawałek był zwyczajnie brudny, zdewastowany i pełen szemranych ciemnoskórych typów:
 
Tu nawet tak źle nie wygląda, ale na żywo, zwłaszcza podczas nocnych powrotów, było mało ciekawie.

Wkrótce jednak odkryłyśmy schody, będące skrótem od hotelu na Ulicę Irenki. Schodziło się nimi bardzo fajnie, gorzej z powrotem...

A to dopiero jakaś 1/4 trasy.

Z drugiej strony hotelu, pięć minut drogi, znajdował się Elevador da Lavra, czyli jedna ze słynnych lisbońskich "wind"-wagoników (nie mylić z normalnymi tramwajami):
Ten Elevador, w odróżnieniu od np. Elevador da Gloria, z reguły jeździł raczej pustawy. Ale i tak fajniej chodziło się pieszo. Zwłaszcza na dół...

O lisbońskim transporcie będzie osobna notka, a teraz wróćmy do Ulicy Irenki :)

Ulica Irenki oczywiście nie nazywa się Ulica Irenki, tylko Rua Das Portas de Santo Antao, znajduje się "na dole" i jest typowym deptakiem restauracyjnym, zapchanym knajpami i pełnym knajpowych naganiaczy. Ponieważ miałyśmy blisko, chodziłyśmy tam co wieczór na kolację. Trafiłyśmy tam już owej pierwszej nocy po przylocie, kiedy kompletnie padnięte postanowiłyśmy wykorzystać telepiącą nami adrenalinę i nie iść spać, tylko jeszcze się przejść. Przy restauracjach, jak wiadomo, wystawiane jest menu, zazwyczaj ze zdjęciami. No i podczas naszej pierwszej, nocnej wędrówki ową ulicą, jeszcze dla nas bezimienną, Paulinka stwierdziła z przerażeniem w głosie, że w tej knajpie to serwują świnki morskie!!! Że tam było zdjęcie talerza z pieczenią, i to była świnka morska, na sto procent!!! Nie kwestionowałam tego, bo niby dlaczego, kulinarne zwyczaje bywają różne, skoro jada się króliki, to dlaczego nie mniejsze gryzonie (chociaż ja bym do pyska nie wzięła, ja nawet królika nie dam rady). Paulinka obiecała, że następnego dnia pokaże mi tę knajpę i to zdjęcie, i poszłyśmy dalej.

Zdjęcia nigdy nie znalazłyśmy, knajp tam skolko ugodno, ale wizja świnki morskiej ugruntowała się w nas na mur beton, no a skoro świnka morska, to nic tylko przecudowna Irenka Zwierza Popkulturalnego (którą niniejszym pozdrawiamy). I tak ów knajpiany deptak aż do końca naszego pobytu został Ulicą Irenki, a pokazane wyżej schody prowadzące na tę ulicę właśnie - Schodami Irenki :)

Tak właśnie wygląda Ulica Irenki, której nie ma na Google Street View i to jest oburzające!!!